Długi ten tytuł…

Można się pogubić zaraz na początku, a jak tu dobrnąć do końca…

No… ale trochę się wydarzyło w tym ostatnim czasie, dużo się wydarzyło…

Kto wie… może odmieniło się moje życie…

Na pewno weszło trochę świeżości, a i trochę starego próchna się wysypało… nadszedł czas na delikatny reset i porządki…

Zdrowo:)

Wszystko zaczęło się prawie miesiąc temu (tak, dawno nic nie pisałam)… Postanowiłam pożegnać uroczyście swoich najbliższych (było wino i pizza… i ból głowy też był…). Wyjazd… autobus do Wilna, 8h… podróż całkiem znośna, kolacja, „Zdrowaśka” pod Ostrą Bramą i lotnisko – „koczing” part 1… były ławeczki, trochę wiało, wyciągnęłam śpiworek… lot… szybko, miło, przyjemnie…mdlejący Pan na pokładzie… Moskwa…

Moskwę przywitałam w dniu szczególnym… w moje urodziny.

Hmmmmmm… chyba fajnie jest  świętować urodziny (oczywiście 18!) w Moskwie:) Była kawa, był tort (miało to być coś jakby sernik z oreo, ale w smaku było bardziej piankowe niż twarogowe… :/). Były życzenia, nawet całkiem sporo, jak na wariant – bez przypomnienia na Fb. Nie mam co się buntować, że w dzisiejszych czasach, jak nie masz daty urodzin na Fb, to nikt nie pamięta… mi samej czasami przypomina. Ale tym bardziej wielkie podziękowania dla TYCH, co pamiętali, co wiedzieli, co mi  życzyli samego dobra! Mam nadzieję, że życzenia się spełnią, na pewno! Dlatego jeszcze raz dziękuję wszystkim za pamięć, to były wyjątkowe urodziny. Daleko, bez najbliższych, w super towarzystwie (żeby Magdalena, moja towarzyszka podróży nie poczuła się pominięta):)

Kolejny rok za mną… ale i kolejny przede mną.

Nie mam konkretnych planów na ten, czy następny rok, ale mam marzenia. Marzenia egzystencjalne i marzenia podróżnicze (po jednym spełnionym miejsce w sercu zwolniło się na kolejne).

Urodziny nie huczne, ale nie mniej ważne:) Dziękuję jeszcze raz Wszystkim pamiętającym i tym, co chcieli pamiętać, ale nikt nie przypomniał:):):):):):):)

Moskwa… jak zawsze dostojna, piękna, mocna, silna… z pogodą słoneczną i z deszczową… z mnóstwem policjantów na ulicach, w metrze, bramkami do wykrywania metali w centrach handlowych, wejściach do Metra, dworcach, lotniskach… na „wejściu” i „wyjściu”…

Moskwa mnie już tak nie zachwyca, bo zawitałam do niej kolejny raz i oprócz wzmożonej kontroli bezpieczeństwa nie zmieniło się nic… a ta kontrola wywołuje raczej poczucie niepokoju niż relaksu… No, ale Moskwa to nie cel, to punkt pośredni, „stop” na pierwszy wakacyjny oddech przed tym właściwym.

Dzień 3, a w zasadzie noc z 3 dnia na 4… Dworzec Moskwa Jarosławska…

Pociąg Moskwa – Władywostok, kolej transsyberyjska. Wagon nr 1, „płackartnyj” – dla zobrazowania, czym owy wagon jest, spieszę z foto:)

Taki przedziałowy bez przedziałów, pociągowa kommunałka:)

Tu zaczęła się właściwa przygoda, podróż w nieznane… Start o północy z towarzystwem mało zainteresowanym pociągowymi przyjaźniami, a to jechali krótko, a to „nie obczaili”, że mówię po rosyjsku… a to może nie chcieli… Ale im dalej, tym lepiej. Na starcie – przerażenie… 87h w pociągu!!! Jak to przeżyć, jak wytrzymać, a na mecie… poczucie, że całkiem szybko poszło, że w zasadzie całkiem ciekawa była owa podróż. Powtórzyć może bym nie chciała, ale cieszę się, że spróbowałam, to było jedno z marzeń, podróż koleją transsyberyjską.

Stacji po drodze całe mnóstwo… z przystankami po 2 minuty i maksymalnie godzinę… i wielki zawód… pamiętam jak kilka lat temu na stacjach kwitł handel „babuszek”. Sprzedawano ciepłe placki, pierożki, obiadki domowe… napoje, przekąski, warzywa i owoce, a teraz… teraz podobno „państwo” zabrania… Babuszek w zasadzie nie ma, podczas całej podróży spotkaliśmy je tylko jeden raz, a i tak nie było ich zbyt wiele…

Nie specjalnie to nas zmartwiło, bo zapasy jedzenia miałyśmy (płatki ryżowe, wafle ryżowe, suszone pomidrowy, warzywa, owoce, serki, owsianki, ciastka:))… w chwili kryzysu – wagon-restoran… ale zabrakło klimatu owej podróży. Taka podróż kojarzyła mi się z Babuszkami, z ich namowami do zakupu u nich domowego obiadku… Gdybym liczyła na te zakupy po drodze, to chyba umarłabym z głodu. Państwo-państwem, chyba aż tak dużo nie straciłoby na takim handlu prywatnym, a dla podróżników… ech, szkoda gadać, klimatu podróży na wschód nie ma.

