To zacznę od wypieków, bo wypiekałam sobie trochę.

A co! Trzeba sobie jakoś uprzyjemnić życie:)

Tym razem powstała wariacja sportowych batonów na specjalne zamówienie Odbiorcy w zasadzie stałego, ale smakowo zrożnicowanego… powiedziałabym żądnego nowych smaków i kombinacji.

A ja… mi dwa razy nie trzeba powtarzać, ma być nowy skład, to czemu by nie spróbować:)

Pobudziłam wyobraźnię, podkręciłam kubki smakowe, stworzyłam wizualizację i … podreptałam na bazarek. A na bazarku… na bazarku moc bakalii, fuzja smaków i zapachów… Na bazarku otwiera się mój umysł i wyobraźnia szaleje…

I tak.. powstał mix orzechowo-kokosowo-żurawinowy:)

Nie to, że wszystko razem, tylko 3 „rządki” = 3 smaki!

Nawet i dla mnie coś zostało, bo ja też te batony lubię… Czasami piekę od razu więcej, czasami piekę tylko dla siebie… czasami piekę owsiane ciastka ze składu batonowego…

Ostatnio nawet spróbowałam upiec ciastka bez owsianych płatków i… wyszły. Tylko nieco je „przypiekłam”…

Taaaaaak! Mi też się zdarza coś spalić. Cóż… nie mogę być idealna…:D

Piekę batony, zjadam i pobudzam swój organizm do aktywnego życia…

Ale o aktywnościach niebawem:)

Bo oprócz wypieków sportowych powstały te miłosne, ślubne, pamiątkowe.

W zasadzie, to nawet nie wiem, czy mogę je już opublikować, ale zważając na to, że pewnie niewiele osób czyta moje wywody wypiekowo-sportowe, to chyba uda mi się przejść niepostrzeżenie nieopodal Państwa Młodych.

Iwonę poznałam dzisiaj – krótkie, ale bardzo miłe spotkanie.

Krystiana znam od lat, ale to trochę złudne, poznaliśmy się w podstawówce… a spotkaliśmy około 2 lat temu w Warszawie. Ma szczególne znaczenie w moim życiu, bo dzięki niemu zrozumiałam już jakiś czas temu, że nie ma sensu tkwić w czymś, co nie daje satysfakcji. Że czasami zmiany są trudne i ciężkie, ale na pewno czemuś służą i mają jakiś cel… i nawet jeśli czasowo jest niefajnie, to po latach chudych przyjdą w końcu te tłuste… I Krystian jest tego doskonałym przykładem. A ja… A ja dzięki niemu jakiś czas temu postanowiłam odwrócić moje życie do góry nogami, zacząć poniekąd od nowa i… nie żałuję:) Gdyby nie ta decyzja… dziś nie miałabym tego, co mam teraz… Nie byłabym tu, gdzie jestem. Nie byłoby wypieków, biegania… czyli sensu mojego aktualnego istnienia:)

Niby nic wielkiego nie zrobił, ale przegadane pewne tematy z kimś niby znanym, ale trochę obcym, docierają głębiej, są przyjmowane nie emocjonalnie, ale realnie… No i stało się. 180 stopni! I gaz do dechy!

Życzę Młodej Parze mądrości życiowej!

Aby zawsze się lubili, bo jak się kogoś lubi… to nawet jak motyle pozdychają, to chce się z tym kimś przebywać.

🙂

No właśnie… kiedyś wydawało mi się, że kogoś kocham, ale nie umiałam odpowiedzieć sobie, czy go lubię…

Dziwnym to pytanie mi się kiedyś wydawało…

A teraz… Miłość jest, a jutro jej może nie być. Fajerwerki strzelają pięknie, błyszcza i się mienią, ale w końcu gasną… a jak się kogoś LUBI, to ciężko go/ją odlubić… czy nie tak? Bo jak się kogoś lubi, to się chce spędzać z nim/nią czas.. rozmawiać, troszczyć się, poznawać nowe, iść razem w nieznane…

🙂

No, słodko się zrobiło, ale słodycz tutaj niewypiekowa, więc temat grzecznie ucinam, bo mogłabym się rozwijać i zagłębiać kogo lubię i jak bardzo, ale to nie notka o uczuciach:D Trudne sprawy zostawmy dla telewizji:)

A u mnie…

Łączenie pasji, fuzja…

Popiekłam… teraz trzeba pospalać:)

Szczególnie, że w międzyczasie był długi weekend!

A jak cztery dni wolnego, to… spacer!

