Dzisiaj … boli mniej…

Bolało bardzo wczoraj…

Do tego stopnia, że rano udawałam kuglarza na szczudłach (szczególnie wykonując dziwne skręty bioder podczas zejścia po schodach do Metra)… po południu koślawą baletnicę ze sztywnymi nogami … wieczorem, po konsultacjach, poszłam na salę na ćwiczenia, aby się nieco rozluźnić…

Chyba się nieco udało…

No, ale wróćmy do tego, co spowodowało owe bóle. Bóle, które dokuczają i utrudniają życie, ale są najpiękniejszymi bólami i najprzyjemniejszymi pod słońcem (no… pod warunkiem, że nie masz aktywnej pracy w ruchu i wc na innym piętrze… bez windy):)

Szczawnica, Biegi górskie… Wielka Prehyba – 44 km po górach z przewyższeniem około 2000m…

Na chwilę przed „nie czułam się”… ale nie stchórzyłam, choć mogłam (organizatorzy, po analizie warunków na trasie, ogłosili możliwość zamiany pakietów na inny bieg, a w sumie było ich cztery).

Stwierdziłam, że przyjechałam na Maraton i przebiegnę go, choćbym się miała doczołgać;) A warunki nie były łatwe… szczególnie docierające „newsy” z trasy były dość niepokojące – śnieg i błoto… zima i wiosenne roztopy…

Chwilę wcześniej zastanawiałam się, czy zakładać na bieg wodoodporne skarpetki i … w danym momencie już nie miałam wątpliwości:)

44 kilometry w górę, w dół, po śniegu, czasami lodzie a potem po błocie, trawie, korzeniach i skałach…

Pojechałam do Szczawnicy … z wypiekami. Stworzyłam własną kombinację ciasta/brownie/cuda na blaszce…

Czekoladowe ciasto z: daktylami, czekoladą, płatkami migdałów i dwoma snicersami (z orzechami laskowymi) pokrojonymi w kosteczkę:) Bombaaaaaaaaa kaloryczna:D Ale przyznam, że i ja sama nie mogłam się oderwać, a… opinie docierały generalnie pozytywne… tak więc polecam się do wybieganych wypieków:)

Zdjęcia nie ma… co ze mnie za blogerka…

A ciasto zniknęło…

W Szczawnicy było nas dużo i nie mówię generalnie o biegaczach, ale o Naszych Drużynowych Biegaczach, naszej Drużynowej Rodzinie. Rozbici na kilka miejsc, ale z dużym ukierunkowaniem na domek 10 osobowy na Sopotnickiej 34… (nasz domek). Miejsce spotkań, zabaw, rozluźnienia, przygotowania, skupienia przed biegiem… odpoczynku.

Nie chciałabym tu generować reklamy i lokowania produktu, ale domki na Sopotnickiej są bardzo przyzwoite, czyste, pachnące, nowe, komfortowe (no… chyba, że przebiegłeś/łaś właśnie maraton i mieszkasz na pięterku):)

To wtedy jest ciężko…

Przyjechaliśmy w piątek. Miasteczko przywitało nas dość pogodnie, chyba nawet słonecznie. Choć… dość zimowo:)

Zrobiliśmy szybki „ogląd okolicy”, odebraliśmy pakiety, zjedliśmy góralski obiad i zorganizowaliśmy wspólne pasta party… bo co jak co, ale przed biegiem węglowodanów dołożyć by się przydało nieco…

No i nastał wieczór… uzupełniliśmy węglowodany, wypiliśmy napoje izotoniczne…

Spakowaliśmy plecaki i … spać… o dziwo, spało mi się całkiem dobrze. Wstałam przed budzikiem, ale z dobrym samopoczuciem.

Kawa, śniadanie…

To musiał być dobry dzień:)

No, ale o samym biegu…

Poranek wilgotny… może nie mocno deszczowy, ale jednak i nie suchy. Deszcz pokapywał sobie do tego stopnia, że postanowiłam założyć kurtkę, choć najpierw… moja osłoną była rodzinna flaga…

Długo zastanawiałam się w co się ubrać. Finalnie wygrały długie legginsy + termiczna bluzka na długi rękaw + koszulka Dzika i … kurtka (na starcie):)

Zrobiliśmy mini odprawę przed domkiem, potem przed startem i … w trasę:)

Początek lekki, spokojny… przez miasto (około 1,5/2km)… Za zakrętem… góra. Trzeba było wspiąć się na Przehybę, co było nie lada wyczynem dla takiego „leszcza” jak jak. Żaden ze mnie ultras, szczególnie jeśli chodzi o góry, ale nie poddałam się. Wszyscy biegacze zwolnili tempo, już nie biegli… szli. Wraz z trudnością wysokości pojawiało się coraz więcej błota, wody, aż w końcu pojawił się śnieg. Zima, najprawdziwsza zima w kwietniu.