Ale za to towarzystwo miałyśmy pierwsza klasa, tak od połowy było już ciekawie:)

Byli młodzi, którzy jechali do Tiumeni na wesele, była Marina z córeczką Daszą, które jechały z Tiumeni do Novosybirska od jednej babci do drugiej (musiały wysiąść w Omsku, bo mała dostała ataku duszności i wylądowały w szpitalu:(-  dziś wiem, że z Daszą wszystko w porządku). Była Sveta, która jechala z Tiumeni do Ułan-Ude do córki, była … no właśnie nie wiemy jak się nazywała, ale dałyśmy jej pseudo „Sabaka”, bo co chwilę powtarzała „ot sabaka” (coś jak u nas „psia kość”) , była „Siwa” – śmieszna malutka Pani z białymi jak śnieg włosami. Byli też inni, ale skład końcowy My + Sabaka + Sveta + Siwa był … hmmmm… nie do zapomnienia. Żałujemy, że nie zrobiłyśmy sobie z nimi zdjęcia, choć Siwa odbiła się w szybie na zdjęciu „widokowym”:)

Sabaka – co chwilę narzekała na to jak Matuszka Rassija jest męczona przez inne kraje, jaka jest biedna i uciśniona… narzekała na ceny, na życie, na pogodę, na wszystko… na każdy grosz wydany, również przez nas, albo szczególnie przez nas… (bo jak to można wydać 40 rubli – na nasze jakieś 2,80 zł na bułkę z ziemniakami lub kapustą, lub… pewnie miliony wydałyście w tym wagonie restauracyjnym… – a piwo tam kosztowało 150 rubli, czyli około 10,50 zł). Svieta na początku wyglądała, jakby ktoś przez gardło przeciągnął wzdłuż kręgosłupa kijek… wyprostowana, chudziutka, małomówna… rozkręciła się przy Sabace do tego stopnia, że momentami gasiła ją swoimi opiniami, stawiała się, buntowala przeciwko tematom politycznym i tu… zdobyła naszą sympatię:) Siwa.. podłapywała tematy umęczenia, ale generalnie była miła, ciepła, no taka babuleńka. Skład finalny był rewelacyjny, miałyśmy ubaw niesamowity i gdy tylko zaczynało się narzekanie Sabaki, to buzie nam się uśmiechały… Poza tym byłyśmy nie małą sensacją w wagonie… „we dwie tylko?”, „nie macie nic zorganizowanego?”, „w ciemno?”, „nie boicie się?”… na koniec jednak wszyscy życzyli nam powodzenia, żegnali się z nami z nutą podziwu, okazało się, że połowa pociągu ma polskie korzenie:D Jak np. nasza Pani Konduktor…

hahahha Podróż nam się udała! Bez dwóch zdań!

Od tej podróży słowo SABAKA nabrało szczególnego znaczenia, ale o tym później:)

Dzień 7 – dotarcie do pierwszego celu – Irkucka (jakieś 6500 km od domu) / + 6h w czasoprzestrzeni.

Irkuck wywołał we mnie sporo emocji. Pomijając te, że daleko, że to już Syberia, że prawie Bajkał i takie tam, to… chodząc po Irkucku miało się wrażenie, że czas się tam zatrzymał jakieś 20 lat temu… Są, oczywiście, nowe i nowoczesne sklepy, supermarkety, ale pozostało wiele elementów architektonicznych i społecznych sprzed wielu lat… taki nasz PRL (którego może nie znam osobiście dobrze, bo byłam zbyt mała, ale porównując zdjęcia… mogłam się w Irkucku poczuć trochę jak w PRL).

Deptak z pustymi witrynami, wagi sprzed wielu lat, klimat … to nie jest nowoczesne, pędzące miasto ze szklanymi biurowcami. Tam czuć ducha dawnych czasów, panie sprzedają kwas na ulicy… Tramwaje i autobusy wołają o pomstę do nieba, u nas to już w muzeum by stały… Ulice mają nazwy Lenina, Marksa, Dzierżyńskiego, Proletariuszy, Partyzantów… Lenin wysoko wznosi dłoń nad miastem, prawie je „błogosławiąc”…

Ale Irkuck ma też swój klimat, nie tylko surowy i zimny komunizm… Irkuck to miasto okiennic. Obok kamienic znaleźć można mnóstwo „przytulonych” drewnianych domków, które ze starości zapadają się. Domki te zazwyczaj ozdobione są rzeźbionymi okiennicami. Można by się wybrać na wycieczkę… polując na najpiękniejsze okiennice.

