Zanim zacznę wywodzić się na temat zapełniania czasu bez biegania pokażę dwa komunijne torty, które wyleciały do Kasi i Kuby w poprzednim tygodniu. Odzew jest bardzo pozytywny, a to cieszy. Dziadek Kuby, którego znam osobiście, podobno reklamuje mnie i chwali  gdzie może… (sama widziałam):)

A moja radość sięga zenitu!!! Wspaniałe uczucie!

Kuba zamówił tort czekoladowy, z kremem śmietankowym i malinami…

Kasia natomiast wybrała ciasto jasne, krem ten sam, ale w środku ukryły się świeże (niestety importowane) truskawki, ale … trafiłam na pyszne i aromatyczne:)

Lubię letni sezon… mogę wtedy tworzyć kompozycje ze świeżych owoców… a takie torty lubię najbardziej.

Przy okazji mama Kuby wymyśliła, żeby podarować Gościom jakiś drobny prezent na pamiątkę. Na początku myślałyśmy o babeczkach, ale finalnie… upiekły się i udekorowały komunijne ciasteczka:) A oto i one…

(tu mam wieści równie pozytywne, że ciastka bardzo się podobały):)

Och i ach:)

Rozpływam się…

 

No, ale jak to się mówi, w życiu musi być równowaga…

Są wypieki… nie ma biegania…

Nie biegam nadal i wciąż… boli. Jest zdecydowanie lepiej, nie kuleję już… ale chodzenie jeszcze nieco boli.

Nie pobiegłam Półmaratonu w Białymstoku, sprzedałam pakiet na chwile przed startem. Erwin… bo tak ma na imię chłopak, któremu pakiet sprzedałam zrobił mój wymarzony czas… smutno mi było, bardzo, ale cóż z robić… Może tak miało być, może to nie był mój dzień, mój czas…

Chyba znowu przyjdzie czas na poklepanie kilometrów:)

No… ale (Ci co mnie znają, to się nie zdziwią), nie byłabym sobą, gdybym zasiadła w domu na tyłku i zajęła się odpoczywaniem. To groziłoby depresją… Już miałam stan desperacji i zwątpienia, co to ja będę robić bez biegania, ale LOS mi sprzyjał i nie wiem nawet kiedy owy tydzień minął…

W poniedziałek… szeroko pojęte planowanie wakacji… ????

Wtorek mnie nieco z życia wyłączył chyba zatruciem pokarmowym, ale na szczęście to był jeden dzień, który szybko się skończył, bo w zasadzie go przespałam:)

Środa… musiałam nadrobić stracony wtorek… więc zrealizowałam zamówienie komunijne odsłonę drugą… dla kolejnego Kuby i dla Hani:)

Pisałam już o tym, ale chętnie wspomnę jeszcze raz.

Gdy przychodzę po 8 godzinach, często wyczerpującej psychicznie pracy, zaczynam piec, ozdabiać… widzę, że zegarek pokazuje północ i jest to 7 godzina wypieków… zastanawiam się, czy dam rade i ile dam radę tak pociągnąć…

Padam ze zmęczenia i bólu kręgosłupa od ciągłego nachylania się nad stołem… budzę się rano i widzę cały stół gotowych ciastek, to chce mi się. Znowu chce mi się i choćbym miała kolejny dzień to robić, to… zrobiłabym to kolejny raz. Mam nadzieję, że przyszłość kiedyś wprowadzi w moim życiu zmiany… Będę mogła pracować na jeden etat… ten wymarzony.

Niby wydaje się to takie odległe i dalekie, ale…

Zbieram się na odwagę…

Ale czuję, że jeszcze nie jestem gotowa:)

Wiem też… że przyjdzie jeszcze na to czas.

Będę jedną z tych historii, gdzie ryzykuje się wszystko, by walczyć o marzenia:)

 

Ale na razie wypracowuję najsłodsze nadgodziny w życiu…

Bo w czwartek… kolejna porcja ciastek, tym razem na Fiestę rodzinną na Bielanach, która była organizowana przez MDK. Nasza drużyna biegowa Naprzód Młociny była odpowiedzialna za sekcję sportową. A ja… wypiekową.

