Od 21 maja, czyli ostatniej notki… minęło sporo czasu.

I chyba ciężko będzie mi streścić, to co się wydarzyło, a pewnie było kilka wzlotów i upadków…

Ale to chyba  w każdym życiu są góry i doliny…

Aktualnie u mnie wyżyna emocjonalna, ale kto wie, co wydarzy się jutro… ale kto by się tym martwił…

Dziś jest mi dobrze, ale o tym za chwilę…

Zacznę od diagnozy… bo nadal i wciąż nie biegam i… raczej do urlopu, a zaczynam go 1 lipca… nie pobiegam.

„Obrzęk, obniżenie echogeniczności przyczepu bliżczego przywodzicieli – stan po przebytym częściowym naderwaniu, obecnie w okresie gojenia…”. No naderwałam. I nie wiem, czy to joga… czy to zbytnie obciążenie… podobno musiało się to wydarzyć przy czymś dynamicznym… Fakt! Zabolało mocno przy przyspieszeniach podczas biegania. A tak się cieszyłam, że dzień taki cudny… pływanie + joga + bieganie… ale spokojnie. Jeszcze takie dni będą:) Nie jeden!!!!!

No, ale nie biegam… nie mogę.

Minęły już 4 tygodnie, a ja nadal czuję delikatny ból podczas chodzenia…

O bieganiu nie ma nawet mowy:(

Ale … nie ma tego złego. Po kolejnym tygodniu nicnierobienia dostałam pozwolenie od Fizjoterapeuty na spróbowanie roweru… no i dzisiaj w końcu spróbowałam i nakręciłam 25 km:) I dobrze mi, bardzo mi dobrze. Dawno tak dobrze mi nie było:) Rower nie boli, rower od dzisiaj stał się moim cudownym przyjacielem. Szanuję go i uwielbiam zdecydowanie bardziej niż wcześniej. Nawet mam pomysł, żeby kupić „szosę”… panaceum na bieganie. Kolega nawet podrzucał mi ostatnio dobry i dość chyba tani sprzęt do kupienia. Tylko …. póki co zbieram na wakacje życia… Tzn już zebrałam, więc lepiej wydać pieniądze w świecie, a o szosie pomyśleć może po powrocie…

No i pływać mogę.

Ostatnio mój osobisty Pan Trener powiedział, że szybciej  nauczę się delfina niż kraula (a chciałam bardzo kraula)… no, ale co zrobić… taki mamy klimat, a przy delfinie nie boli. A poza tym…. jak dobrze operuję przy delfinie brzuchem, to mam poczucie delikatnego spalania boczków, więc… samo się rozumie, że delfin bardzo mi się podoba:):):) Boczki to mi ostatnio urosły, a do września muszę się troszkę wychudzić do startu w Ćwierćmaratonie Logmaster… Fajnie byłoby obronić 2 pozycję, wśród kobiet logistyków:)

Pani Trener biegowa zabroniła startu we wrześniowym maratonie, więc obietnica kolejnego z kolegów (wspomnę, że jeśli złamię w maratonie 4h osobiście niejaki kolega Krzysztof obiecał upiec mi sernik):) legła w gruzach… Chyba na ten sernik będę musiała poczekać, lub upiec sama…

Ale za to w październiku Łemko Trail 30 km i w listopadzie na zamknięcie sezonu – Hannah Pilsen Trail Krkavec. Maraton trailowy w Czechach.

http://pilsentrail.cz/krkavec-en/

Jakby ktoś miał ochotę na jesienny start – zapraszam. Miło będzie zobaczyć się na trasie.

Tyle z biegowych planów. Miał być w lipcu Ultramaraton Powstańca, ale kontuzja raczej mnie z niego wyklucza, szczególnie, że 10 września Ćwierćmaraton Logmaster, na którym bardzo mi zależy… Co dalej, już wspomniałam o tym. Myślę też troszkę o 2018. Szczególnie, że w ostatnim czasie pojawił się w sieci film z Ultra Śledzia. Jeśli zdrowie pozwoli, to w 2018 mam zamiar pobiec znów. Doczekać się nie mogę. Tęskno mi za tym biegiem…

Ale generalnie to się nie nudzę… wypiekam:)

Wypieki bez biegania… (ale to przejściowe):)

Moje zajęcie ostatnich tygodni – batony energetyczne. Jeszcze trochę i wypracuję najlepszy przepis i najlepszą konsystencję i będę specjalistą… od batoników:) nieskromnie się przyznam, że mam swojego faworyta. Mogłabym piec i jeść… ale… to nie tak, że je bezkarnie można pochłaniać:( Więc w sumie to cieszę się, że mogę rowerować. Bo rowerowanie = pochłanianie batoników, które nie dość, że zdrowe, świeże, bez konserwantów i jakichkolwiek dodatków, to naturalne i pyszne:)

Mam nawet stałego Odbiorcę, co cieszy. Tak, cieszy bardzo!

(to nie jest lokowanie produktu, mówię o własnych odczuciach, a jak wspomniałam… mam już swojego faworyta):)

Ale nie tylko batonikami się zajmuję:)

Był też tort, a nawet dwa:)

I babeczki.

W międzyczasie było również święto Mam… Dla nich też upiekłam coś słodkiego:)

Więc generalnie czas nie mija mi bezproduktywnie, choć nie powiem… jakoś tak więcej czasu się pojawiło w moim życiu. Mam chwilę, by powisieć na telefonie, pospacerować, rozplanować wakacje, popytać o dobry tort w Moskwie, by hucznie obejść 18 urodziny … by pójść na randkę:)

By nauczyć się nowych trików kulinarnych…

Odbyłam kolejne już warsztaty kulinarne w Cook up! Tym razem nie torty… Ryby i owoce morza na grillu: okoń morski, krewetki na trawie cytrynowej, burger z tuńczyka, homar!!!

Pycha, wszystko pycha. Jak przypomnę sobie tę fuzję smaków, to trochę czuję się jak na Nocnym Markecie…

Tu może a nawet na pewno, zdecydowanie bardziej wykwintnie.

Homar, danie królewskie, ale … już nie będę się bała go kupić i przygotować… tylko musi się nadarzyć odpowiednia okazja i odpowiedni ludzie u boku:) P.S. przepis na krewetki też fajny znam:)

 

Aż się głodna zrobiłam…

Podsumowując u mnie dość kulinarnie…

… wypiekowo:)

Wspaniale!

Brnę dalej w Biegam z wypiekami, a że reklama dźwignią handlu, to… w końcu wydrukowała się dawno już zaprojektowana wizytówka. Jest! Rozdaje się troszkę. Idzie w świat!