Złapałam kilka pięknych… napatrzeć się nie mogę:)

Ale przygoda z Irkuckiem nie trwała zbyt długo, bo Bajkał czekał, Bajkał wołał, Bajkał był tuż obok…

Dzień 8, 9 – Bajkał/Listwianka:)

Zachwyt, emocje, radość przepleciona  z rozczarowaniem, gdy po przyjeździe do naszego hostelu okazało się, że nasz zamówiony pokój został wynajęty:D Fakt, dzwonił do mnie jakiś rosyjski numer, którego nie odebrałam. Ale pożałowałam pieniędzy na urządzanie pogawędek przez telefon w roamingu (1 minuta wychodząca – 10 zł, przychodząca 7 zł…):) Z perspektywy czasu może warto było poświęcić te 7 na zaoszczędzenie sobie stresu, ale … finalnie wyszło nie tak znowu źle:):):)

Właścicielka była w szoku jak się pojawiłyśmy, tłumaczyła się tym, że dzwoniła, że ludzie rezerwują i nie przyjeżdżają, że chciała się upewnić, a jak nie było ze mną kontaktu, to … wynajęła pokój… Ale… działa, by coś zorganizować dla nas, lub tych ludzi, którzy „wskoczyli” na nasze miejsce:) Nocowałyśmy pierwszą noc (bo rezerwowałyśmy dwie) u babuszki i prababuszki właścicielki 🙂 To jest klimat! Choć jak dla mnie, im bardziej lokalnie, tym lepiej… i śniadanie miałyśmy „w cenie”. Domowe bliny „so sgushchenkoy”:) Dostałyśmy pokój w mieszkaniu babci i prababci właścicielki, wielkie małżeńskie łoże z jaskrawo niebieską kapą:D Kryształowy żyrandol i choinka w kącie… W końcu Syberia… tam lato trwa 2 miesiące a reszta to zima;) Z przygodami, ale miło! Kolejna noc już w naszym hostelu. Mimo przygód nie mogę wystawić złej oceny. Mimo kryzysowej sytuacji sprawa została rozwiązana na medal a my nie pozostałyśmy na bruku:)

Mogłyśmy się raczyć piwkiem rosyjskim i Omulem – endemiczną rybą bajkalska, którą złowić można tylko w Bajkale… pyyyyyyyyyyycha:)

Woda w tej części Bajkału, a Listwianka leży u ujścia Angary, ma … +6 stopni około.

Nogi zamarzają w chwilę… dłuższy postój w wodzie… boli:)

Dodać mogę tu, właśnie tu, że w marcu odbywa się Baikal Ice Marathon i … właśnie w Listwiance jest Meta. Był plan na taki maraton w 2018 roku, ale … zobaczymy, czy się uda, może się to odwlecze, ale chyba chciałabym spróbować… ciekawe, czy zimą łowią i wędzą Omula… Dla Omula warto tam pojechać:)

Dzień w  Listwiance był mniej lub bardziej produktywny, bo oprócz jedzenia Omula postanowiłyśmy zwiedzić okolicę. Chciałyśmy wejść na punkt widokowy „Kamień Czerskiego”, ale … wypłoszyła nas sabaka… tu zaczyna się przygoda pod tytułem „urlop pod psem”… Pomijając tabliczkę „uwaga kleszcze”, która wywoływała w nas za każdym razem silne emocje… ten pies nie dał za wygraną. Chciałyśmy się wspiąć na górę o własnych siłach, ale i ja i Magda boimy się psów (szczególnie wielkich i bezpańskich)… a ten był wyjątkowo upierdliwy. My krok do przodu, on za nami. Śmiałyśmy się, że został „opłacony” do odciągania turystów do wchodzenia pieszo… bo obok był wyciąg krzesełkowy, którym można było wjechać na górę, oczywiście za odpowiednią opłata. Uznałyśmy tę sytuację za „przepowiednię”… pies skutecznie zniechęcił nas do wchodzenia do lasu… może to był pies-obrońca przed kleszczami (których boję się chyba bardziej niż bezpańskich psów)… a wjeżdżać też się nie zdecydowałyśmy. Wróciłyśmy nad wodę, obadałyśmy plan wydostania się na drugą stronę Angary, zrobiłyśmy pranie i … kolejnego dnia w drogę, która nie wiedziałam jaka zaskakująca i mistyczna będzie… Ile wniesie do mojego życia…

W Listwiance próbowałam biegać, jeszcze bezskutecznie… po 1,5 km zrezygnowałam, boli nadal… ale walczę:)

W ogóle cały ten wyjazd był jakby magiczny, mistyczny… Wiele udało mi się przemyśleć (nie to, że planowałam głębsze analizy, tak wyszło…)… Magia Bajkału i siła jest niesamowita. Niby nie wierzysz w te moce, które tam są, ale jakoś jednak pośrednio na Ciebie wpływają, dotykają, choć właściwa magia zaczęła się później…

P.S. Pioruny uderzające w Bajkał robią niesamowite wrażenie na mnie – pierwszym tchórzu burzowym… (na szczęście burza do nas nie doszła):)

Dzień 10 – próba sił fizycznych, psychicznych i cierpliwości… Właściwy dzień „pod psem” w roli głównej z sabaką o imieniu Sabaka – tak ją nazwałyśmy…

Przedostałyśmy się „promem rejsowym” na drugi brzeg Angary, do Portu Bajkał. Port – choć niby zamieszkały wyglądał jak miasto z sennych koszmarów. Wraki łodzi, opuszczone sklepy, cicho, głucho… z deszczem. Deszcz trwał niedługo, zaciągnął nas do bufetu w budynku dworcowym, gdzie spotkałyśmy grupę z Polski (wow!):)

Tu zaczęła się jedna z przygód bajkalskich, które na długo zostaną w pamięci… a może nawet będą miały znaczący wpływ na przyszłość. To był dzień ciężki fizycznie, z kryzysem (dzięki Magdzie przezwyciężonym)… Nie odkryłam tu swojej najgorszej strony, ale emocjonalnie było burzliwie i nie tylko dlatego, że było ciężko i … upalnie, ale dlatego, ze miałyśmy niepożądaną towarzyszkę… Ale od początku… Ruszamy…