Zorganizowaliśmy stacje sportowe, za przejście których była słodka nagroda w postaci ciastka + losowanie upominków rzeczowych. To jak wyszło, to za chwilę, a teraz … tadaaaaaaaaaaam!!!

Dzięki foremkowanie.pl stworzyłam „dziką” foremkę:) Od dzisiaj mogę piec same dzikie ciastka i czuć się na prawdę dzikooooooo:)

A jak już chwalę #foremkowanie, to pokażę jeszcze coś. Moją dumę. Bo nic bardziej nie cieszy niż kawa + ciacho na deser… i to jakie ciacho. Najbliższe memu sercu:)

Tak sobie pomyślałam, że jakby się kiedyś udało kawiarnie otworzyć, to te ciacha „firmowe” będą w specjalnie niskiej cenie jako dodatek do kawy. Żeby każdy miał na to ciacho ochotę i nie zastanawiał się… dlaczego tak drogo:)

Nie jem często ciastek (już)… ale te, to sama przyjemność, której nie można sobie odmówić:)

:):):)

 

Razem z dzikimi ciastkami przeżyłam swój „pierwszy raz” z batonikami energetycznymi na specjalne zamówienie.

Przeglądałam przepisy różne, ale w końcu wymyśliłam coś swojego: daktyle, masło orzechowe, olej kokosowy, migdały, orzechy laskowe, kasza jaglana ekspandowana…

Batony z serii „lodówkowych”. Podobno pycha (sama jadłam, mogłabym do zasłodzenia je jeść):) Przed treningiem stacjonarnym się nadają i rewolucji żołądkowych nie powodują, ale na rower odpadają… temperatura wysoka wpływa na nie rozpływająco.

Absolutnie mnie to nie martwi:)

To wyzwanie na stworzenie wersji kolejnej, ale nie tej chłodzonej, a tej upieczonej… już myślę, co wykombinować, co dodać i kiedy zrobić. Będzie pysznie!

A tymczasem… serce rośnie. Sportowcy chwalą.

A nie ma absolutnie lepszej motywacji!

Ale w czwartek nie skończyło się na batonach i ciastkach… bo był jeszcze TORT:)

Tort, który ma dla mnie dość „mistyczne” znaczenie.

Bardzo emocjonalne i wręcz trochę mnie wzrusza:)

A już piszę dlaczego…

Dokładnie rok temu zrobiłam pierwszy „dziki” tort, który był dość dużym zaskoczeniem, ponieważ „wyryłam” z masy cukrowej najprawdziwszego dzika. Podobał się i jakoś tak wyszło, że w tym roku nikt nie miał wątpliwości kto organizuje tort na trzecie już urodziny dzikiej szajki.

Tort ma dla mnie wielkie osobiste znaczenie, bo w zasadzie od pokazania go zaczęła się przygoda Biegam z wypiekami. A nazwa i pomysł bloga pojawił się rok temu… w czasie drogi z półmaratonu białostockiego.

Rok temu zaczęłam biegać z wypiekami…

Rok temu zaczęła się niesamowita przygoda mojego życia…

Rok temu wprowadziłam tortową rewolucję w sobie:)

Ostatni rok wiele mnie nauczył, zweryfikował moją wiedzę wypiekową…

Aż nie mogę uwierzyć, że już minął rok!!! W ciągu tego roku upiekło się pewnie kilkadziesiąt tortów, może nie 50, ale pewnie między 20 a 30 to tak… Setki ciastek… trochę babeczek, kilka batonów energetycznych…

Mogłabym policzyć, ale nie chcę żyć cyframi.