Nie wiem już nawet na którym kilometrze… ale pewnie około 10 było już zupełnie biało. I nadal pod górę… I wciąż… I końca nie widać:) Zaczęły mi mocno puchnąć dłonie, do tego stopnia, że zdjęłam pierścionek w ostatnim dobrym do tego momencie…

Wtedy do głowy przyszła mi pewna myśl, aby wyrzucić z siebie w tych górach, w tym umordowaniu trasą, zmęczeniu (mimo, że był to dopiero początek…), żeby wyrzucić z siebie trochę złych emocji…

Pierścionek, który miałam kupiłam sobie sama, był węzełkiem, który po prostu był ładny, ale dla mnie miał ukryty sens. Połączyłam go trochę z moim zamkniętym, zawiązanym życiem, takim supełkiem, który czeka na to, by go rozwiązać, rozedrzeć…

Supełek się nie rozwiązał (choć kto wie), supełek zniknął z mojego życia i … nawet nie jest mi go żal.

Przez chwile po zdjęciu go zastanawiałam się… do kieszonki, czy w śnieg…

Na Dzwonkówce (bo chyba tam to było) zostało moje związane, skomplikowane życie. Nastąpiło takie trochę symboliczne przejście do wolności myśli, a nie zapętlania problemów… Może za dużo kombinuję i dodaję pewnym rzeczom zbyt wielką symbolikę, ale czasami jest potrzebny „znak”, który oddziela coś od czegoś. Ja, podczas biegu, zostawiłam na górze część siebie, swojego życia, sił i myśli… Symbolicznie przeszłam (jak to nazwała dzisiaj moja koleżanka) do rozwiązłości… jakkolwiek to brzmi:)

Chodzi o to, by nie zapętlać się w myśli, nadzieje, oczekiwania… ciężko osiągnąć stan relaksu umysłowego, ale może chociaż spróbuję!

Wdrapałam się na Dzwonkówkę, by zbiec i wczłapać się na Prehybę. Około 14 km był pierwszy punkt odżywczy. Drożdżówka z serem… taka z „oczkiem serowym” w środku… drożdżówka mojego dzieciństwa… jak dziś pamiętam piekarnię na rogu, starszą panią w białym fartuszku i drożdżówki z serem… Tęskno mi… (może bym upiekła…)

Złapałam drożdżówkę, wypiłam herbatę i w trasę…

Założyłam bluzo-kurtkę, wiatrówkę, bo zaczęło robić się nieco chłodno. Było już zupełnie biało, zimowo, bajecznie i jakoś tak ciężko… miałam chwilowy kryzys, malutki, taki, że nawet o nim głośno nie wspomniałam. Przytłoczyło mnie nieco to, że jest zima, zimno, i jestem tak bardzo daleko i tak dużo kilometrów mi jeszcze zostało, ale… dotarłam właśnie na najwyższy szczyt trasy – Radziejową:) Śnieg, zdjęcia, chwila oddechu… Bajka. Spodziewałam się wprawdzie odkrytej przestrzenie na tym szczycie, ale… świadomość piękna mi w danym momencie wystarczyła, a siły jeszcze  były na poziomie dość wysokim, więc wystarczyło ich na skoki radości (wcale nie pozowane):)

Potem był zbieg… jeden z tych już dość trudnych… (tzn… tam chyba nie było łatwych momentów):)

Bo okrutnie trudno zbiega się po ośnieżonym szlaku, gdzie przyczepność trailowego buta gdzieś znika… Tak… miałam przywiezione do Szczawnicy raki/nakładki z kolcami… ale uznałam, że raczej mi się nie przydadzą. Nie miałam ich na trasie, a było kilka momentów, w których pewnie ułatwiłyby mi poruszanie się… No, ale nie wzięłam…

Z Radziejowej szlak biegł w dół… do schroniska na Obidzy i drugiego punktu odżywczego na około 25 km.

Do Obidzy można powiedzieć panowała zima. Śnieżny puch na Radziejowej, śnieżne błotko poniżej. Piękne osnieżone drzewa na trasie, pruszący delikatnie śnieg…

A po schronisku na Obidzy i… pieczonych ziemniaczkach i zupie (ziemniaczka jadłam, zupy nie)… kolejnej herbacie … przyszedł czas na niekończące się błoto, wodę, błoto, wodę, błoto okrutne, błoto wszędzie… błoto…

W normalnych warunkach (tych bardziej suchych) można by tu pewnie nadgonić kilka minut, bo jest dość płasko, ale tym razem o biegu w zasadzie można było zapomnieć… Chwilowo i początkowo próbowałam omijać to błoto, ale mówiąc szczerze… nie zawsze się udawało. Ono było wszędzie, a im dalej, tym więcej, szczególnie, że w pewnym momencie łączyły się trasy 3 biegów – Niepokornego Mnicha, Wielkiej Prehyby i Chyżej Durbaszki… Taka ilość ludzi rozdeptała trasę maksymalnie:) To był hard core… Rok temu biegłam bieg w Parchatce – Szlak Trafi, półmaraton, też z błotem w roli głównej, ale tamto błoto było niczym w porównaniu do szczawnickiego:) Udało mi się nie przewrócić, choć niektórzy dobijali z „wywrotkami” do dziesiątki:) Miałam kilka „zachwiań”, ale chyba zajęcia ze stabilizacji zrobiły swoje, bo za każdym razem kończyło się maksymalnie na podparciu ręka lub palcami… Ani jednej wywrotki…

Ach! Nie, oszukuję.