Trasa koleją krugobajkalską, historyczną trasą kolejową biegnącą między brzegiem Bajkału i przybajkalskimi skałami, z licznymi tunelami wydrążonymi w skale (najdłuższy ma około 800 metrów):) zbudowana w latach 1899-1949. Miejsce to ma szczególny urok … i ze względu na widoki i ograniczenia jakie „oferuje”. Na początku są tory i ścieżka… później już tylko tory i niezbyt równo ułożone podkłady, więc nogi i biodra dostają „w kość”…

Trasa od Portu Bajkał do Sliudianki (gdzie chciałyśmy dotrzeć) ma około 90 km. Wyruszając w trasę nie miałyśmy planu ile przejdziemy, no ja może i się zastanawiałam, czy może 15, czy 20… bo nie zakładałam, że z wielkim plecakiem przejdę więcej, szczególnie, że po deszczowym poranku bardzo szybko wstało słońce i dopiekało nas niemiłosiernie… Ograniczenie polega na tym, że na większości trasy jesteś zdany/zdana na samego siebie… kolej położona jest między skałami i brzegiem, nie ma dróg lądowych łączących trasę z cywilizacją wiejsko-miejską… Można podratować się pociągiem turystycznym, bo jest to trasa turystyczna, ale pociąg owy jeździ 4 razy w tygodniu i jak się ma pecha, to albo pieszo do końca, albo przymusowy postój po drodze w jakiejś turbazie…

My ruszyłyśmy w poniedziałek. W nasza stronę pociąg ruszał w poniedziałek w nocy (ok 2) i miał tez jechać  we wtorek, a kolejny w czwartek:) Byłyśmy uratowane, dzień marszu, we wtorek do pociągu i dalej w drogę…

Zaczęło się niewinnie, widoki mamiły nasze ciała i dusze… w Porcie Bajkał powitała nas radośnie Sabaka (młoda suczka, koloru czarnego, chyba czyjaś, bo z obrożą mieszanka Labradora lub Labrador…)… Myślałyśmy, że Sabaka podejdzie z nami kilka metrów i zrezygnuje, odganiałyśmy ją, przepędzałyśmy – tak, nawet po rosyjsku do niej mówiłam, ale jej reakcja na to była zdecydowanie obojętna. I mimo, że nie jestem fanatykiem psów, szczególnie obcych, to nie jestem też z tych, co rzucą w psa kamieniem. Prośby, groźby, tupnięcia… no cóż, Sabaka miała je głęboko gdzieś… Na początku było nawet śmiesznie… Szła obok, przed i za nami… znikała w krzakach i gdy myślałyśmy, że się jej pozbyłyśmy, to wracała jak bumerang… Dzielny towarzysz podróży… pies przewodnik.

Cala trasa jest malownicza, Bajkał, skały, tunele… cisza…

Około 15 km przeszłam kryzys ogólny… stwierdziłam, że mam dość, że plecy bolą, kark tak samo, że sił mi brak, że nie chcę, nie mogę… że nie dam rady. Że z tym wielkim plecakiem, to ja umrę a nie pójdę dalej i ten pies… moje zdenerwowanie sięgało już zenitu, nie odczepił się od nas po pierwszym kilometrze, ani po piątym, po piętnastym dalej była z nami… Na stacyjce około 9 kilometra, pracujący tam Pan powiedział, że na kolejnej stacji powinien być niejaki Siergiej, który jeździ do Portu Bajkał często i może Sabakę odwiezie „do domu”… Siergieja nie było, był Oleg, Oleg miał swojego wilczura, Sabaką nie był zainteresowany… my nadal nie umiałyśmy jej wygonić, wściekłość moja na jej powroty powodowała ataki złości i nerwów… szczególnie, że wyjątkowo obrała sobie mnie do podbiegania i lizania w rękę (:(:(:()… W chwilach słabości „odlatywałam myślami”, zastanawiałam się, co może dana sytuacja oznaczać, bo uważam, że nic nie dzieje się przez przypadek… Wymyśliłam, ale myślę, że każdy w danym momencie dopasowałby coś dla siebie… Wymyśliłam, że ta podróż z Sabaką, to przenośnia mojego życia, a w zasadzie ostatniego roku… Ten pies, to myśli, które mnie nachodzą mimo tego, że chciałabym nie myśleć… to myśli, które wydaje mi się, że odeszły, zniknęły (jak ona, gdy poszła pobiegać po krzakach…)… to myśli, które w najmniej oczekiwanym momencie wracają, dotykają mnie… męczą, tak jak ona. To myśli, których nie umiem się pozbyć, bo nie wiem, czy chcę. To myśli, które zaprzątają moją głowę, serce, duszę, męczą mnie, nie dają spokoju, nie pozwalają się otworzyć na inne, nowe sytuacje i ludzi… myśli męczące, stałe, powracające, od których nie mogę się uwolnić. Myśli konkretne, jasny przekaz… Myśli, których można się pozbyć tylko w jeden sposób… „trzeba wsiąść do pociągu, zamknąć drzwi i odjechać”… wspomnienia będą wracać, bo czasami myślę, co się stało z Sabaką, ale tylko odjazd pociągiem mógł nas od niej uwolnić… 🙂