Każda sztuka tortu, ciastka, batonika to dla mnie ludzkie emocje i odczucia… smakowe przede wszystkim. Jeśli ktoś jedząc moje wypieki choć przez chwilę ciepło o mnie pomyśli, to jest dla mnie najlepsza motywacja, aby robić to dalej, aby się tym zajmować, aby brnąć w to całą sobą…

A jak dostaję smsy: „Pani Aniu bardzo dziękujemy za ciasteczka. Nie dość, że śliczne, to jeszcze smaczne. Wszystkim gościom bardzo podobały się i smakowały.”

Jak słyszę opinie o batonach: „Zjadłem przed (dość ciężkim) treningiem dwa i nie czułem głodu i z brzuchem też ok”, to latam kilka centymetrów nad ziemią.

Jak moi zamawiający mówią mi, że jestem już ich stałym wykonawcą tortów, to chce mi się, dla nich chce mi się to robić. Pracować po godzinach, poświęcać weekendy. Dopóki mogę to robić, dopóki mam na to chwilę czasu, dopóki sprawia mi to ogromną radość… dopóki mogę, to będę to robić kolejny rok, a może i całe życie… oby:)

Wspaniałe uczucie, najwspanialsze.

Nie wiem, czy nie porównać go do wbiegnięcia za linię mety po ciężkim biegu.

Ta radość, ulga, błogość i poczucie wykonania dobrej pracy.

Nie do opisania:)

Nie do pokazania.

Dziękuję Wam wszystkim, którzy uczestniczycie w moim życiu sportowym i wypiekowym.

Bez Was nie było by mnie, nie byłoby moich wypieków, bez Was nie rozwijałabym się, nie szukała nowych możliwości i rozwiązań… nie szłabym do przodu:)

Moje hasło wytatuowane na ręce: move on jest nadal aktualne, ponadczasowe… może dotatuować sobie … move on bake, run and swim…

No właśnie…

Swim -uwielbiam:)

Na początku była wielka niewiadoma, raz w tygodniu, niepewność, czy chce mi się pływać, czy to znowu fanaberia.

A teraz… ojej:) Nawet dzisiaj chce mi się iść popluskać.

Szczególnie, że w dniach kontuzji, to jedyny sport, który mogę wykonywać. W zasadzie to nawet nie wiem, czy mogę, ale nie umiem sobie odmówić.

Nie to, że wszystko mogę wypływać, ale delfinek nie sprawia mi bólu, więc radość moja ogromna, że biegać nie mogę, ale jest alternatywa:) i to jaka miła. Chodzenie jeszcze boli, ubieranie też, a ta woda to dla mnie jak wybawienie.

Więc aby nie zdziczeć w domu z wypiekami… pływam.

I mam nadzieję, że nigdy nie przestanę:)

Intensywny tydzień.

Podobno „mam przekrwione oczy”… jak twierdzę, że od wody, ale może to i zmęczenie.

Ale jak tu żyć inaczej…

Od poniedziałku do piątku wypieki.

W piątek 3 urodziny Szajki Naprzód Młociny, to … taka wielka rodzinna impreza, z którą się dobrze wychodzi nie tylko na zdjęciu:) Rodzina na dobre i na złe. Na smutki, radości, wybiegania i kontuzje. Na wszystko!

Super ognisko, super atmosfera.

Ja mogłabym pisać poematy i wiersze, ale wystarczy, że kolejny raz powtórzę, że cieszę się, że jestem z Nimi i mam nadzieję, że zostanę z Naprzód Młociny na zawsze:)

P.S. nie mam pojęcia, o której wróciłam do domu…

A w sobotę, kolejna „rodzinna” impreza.

Rodzinna bo Fiesta dla Rodzin i rodzinna, bo mieliśmy sekcję sportową Naprzód Młociny:)

Opinie są rewelacyjne. Podobało się. Było czadersko, aktywnie, wesoło, kreatywnie.

Były dzikie ciastkowe nagrody:):):) Były fanty, były zawody.

No kto jak nie MY! W Rodzinie siła i moc.

Ja mogę tak żyć…

Kiedyś pewnie na taką Fiestę wezmę i swoje Dzieci, ale dopóki ich nie mam to będę piec ciastka i sprawiać radość innym:)

….

