O bieganiu nie będzie prawie nic… chyba, że do sklepu po: mąkę, śmietanki i mascarpone… do tortu dla Mikołaja:)

Plants vs Zombies… moja wiedza się nieco poszerzyła. Do niedawna nie miałam pojęcia co jest czym w danej grze, a dzisiaj… of kors, że wiem co robi papryczka, które postaci „plują” groszkiem i jak wygląda mina:D

Uwielbiam tę porę roku, bo do tortów mogę dodać świeże owoce. Mikołajowy był z truskawkami i muszę przyznać, że niezły. Jadłam:)

 

 

Ale „biegam” nie tylko do sklepu… biegam również na bazarek… oj jak ja lubię na bazarek biegać, bo zawsze wyłowię coś ciekawego. Dzisiaj np… prażone migdały:) Choć moimi faworytami są jednak prażone orzechy laskowe:)

Na bazarek biegam głównie po składniki na batoniki energetyczne dla moich stałych odbiorców, bo mam już ich dwóch:) No i ja, ale ja się nie liczę. Jak już piekę, to z zapasem dla siebie, bo nie wytrzymałabym, aby upiec, popatrzeć i oddać… Za bardzo je lubię:) Szczególnie wersja czekoladowo – kokosowa z dodatkami, obłędnie pyszna, na razie niepokonana i zdecydowanie numer jeden na mojej liście smaków:) Mój faworyt.

(Dziś wybiegałam na bazarku kolejne smakołyki na batoniki):)

Jak wspomniałam pojawił się nowy Odbiorca, a w zasadzie Odbiorczyni batoników. I Jej reakcja „Anno! One są pyszne!” … no właśnie. Więcej nic mówić nie muszę:) Wiem, że są dobre, to wiem… sama nie mogę się od nich oderwać:)

Nawet teraz krzyczą do mnie z kuchni (nie mam wprawdzie batonów, ale mam ciastka owsiane zrobione z masy batonikowej, więc w zasadzie batony, ale w innym kształcie):) Krzyczą, nęcą, kuszą… Szczególnie, że tym razem kokos + laskowy prażony + nerkowiec…

(no jak już przyniosłam do zdjęcia, to zjem:d… w końcu energia na rower się przyda):)

Zjadłam…

Chcę jeszcze…

Rozsądek mówi „NIE”

Serce „TAK”…

Tak jak w miłości…

A jak już płynnie dopłynęłam do „miłości”, to muszę oświadczyć całemu światu! Zakochałam się!

Bez dwóch zdań, całą sobą, do granic możliwości…

Nowa/stara „miłość”… do jazdy na rowerze. Tak, bez sensu nadużywać słowa miłość i staram się tego nie robić (dlatego w cudzysłowie), ale dawno nic nie zawładnęło tak moim sercem i ciałem… Wsiadam i jadę… nie czuję bólu, sunę przed siebie…

Zapewne jest to uwarunkowane tym, że nadal biegać nie mogę, a podczas jazdy na rowerze w zasadzie prawie nie boli, więc sunę… coraz szybciej. A że prędkości się boję, to staram się jeszcze szybciej jechać, by przełamać swoje słabości. Staram się, próbuję… jednocześnie jest to mój mały trening…

25-30 km… przyjemne z pożytecznym.

Spalam kalorie, zwiedzam okolicę, trenuję ciało:)

(do rymu)… oby mi się zawsze chciało:)

Oby rower dał radę … bo pogoda mi ne straszna… (jak widać na załączonym obrazku)

 

Roweruję…

Pływam…

Wszystko z wypiekami (co w sumie częściowo widać na zdjęciu wyżej… tym razem).

Cholerka… zaczynając pływać w zasadzie nawet nie miałam w planie żadnego triathlonu i w sumie nadal nie mam ani odwagi (bo zbyt mało jeszcze umiem), ani nie kupię żadnego pakietu, bo w planie nie mam wciąż, ale … jakby tak ktoś zdecydował za mnie, to pewnie bym spróbowała, miałabym dodatkową motywację:)

Tak jak z larwami jedwabnika… zobaczyłam je i wiedziałam, że chcę je spróbować… ale nie miałabym odwagi, by je kupić. A jak kupił je Ktoś i dał mi spróbować… wiedziałam, że nie ma odwrotu i w zasadzie, to byłam bardzo zadowolona z takiego obrotu spraw.

W końcu… kto jadł larwy jedwabnika??:)

A dlaczego chcę i nie chcę spróbować… ?

Nie chcę to wiadomo… przecież ja nawet sensownie pływać nie umiem, ale do startów w 2018 … trochę czasu jeszcze mam:D Nie chcę, bo nie mam roweru szosowego, a na MTB przecież nie wystąpię:) Ale do 2018 mogę już mieć… W zasadzie nawet im więcej jeżdżę na rowerze tym większą mam ochotę na zakup… Nie chcę… bo boję się, że to fanaberia…

Tchórzę…

Często jak tchórzę, przydaje mi się kopniak z zewnątrz…

Więc jeśli już wydarzyłoby się tak, że pakiet by się zorganizował, to … nie było by wyjścia:D

Może kiedyś spróbuję… może napiszę list do Mikołaja;)

A dlaczego tak mi się „triathlonowo” zrobiło?