No, ale wracając do wrażeń i całego dnia…

Widoki – bajka, sami zobaczcie…

Finalnie przeszłyśmy około 42 km… (niesamowite, wspominając to, jak się czułam na kilometrze 15). Gdybym była sama, poddałabym się… Ale sama nie byłam. Byłam z Magdą, która nie kopała mnie w dupę, ale jakoś taki respekt czułam do Jej słów, że z 15 przeszłam 42… z ciężarem na plecach, czasami w zamyśleniu, czasami… z uśmiechem na ustach, czasami z rezygnacją w sercu i wkurwem na psa, który nadal nie chciał się od nas odczepić… Doszedł z nami do stacji Polovinnaya, gdzie postanowiłyśmy zejść z trasy do bazy turystycznej Lesnaya Poliana (dzicz, cisza, kilka domków między rzeką Polovinnaya i skałami… bez zasięgu w telefonie). Przyjęto nas gościnnie, serdecznie, nakarmiono i zaoferowano nocleg. Była wizja „spania w plenerze”, ale pociąg miałyśmy o 4:20 w nocy i moje tchórzostwo wzięło górę… no i myślałyśmy, że Sabaka też zrezygnuje… ale grubo się pomyliłyśmy. Do pokoju wprawdzie jej nie wpuściłyśmy, nawet nie do budynku, została na zewnątrz, piszczała, szczekała, drapała w drzwi… Ja tej nocy (mimo, że krótka, bo położyłyśmy się pewnie około 23, a pobudka około 3:30) nie zasnęłam ani na chwilę… zastanawiałam się kiedy ktoś zejdzie i pogoni nas przez tego psa… drapanie powtarzało się kilka razy w ciągu nocy… Wstałyśmy, ogarnęłyśmy się … wyszłyśmy z nadzieją, że pies odszedł, zrezygnował… Tak jak te moje przeżycia i myśli… często mam nadzieję, że już odeszły, że skończyłam… ale ona (Sabaka) i one (myśli) nie odpuszczają… wracają i męczą… Pies też się znalazł, po jakichś 300 metrach od turbazy, z radością przybiegła do nas nasza towarzyszka… z wyrzutów sumienia zostawiłyśmy jej z kolacji trochę jedzenia (chyba jednak mam trochę serca)… Oprócz nas na peronie pojawiła się Pani, która również była przekonana, że to nasz pies…

Ale nadszedł czas rozstania… zamknięcia drzwi i to nie był łatwy czas…

Pociąg przyjechał i pies wskoczył za nami do pociągu… (nie odpuszczała ani na chwilę, tak jak te dręczące myśli)…

Została „wyproszona” a drzwi zostały zamknięte. Piszczała, szczekała, biegła za pociągiem… nie wiemy, co się z nią stało. Wspominamy ją nawet czasem… Wakacje „pod psem”… to ma jakieś teraz inne znaczenie, inny sens. Pies = myśli, droga = życie. Pewne sprawy trzeba zamknąć i zostawić gdzieś za sobą, odjechać i zacząć od nowa szukać szczęścia. Nie wiem, czy tę lekcję uda mi się przenieść do swojego życia, do codzienności, ale postawiłam już pierwszy krok. Nie jest mi smutno. Otwiera się przede mną coś nowego. Czasami jeśli pewnych rzeczy nie zamkniesz, to nie zobaczysz nowych. Jeśli nie zostawiłybyśmy tego psa wtedy na stacji, błąkał by się z nami nadal, jeszcze dalej odchodząc od swojego domu. Mamy nadzieję, że znalazła towarzysza, aby do swojego domu wrócić:) A może to był „bajkalski szaman” w postaci psa, który uświadomił mi jak bardzo nakręcanie się na pewne rzeczy blokuje mnie przed odkrywaniem nowych… kto to wie… Bajkał to miejsce magiczne, kto nie wierzy… musi tam pojechać…

Dzień 11, 12, 13 – Sliudianka – Arszan

W nocy wsiadłyśmy do pociągu relacji Port Bajkał – Sliudianka, to ten wspomniany „turystyczny”… który trasę 90 km pokonuje chyba w 5-6h… turystów spotkałysmy raczej mało, więcej lokalsów wydostających się z wiosek zagrodzonych skałami do cywilizacji… Oprócz doświadczeń z Sabaką, ulgi i zmęczenia (no w końcu miałam nieprzespaną noc)… poczułyśmy spieczone nosy i karki… A słońce nadal było niemiłosierne. Paliło tak bardzo, że opalone nazbyt koniuszki ciała trzeba było chować. Dotarłyśmy do Arszanu, to już republika Buriatia, niby Rosja, ale tak mongolsko tam… Popołudnie spędzone na poszukiwaniu ciekawostek wiejsko-miejskich, zwiedzaniu tybetańskich Dacanów, kontrolowaniu stanu zaopatrzenia straganów z pamiątkami, próbowaniu źródlanej wody (mającej oczywiście lecznicze moce!), oglądaniu okolicy… równie magicznej… to drzewa i słupy Serge z przywiązanymi wstążeczkami dobrych życzeń (ale o Serge więcej przy okazji Olchonu), kopczyki „obo” ustawiane w miejscach szczególnej mocy…

W Arszanie czuć coś w powietrzu, miejsca mają swoje znaczenie, kult… ludzie się modlą, przemywają wodami, mającymi uzdrowicielskie moce, wierzą w to…