(swoją drogą… wróciłam do domu w środę… upiekłam batony, o których wspomniałam na początku… i w miasto, z siostrą, znajomymi i… aparatem):)

Tak! Lubię robić zdjęcia. I nie chodzi o to, żeby ktoś chwalił. Kręci mnie jak sama jestem dumna z siebie. Profesjonaliści pewnie znaleźli by miliony błędów, a ja… a ja patrzę i mi się podoba. I chyba to jest ważne:)

I życzę sobie, żeby więcej takich okazji się pojawiało. Oby więcej ich było:)

Po spacerze… basen … i rower (63km) z pajęczakiem w tle…

Pływa mi się coraz lepiej i boli mnie trochę to, że czekają mnie dwa miesiące przerwy:(:(:( A po przerwie… podobno często zaczyna się od początku:(:(:( Buuuuuuuuuuuu…

Jakoś tak lepiej mi wychodzi. Ręce nadal koślawią się bardziej do tanecznych kroków, ale generalnie staram się pilnować… „dobrze się prowadzić”:)

Nawet czasami zarobię na jakąś pochwałę;)

Rower… och i ach! Trochę się wkręciłam w dwa kółka ze szprychami… i nakręciłam się na szosę… tzn jeszcze nie kupuję, ale rozważam… silnie i intensywnie. W dużej mierze zależy to od budżetu powakacyjnego:)

Więc jakby ktoś widział, słyszał… 🙂

Czemu nie.

No i do sportów długoweekendowych można dołączyć kajaking… I przyznać muszę, że mimo pogodowego strachu, było fajnie, bardzo fajnie:) Deszcz nas nie złapał, nawet słońce zza chmur wyskoczyło i trochę liznęło po ramionach…

Pewnie limit na rok wyrobiony…

Po kilku godzinach na wodzie…

Dawno nie miałam takiego energetycznego zjazdu… wróciłam do domu około 17/18… poszłam spać… wstałam rano…. Relax po relaxie…

Mam już wizy. Juhu! Wpuszczą nas do Rosji!

Zmienił się lokalizacyjny nadbajkalski plan… na lepsze.

Zostało 9 dni…

9 dni do wyjazdu…

Doczekać się nie mogę… to podróż marzeń:)

Jednocześnie oświadczam uroczyście, że od 1 do 23 lipca nie ogarnę wypieków:( Chyba, ze te twarzowe, bo tych to będzie sporo!

Ale od 24 lipca… walcie drzwiami i oknami!!! Batony, torty, ciasta i ciasteczka:)

Ciągle zastanawiam się co wziąć ze sobą, a czego nie brać. Konsultuję z bardziej doświadczonymi podróżnikami… radze się i myślę…

Ale ja tu pitu pitu i wypiekach, lubieniu, wakacjach… a przecież kluczem dzisiejszej notki jest… bieganie!!!

Biegałam, nawet można uznać 2 razy!

Pierwszy można porównać do spalonego… nie wyskoczyłam z bloków startowych:)

Wyszłam na 500 m… bolało… zrezygnowałam.

Miałam się poddać, nie biec w sztafecie na AWF… załatwiłam nawet zastępstwo (dzięki Aga), ale moja drużyna – Naprzód Młociny LoszSquad – powiedziała, ze może być wolno, nawet marszem… ale ze mną. Bałam się i wahałam, aby w końcu podjąć decyzję, że walczę.

Bolało od startu do mety:( Bolało mocno, było niekomfortowo, ale …. gdy wybiegasz zza roku pierwszego i na prostej słyszysz „Ania! Ania!”, widzisz znajome twarze, to Ci się chce… „lecisz” dalej… słyszysz pisk zanim cokolwiek zobaczysz i… łza kręci się w oku. Prawie się popłakałam. Z radości i bólu… Ale dotarłam. To był jeden z najtrudniejszych moich biegów … mimo, ze jeden z najkrótszych. Po biegu noga nie przestała boleć. Raczej nie naderwałam sobie tego drugi raz, ale na pewno ponaciągałam, bo wieczór po powrocie do domu upłynął pod kątem chłodzenia i masowania… Dzisiaj rano, na basenie zrezygnowałam z pracy nogami… nie poszłam też na rower… regeneracja. Jeszcze masaż i chłodzenie. Jest lepiej dzisiaj, ale mam dziwne uczucie w udach… zakwasy? Po 2,5 km? W zasadzie czemu nie… Dziwnie mi, ale dobrze.

Dziękuję mojej kochanej rodzinie biegowej.

Bez Was nie walczyłabym…

W ogóle bez Was wielu rzeczy bym nie robiła.

Czasami człowiek nawet się nie zastanawia ilu osobom i za co powinien być wdzięczny…

Że bez nich ten świat byłby inny, dziwny, smutny.

Że pewne rzeczy układałyby się inaczej…

🙂

I czasami nachodzi mnie taka myśl, że mimo tego, że nie mam tego, co chciałabym w życiu mieć, to mam tyle zamiast, że powinnam codziennie wstawać i dziękować Bogu, za to co mam, za to Kogo mam wokół siebie:)

I nawet, jak napotykam w codzienności trudności, to mam wrażenie, że one są po coś… mają jakiś cel, bo nic nie dzieje się przez przypadek:)

I z tą dobrą myślą życzę Wam wielu pragnień, które kiedyś doczekają urzeczywistnienia… (sobie też życzę):)