Z jednej strony, że do niedawna tylko biegałam, potem dołożyłam basen, a teraz… dużo jeżdżę na rowerze, więc jakoś tak naturalnie połączyły mi się te trzy dyscypliny.

No i dlatego, że byłam w niedzielę na zawodach. Biegli nasi dzicy chłopcy i nie dzicy, choć może z dzikością w sercu, inni chłopcy:) Poszłam tym razem pokibicować, sama wiem, że znajoma twarz stojąca za barierka potrafi dać „kopa”:) Wykrzesać trochę sił…

No to pojechałam… z aparatem… i okazało się, że udaje mi się całkiem fajne kadry złapać:)

Zawsze wprawdzie mam dylemat… „drzeć japę”, czy z ciszą w sercu bez drżenia rąk łapać chwilę:)

Wydawało mi się, że tak… cyk, pstryk, trochę serią, trochę pomysłem, zrobię kilka fotek… potem trochę obróbki (nie mojej, ja się na tym kompletnie nie znam)… i wyszło całkiem fajne coś. I tutaj… przypomniało mi się, że ja bardzo lubię robić zdjęcia. Lubie wymyślać, łapać, rozmazywać, wyostrzać:)

Chyba zawsze marzył mi się lepszy aparat (miałam nawet lustrzankę, ale jej nie ogarnęłam). Nie znam się na technice (ani trochę), pewnie poszłabym na jakiś kurs:) Ale czasami coś udaje mi się „złapać”.

Tym razem były to migawki z 5i50 Triathlon. Impreza z pompą! Mega atmosfera, mnóstwo startujących i… o wiele więcej kibiców niż rok temu. A to cieszy:) Pewnie bardziej zawodników, bo mój ponad 20 minutowy zwis przez barierkę z aparatem, aby przebić się przez las wystawionych rąk skutkował… bólem karku, wspaniałą opalenizną (w obrębie koszulki), ale i super fotą!:) Warto było! Dla pewnych małych sukcesów warto się czasami poświęcić. I nie chodzi mi tutaj, że moje sterczenie przy barierce było wielkim poświęceniem, ale było trochę niewygodne. Tylko po ujrzeniu efektu końcowego finalnego zdjęcia… wszystko znika. Jak w życiu. Osiągasz mały lub większy sukces i zapominasz ile cierpienia, wysiłku i energii musiałeś w to włożyć. Liczy się to, co udało się osiągnąć. Tu i teraz:)

Kilka „próbek” niedzielnych.

Ochhhhhhhhhh… jak ja lubię coś „wyostrzać”, bawić sie pierwszym i drugim planem:)

Mam też zdjęcia zawodników, ale bez zgody może nie będę publikować, choć TO jedno jest meeeeeeeeega;)

Nadaje się na okładkę sportowego pisma…

Znowu mnie naszło… na zdjęcia. Mam ochotę wyjść wieczorem z aparatem. Znowu mam ochotę zainwestować w lepszy, porządniejszy aparat, ale … podobno dobry fotograf z mojego cacka wykrzesa niezłe kadry, więc wstrzymuję swój pociąg i czas chyba poznać własny aparat od obiektywu po lampę…:)

Stara/nowa pasja.

Łapanie chwili.

Mam nawet pomysł na sesję zdjęciową na starym mieście w Warszawie. Grę cienia na ścianach Zamku Królewskiego, ale ja z moim maluszkiem, to raczej nie te progi… Ale czuję, że mogłoby być fajnie. Na razie zostanę przy fotkach wypieków, to też lubię:)

Niedługo będę miała okazję podkręcenia pasji fotografowania podczas urlopu.

Intensywnie się szykuję do wyjazdu… chociaż… co ja pieprzę… szykuję się, ale powoli. Kupiłam ostatnio stopery do uszu, tabliczkę informacyjną do bagażu (w końcu mam 3 międzylądowania):) plastry z opatrunkiem… Ale wiele jeszcze przede mną:) Nawet nie wiem, co mam ze sobą wziąć:)

Ma być minimalnie, ale wystarczająco.

Na pewno aparat fotograficzny… (dokupiłam nawet druga baterię):)

Wypieki na urlopie będą raczej twarzowe, mam zamiar się zmęczyć…

Będę próbować jak najwięcej lokalnego jedzenia… ????

 

A na razie…

na razie szykuję się do realizacji dużego ciasteczkowego zamówienia ślubnego dla Iwony i Krystiana:)

I odliczam dni… 17… do podróży życia, podróży marzeń!

 

Ciężko jest z  ta „miłością”…

We wtorek 20.06 jest sztafeta, w której w teorii biorę udział (ba! nawet jestem kapitanem drużyny)… Serce mówi „TAK”… rozum „NIE”… i inne głosy rozsądku spotkane obok mówią to samo co rozum… A serce gna, a serce jest głupie, a serce chce…

 

Ech… czy ja mogłabym czasem kierować się w życiu rozumem i rozsądkiem?