Kolejnego dnia postanowiłyśmy (a w zasadzie Magda, bo ja to nie jestem maniakiem gór, ale nie dlatego, że nie lubię, tylko nie miałam okazji się zarazić górami), wgramolić się na szczyt Miłości… Legenda głosi, że jeśli wejdzie się na szczyt z ukochaną osobą, to miłość będzie silniejsza, mocniejsza… ja weszłam z intencją za trud…w końcu trzeba mieć jakiś cel wchodząc na 2200 npm

Znowu miałam chwile zwątpienia, rezygnacji. Nie mam (chyba) lęku wysokości, ale  miałam momenty, że oddech panicznie mi się skracał i siły słabły… szłyśmy rano, nie w upale… ale w chmurach… przejrzystość była momentami żadna… w sensie, widoczność super na jakieś 50-100m, ale dalej biało… Więc oszałamiającego widoku ze szczytu nie było, ale satysfakcja tak. Jakieś 200-300 metrów przed szczytem stwierdziłam, że mi wystarczy, że już jestem usatysfakcjonowana, mogę nie iść dalej (bo zaczynała się skalista droga na szczyt…), ale kolejny raz Magda wkroczyła do akcji i tak… okazałyśmy się na szczycie…

Weszłyśmy, ale zejście było znacznie gorsze dla moich nóg, choć napotkane osoby nieźle nam to wejście umilały (widziało się klapki, tenisówki … ale gwiazdą wycieczki okazała się para spotkana może blisko połowy drogi – naszej w dół ich na górę – gdzie młody człowiek w zasadzie wciągał swoją marudzącą wybrankę na górę… chyba bardzo mu zależało na tej miłości…)…

Moje nogi pod koniec zejścia odmawiały posłuszeństwa. Mięśnie ud spaliłam doszczętnie 😉 Szłam jak na szczudłach, bo zgięcie kolan powodowało poczucie braku stabilności. Przestałam ufać swoim nogom, że utrzymają moje ciało:)

No, umęczyłam się tym zejściem…

Usłyszałyśmy opinie, że ci co rano poszli nie mieli szczęścia, bo nic nie było widać, ale uważam, że miałyśmy wielkie szczęście, bo około godzinę po naszym zejściu rozpętała się burza, ulewa… koszmar. Umarłabym w tych górach chyba. Pioruny waliły bardzo blisko, do tego stopnia, ze musiało uderzyć w jakiś bliski transformator czy coś tam innego elektrycznego, bo prądu nie było chyba ze 3h w całym mieście…

Następnego dnia pojechałyśmy do uzdrawiających (no bo jakże by nie) źródeł/basenów do Wyszki (myślałam, że może kąpiele w śmierdziuszkach-basenach pomogą na moje zakwasy, które były większe niż te po Ultraśledziu i po maratonie w Szczawnicy…). Źródła nie pomogły, ale widoki na Sajany i góry Chamar-Daban były niesamowite. Dodam, że za Chamar-Dabanami jest już Mongolia:)

Dolina Tunkijska jest niesamowita. Jest tam tyle do zobaczenia. Można spędzić tam mnóstwo czasu, ale jak się ma go niewiele, to się spina i ogląda to, co najważniejsze…

Popołudniu wyruszyłyśmy na wycieczkę krajoznawczą wzdłuż rzeki Kyrgargi, która ma kilka wodospadów. Trasa turystyczna prowadzi do pierwszego wodospadu, a do kolejnych trzeba się pomęczyć na własną odpowiedzialność po skałkach… I tu stchórzyłam… stchórzyłam z tchórzostwa i braku wiary w swoje obolałe nogi, bo zły ruch mógł skończyć się bardzo źle dla mnie… Nie do końca usatysfakcjonowane, ale mimo tego zadowolone zakończyłyśmy przygodę z buriackim Arszanem… aby kolejnego dnia wyruszyć do najbardziej magicznego miejsca nad Bajkałem – na Olchon.

Buriacja to bardzo ciekawe miejsce, ludzie wyglądają inaczej, jedzą inaczej – starałam się spróbować wszystkiego, co się dało, więc w te 3 dni chyba przytyłam z 5 kg, bo je się tam mącznie, tłusto, mięsnie…

(kupiłam książkę kucharską Kuchnia Buriacka… chętnie pofantazjuję:))

P.S. (kolejny) mam sporo zdjęć z serii „kulinaria”, ale może zostawię je na pokaz zdjęć, który planujemy z Magdą zorganizować:)

Dzień 14 – w drodze…

Arszan – Irkuck – około 4h

Irkuck – zakupy pamiątek i syberyjskich smaczków

Irkuck – Olchon – około 6h

Dzień w drodze, upał ani na trochę nie dał nam wytchnienia. Widoki z wysokich szczytów zmieniły się w stepy…

Po 21 czasu lokalnego ogarnęła nas magia… Olchonu…

Podobno Olchon to jedno z najbardziej kultowych, mistycznych, magicznych, szamańskich miejsc…

Popieram całym sercem!

Na wyspę można dostać się promem.