Wywrotka była, ale nie na błocie, na śniegu, w zimowej części biegu:)

Bałam się trochę zbiegać, puścić się i poddać prędkości, dlatego że nie czułam się stabilnie na owym błocie.

Hamowałam udami, to wiem, ale nie umiałam inaczej…

Pewnie dlatego nadal dokucza mi ból ud… popaliłam mięśnie, dałam im „w kość”…

W drugiej tej „wczesnowiosennej” błotnej części było cieplej, bardziej płasko, choć nie brakowało stromych i wymagających podejść…

Na około 35 km kolejny punkt odżywczy na Durbaszce… herbata, czekolada, zozole:)

I ostatnie kilometry, ostatnia „prosta”…

Nadal dużo błota i ciężka trasa, choć tutaj więcej udało się pobiec.

Zejście z Szafranówki – to było nie lada wyzwanie, ale organizatorzy wykazali się pomysłowością i zaczepili liny, które pomogły zdecydowanie w zejściu na dół…

Ostatni zbieg wąwozem i ostatnia prosta polbrukowym bulwarem …

Meta!

Radość ma ogromna!

Czas oficjalny 7:46:06.

Tak obstawiałam, że może mi to zająć podobną ilość czasu jak Ultraśledź… tam było dłużej, ale łatwiej…

Tutaj zdecydowanie trudniej…

Ale i radość i emocje równie ogromne…

Pamiątkowy medal wisi już na wieszaku.

Przebiegłam kolejny maraton, tylko tym razem „na wysokościach”, w górach gdzie zostawiłam trochę siebie…

Oprócz medalu, emocji, wrażeń i wspomnień, przywiozłam trochę … błota;)

Na szczęście ubrania biegowe już doprałam i buty też…

Bieg w Szczawnicy nie mogę uznać za nieudany, był niesamowity, szalony, wymagający i bardzo, bardzo trudny.

Zdecydowanie najtrudniejszy mój bieg, ale … chyba o to chodzi, aby podwyższać poprzeczkę.

Kolejny raz przekonałam się, że właśnie w ten sposób chcę biegać.

Góry, lasy, doliny, ścieżki, woda… chyba każdy ze szczawnickich biegaczy miał „zejście” z sił po wybiegnięciu z wąwozu na bulwar… każdy zwalniał, często przechodził do marszu…

Może boję się przełamać komfort biegania, a może rzeczywiście kręci mnie wolne i długie wybieganie…

Nie mogę nie złożyć podziękowań kilku osobom, bo przecież ten bieg i moja meta to nie tylko moja zasługa.

Przede wszystkim Cezary… za pomysł. Naprzód Młociny, za naszą wspólną organizację, wyjazd, towarzystwo, za bycie razem, jak rodzina, biegowa rodzina. Eliza, za towarzystwo, wiesz… chwilowo miałam wyrzuty sumienia, że Ciebie spowalniam, ale … mam krótsze nogi od Ciebie;) wiesz… Ania Sz. za te wszystkie „wspomagacze” i witaminy;)

No i Weronika – za przygotowanie, bez treningów, to ja bym mogła sobie tę trasę palcem po mapie „przelecieć”…

Organizacyjnie – Ultraśledź nadal zostaje na pierwszym miejscu:)

Szczawnica za to póki co króluje w trudności, pięknie widoków, bogactwie wrażeń…

(szkoda tylko, że pakiety startowe takie trochę słabe… liczyłam chociaż na jakiś fajny buff…)

Do Szczawnicy chyba nie wrócę, ale nie dlatego, że nie chcę… dlatego, że tyle jest fajnych biegów, że szkoda nie próbować czegoś nowego…

Zastanawiam się nad Bieg Szlak Trafi, tylko tym razem Ultra:) – sierpień

Zapisana jestem na ŁUT – październik

I gór mi się chce.. i ultra mi się śni:)

Czeka mnie wprawdzie bicie życiówki w Białymstoku… na asfalcie, ale ciągnie mnie do lasu.

Nie mam pomysłu na czerwiec i nie mam w czerwcu żadnego biegu zaplanowanego…

:)Ale jest pomysł na Irlandię i ultra w kwietniu 2018:)

A pomysły trzeba realizować!

 

Cieszę się, że złamałam kolejną swoją granicę.

Nie chodziło o czas, ale trudność biegu!

Nie boli mnie kostka (chyba wkładki stabilizujące dały radę)…

Czekam, aż zejdą ze mnie bóle zakwaszonych mięśni ud i będę śmigać dalej…

A tymczasem po 44 km  w górach zdążyłam już „odrobić” trening na sali, trening pływacki i … lecę potruchtać.

 

P.S. Nigdy nie pałałam szczególnie mocno za chodzeniem po górach (tzn może nie miałam z kim, więc mnie nie ciągnęło), ale to bieganie… wzywa mnie i nęci:) Odkrywam góry na nowo… biegowo i emocjonalnie… bo rozwiązują problemy;)

 

Bez odbioru…