Ależ mam dużo do napisania.

Ale chyba zmierzam ku końcowi, bo to, że urodziny Biegam z wypiekami to jedno. Urodziny Szajki to drugie.

Mnóstwo nowych wypieków, to trzecie…

Ale muszę się pochwalić nowymi doznaniami kulinarnymi, bo jest się czym chwalić:D:D:D

Odwiedziłam ostatniej nocy Nocny Market na dawnym Dworcu Głównym w Warszawie.

Jeden z przykładów Street Food. Tłum (co wielu by zniechęcił), mnóstwo „bananowych” ludzi:D:D:D Opowiastki w tle o podróżach i takich tam…

Aby spróbować większej ilości rzeczy zawarłam „układ” z moim Towarzyszem wieczoru – zamawiamy co innego, dzielimy się:D

No i tak… zaczęło się od krewetek (nie ma szału, nie wywołuje we mnie to już większych emocji), sosy smaczne (jeden z mango), ładnie podane i strasznie drogie, ale … nie chodzę tam co tydzień, to był mój pierwszy raz i podczas tego pierwszego razu pojawiło się kilką innych „pierwszych”… Były ośmiorniczki z grilla, była krewetka z grilla, były kalmary w panierce, były pierożki chińskie, były… uwaga… OSTRYGI… tu zostałam namówiona, bo sama bym nie zauważyła… no i zjadłam… i było ok. Choć, to była zabawna sytuacja, bo Kolega mój oczekiwał chyba, że się skrzywię, skwaszę, a ja pogryzłam, połknęłam, nie miałam poczucia zachwytu, ale i nie miałam poczucia wstrętu. Nie zachwyciły mnie szalenie, ale absolutnie też nie zniechęciły. Fajne uczucie próbowania NOWEGO. Super i dziękuję pięknie za te Ostrygi. Polecam się na przyszłość z próbowaniem innych Nowości. Choć na nie nie trzeba było długo czekać, bo na pożegnanie z Nocnym Marketem zjedliśmy… prażone larwy jedwabnika!!! Szok. Jak je zobaczyłam, to zachciałam spróbować, ale w życiu nie odważyłabym się na kupienie ich. Nie, nie ja… ale chyba mój nastrój, chęć i strach został bezbłędnie wyczuty… raz, dwa, trzy… hop! Zjadłam jedwabnika…. aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!

Tu emocje sięgnęły zenitu. Smak, miał, jakiś miał, nie najgorszy, porównywalny do niczego.

Konsystencja, no trochę pancerzyk między zębami mi zostawał, ale w sumie nie było to jakieś obrzydliwe, czy zupełnie nie do zjedzenia. Nie jest to przekąska, którą miałabym sobie sprawiać częściej, ale jakby ktoś mial przy okazji, to pewnie skubnęłabym:)

hahahhaa (zastanawiam się ile osób sobie teraz myśli „bleeeeeeee”):)

A potem trafiłam na Food Trucki, egzotyki było mniej, ale z sentymentu pożarłam Chaczapuri z serem z Gruzinskiego Food Trucka Czuma – swoją drogą, nieźli ludzie. Gotują, śpiewają. Aż chce się jeść:):):)

To był fajny, bardzo fajny wieczór/noc.

Nawet nie spodziewałam się takiej fajniości i smakowitości.

To był rewelacyjny weekend, choć jeszcze trwa, a obiad dzisiaj też zdecydowanie „na mieście”.

To był jeden ze wspaniałych tygodni mojego życia mimo, że tydzień temu miałam doła, że nie mogę biegać, że nie znajdę pomysłu na siebie, że zanudzę się i oszaleję…

Dziękuję Kochani, że jesteście ze mną i dla mnie.

Że mnie wspieracie, zamawiacie łakocie, biegacie ze mną i uczycie pływać!

Że podrzucacie pomysły…

To już rok.

100 lat dla Biegam z wypiekami.

Do utraty sił!

????