Zimą podobno auta jeżdżą po lodzie:)

Z asfaltowej prędkości marszrutek 150km/h następuje zmiana na 20km/k… Na wyspie nie ma asfaltu, ani metra. Droga jest piaszczysta, z wyrwami, nierównościami, o powierzchni wielkiej „tarki”… jest kilka „objazdów” łagodniejszych, ale ta podróż jest bardzo emocjonalna. Prąd na Olchonie dociągnięto w 2005 roku!!! ale kanalizacji nie ma. Ale za to jest moc…

Noclegi, mimo że najdroższe z naszych dotychczasowych, to chyba najlepsze! W kontekście przygody, spotkanych ludzi, serdeczności, dobrych, usłyszanych słów … (powtórzę się…) magii:)

Dzień 15, 16, 17, 18…

Mieszkałyśmy tak…

Dla wielu… „słabizna”… dla mnie najlepsze miejsce ze wszystkich:)

Uwaga – lokowanie produktu – Gavan Nadezhdy z miejscowości Chużyr (jedyna duża, ta największa):) Siła serdeczności ogarnia od wejścia. Jakoś tak tu rodzinnie, miło, sympatycznie. Czysto, pachnąco, biwakowo, ale to jest właśnie klimat Olchonu i jego ograniczeń. Nie jest skażony cywilizacją, przez co jeszcze bardziej chce się tam być. Ja polecam to miejsce całym sercem. No ale po kolei.

Przyjechałyśmy w nocy, więc spać!

Rano, herbata, śniadanie na świeżym powietrzu i … „wypad w miasto”

Poniżej jego główna ulica:)

Taki wschodni „dziki zachód”…

Przed wyjazdem na Olchon przeczytałam taki tekst „Jeśli chcesz odizolować się od świata, zapomnieć o problemach mieszczucha, zaprzyjaźnić się z naturą i odetchnąć powietrzem pachnącym błękitem, to przyjeżdżaj na Olchon…”.

Podpinam się pod ten cytat całą sobą:)

Tego nie da się opisać i pokazać, to trzeba przeżyć. Wszechogarniajacy kurz, skwar, słońce i błękit… wiatr – raz ciepły i delikatny, raz chłodny i ostry… Skały mają swoje moce, znaczenie i sens… Nic tu nie jest bez sensu… Piękno, ktore Cie otacza. I czasami wielu rzeczy nie rozumiesz, np. o co chodzi o w tym całym szamaniźmie, dlaczego kobiety nie mogą wchodzić na skałę Szamankę, po co wiesza się te wstążeczki, to biernie, ale uczestniczysz w tym wszystkim i działa to na Ciebie na swój sposób, a Ty przyjmujesz to w sobie w wybranej przez siebie wersji lub odrzucasz zupełnie, chcesz w to wierzyć, lub odkładasz między bajki…

Coś na tym Olchonie wisi w powietrzu … chce się tam być, podziwiać, chodzić, próbować…

ale jeden dzień na miasto + okolice bliskie wystarczy, trzeba zwiedzić wyspę, wybrać się dalej, do równie magicznych miejsc… Propozycje wycieczkowe są dwie: przylądek Choboj i wycieczka wodna po Małym Morzu do wyspy Ogoj i na drugi brzeg (do świętego szamańskiego źródełka):)

Można wszystko zamówić, opłacić, ale po co… Na Choboj nie wykupiłyśmy wycieczki. Magda bardzo chciała aktywnie spędzić dzień a nie w śmierdzącym spalinami UAZiku, więc wypożyczyłyśmy rowery (no ja też chciałam, żeby nie było, że to jej wina):) Nasza Pani Nadezhda, jak się dowiedziała, przeżegnała się 3 razy, chciała nas odwieść od tego pomysłu, nie wierzyła, że się uda… bo … droga jest, ale jakby jej nie było, przejezdna tylko dla UAZików i Jeepów i tym podobnych… piach, „tarka”, glina, wyrwy, góry, doliny, „wędrujące wydmy” w miejscowości Pieschananya, las pełen dziur… typowy offroad… a my… my wybrałyśmy się na rowerach:):):)

Na początku było „fajnie”, no … trochę (dużo) piachu, „tarki”, górek i dolinek… Metodą „na biegacza górskiego” zdecydowałam na górki podchodzić, aby nie wytracać sił:) 5, 10, 15 km… jakoś poszło, choć słońce dawało się nam w kość (dosłownie, paliło ciało do kości):) Niestrudzenie jechałyśmy dalej zastanawiając się, czy rowery wytrzymają te wyrwy, zjazdy, podjazdy i czy hamulce dadzą radę…

Malowniczo, pięknie, przepięknie… piekielnie trudno… morderczo wręcz.

Dojechałyśmy, mijane wycieczkami Chińczyków, z gestami aprobaty i gratulacji:) Jeszcze wtedy nie czułyśmy, dlaczego. Na miejscu spotkanie Rosjanie też nam gratulowali, że dojechałyśmy tu na rowerach… A my… do nas dotarło, że jechałyśmy w jedną stronę 4h 45 min (42km)… toć ja maraton szybciej przebiegłam… ten czas może pokaże, jak bardzo ciężka i trudna to była droga. Byłyśmy bardzo z siebie zadowolone, ale dotarło, że … trzeba wrócić… Napotkani Rosjanie, po gratulacjach, zaoferowali, że może nas podwiozą, ale… no właśnie, ale przyjechałyśmy na Przylądek Choboj, zatrzymałyśmy się na parkingu i nawet nie zdążyłyśmy pójść TAM, tam gdzie przyjechałyśmy, na koniec olchońskiego świata… Odmówiłyśmy z bólem w sercu i strachem w oczach…

No, ale byłoby to jak iść do sklepu po ciastko i popatrzeć na nie przez szybkę… Fajnie, ale to nie to…

(zwróćcie uwagę na czystość mojej szyi):)

Postanowiłyśmy wrócić… jak nie ma jak, to tak samo jak w tę stronę, ale spotkało nas przeogromne szczęście – dwóch Buriatów, którzy otworzyli biznes życia – codziennie swoim UAZikiem wyruszali na Choboj z dostawą wody, lodów, napojów z … 5krotną marżą, ale… ja sama po przyjeździe kupiłam fantę (przecież ja nie piję fanty!!!) i wodę, za 250 rubli (około 21zł):)

I wcale mi nie było żal!

Ale dobrze czasami znać język i pogadać o „głupotach”, żeby zaoferowali nam podwózkę:) Nie wiedzieli jeszcze jak zmieszczą nas z rowerami, ale „jakoś się da”:)

Umówiłyśmy się, że wyjedziemy same (mieli ruszyć po skończonej sprzedaży, za jakieś 1,5h)… spotkamy się po drodze. Odjechałyśmy około 1o km, droga stamtąd w zasadzie jedna, więc opcji zagubienia się nie było… Słońce było tak palące, że pod pierwszym nędznym drzewkiem urządziłyśmy piknik i oczekiwania na naszych wybawców:)

Tak jak powiedzieli, zabrali nas do swojego UAZika, zapakowali rowery na dach, przywiązali sznurkami i tu… tu zaczęły się „modły”… oby nie spadły… bo w zasadzie nie nasze:)

Wyrwy, doły, nierówności skutkowały uderzaniem i hukiem rowerów o dach i naszym stresem, czy dojedziemy my całe i te rowery:)

W danym momencie nie przeszkadzał nam smród spalin, dym z papierosa…. chyba jakby mi kazali za podwózkę zapalić fajeczkę, to bym zapaliła z radości:) hahaha Z lodówką na pace, rowerami na dachu, dotarłyśmy z powrotem do Chużyru. A jak Nadezhda nas zobaczyła w całości, to mało się nie popłakała. Myślę, że zostałyśmy jej bohaterkami:) Same dla siebie też! Ale zastanowię się następnym razem przed podróżą w nieznane, po stepie, bez drogi w dzikim upale.

Myślę, że wróciłybyśmy na tych rowerach, może nie w 4:45 a w 6 – miałyśmy na to czas, ale byłybyśmy zmarnowane, złe i zmęczone … a tak, została chwilka na zwiedzanie tego, co jeszcze nie udało się zobaczyć lokalnie.

Kolejny dzień – wodny, pochmurno-słoneczny, wycieczkowy na Wyspę Ogoj i drugi brzeg Bajkału.

Świat stał przed nami otworem, widoki same prezentowały się przed aparatem, emocje kumulowały w sercu, aby wybuchnąć od piękna…

 

Wieczór uwieńczony… kąpielą w Bajkale, bo pojechać i się nie wykapać, to byłby grzech!

🙂

Ostatni dzień, nie mniej magiczny… i mimo tego, że w zasadzie nic się nie wydarzyło, to … odbyła się (jakoś tak oficjalnie to brzmi) dość długa rozmowa z Panią Nadezhdą, która jest znachorką, jej mąż był szamanem, płynie w jej dzieciach szamańska i znachorska krew. Wiele nam mówiła o magii miejsc (np. o Przylądku Choboj, który ma moc spełniania pragnień i życzeń), wiele mówiła o Miłości, o szczęściu i magii, leczeniu, szamaniźmie, o mocach, które strzegą i bronią wyspy, o zdrowiu… Mówiła o wierze… w życie, miłość i dobro… wiele dobrego … ale i o przesądach mówiła, o tym, czego się strzec … Ciekawa to była rozmowa i na pewno długo we mnie zostanie, jak i sentyment do wyspy, do Nadezhdy. Może nigdy się już nie zobaczymy, ale … kto wie:)

Bajkał i kraj przybajkalski, to niesamowity rejon, to nie tylko miejsca, ale wszelakie magiczne moce (wiem, powtarzam się), które nimi rządzą. Szamanie, przesądy, kulty… Nie wierzysz w to, ale jakoś na Ciebie to działa, wpływa…

To nie koniec mojej przygody, choć z magią „dotykalną” trochę już tak…

Ta ulotna posiedzi we mnie jeszcze trochę:)

P.S. (kolejny) nie oszalałam, spokojnie:)

Na dzisiaj kończę, choć tyle mam do opowiedzenia.

Planujemy z Magdą we wrześniu pokaz zdjęć, ale zapraszam również na pokazy indywidualne:):):)

Chętnie poopowiadam trochę i powspominam, oby jak najczęściej, aby nie zapomnieć tego co ważne!

Zdjęć mam dużo! Wrażeń jeszcze więcej…

A w kolejnej odsłonie zabiorę Was do Kazachstanu i okolic Ałmaty. Nie będzie to już aż tak emocjonująca część, ale … równie piękne miejsca Wam pokażę i zachęcę do wycieczek do Kazachstanu.

Bez odbioru.

Ślę Wam bajkalską moc szamańską!