Nie, głowa nie boli…

Fizycznie z nią całkiem ok, czasami może lekkie przyćmienie ze zmęczenia, ale generalnie całkiem w porządku:)

Coraz więcej siwych włosów… ale taka kolej rzeczy, na razie nie zastanawiam się, czy malować, czy zostawiać błyskotki w ciemnej czuprynie… najczęściej wyrywam, to co widzę… ale nie wszystko przecież widzę:)

Fryzura też do korekty… i zastanawiam się skracać czy hodować… bo aktualny stan przejściowy nie jest dla mnie satysfakcjonujący:)

Ale w zasadzie nie o to chodzi w tych problemach z głową:)

Moja głowa za dużo myśli, za dużo analizuje, za dużo chce, za mało angażuje ciało… za szybko się poddaje…

I nie rzecz tu w motywacji do ćwiczeń, bo ona w zasadzie jest…

Maj zapowiada się intensywnie – bieganie 4*tydzień, basen 2*tydzień, hulajnoga – jak pogoda dopisze codziennie… i rower przydałoby się wyprowadzić na przejażdżkę… prawie jestem TRI:D No i Joga chodzi mi po głowie… wyciszenie, rozciągnięcie…

W każdym razie treningowo całkiem mi idzie, choć czasami oszukuję na treningach biegowych – zamiast truchtu pomiędzy interwałami robię marsz… albo chwilę dłużej odpoczywam:D Pewnie mści się to na mnie później, ale … nie umiem wyjść poza strefę komfortu, albo może inaczej… wmówiłam sobie, że nie umiem i wydaje mi się, że jest to dla mnie nie do zrobienia… nie mam w sobie zaparcia, nie mam siły, ale nie fizycznej (bo w gruncie rzeczy jestem bardziej wytrenowana niż rok temu), brakuje mi sił psychicznych.

Dzisiaj usłyszałam, że „wmówiłam sobie, że chcę biegać wolniej”… no i coś w tym jest, nawet dużo w tym jest…

Wybieram długie i z zasady wolniejsze biegi, bo mniej się męczę. Długość trwania treningu nie jest dla mnie tak wyczerpująca jak prędkość i intensywność… Tchórzę, nie mam w sobie woli walki… celu.

No właśnie, nie mam celu.

Wiem, że jak mam postawione zadanie, to … jakoś mi idzie, wiem, że gdy będę miała z tego jakąś korzyść, to jakoś umiem się zaprzeć i osiągnąć cel… Dzieje się to wtedy, gdy inni wierzą we mnie bardziej niż ja sama.

No właśnie…

… nie wierzę  w siebie, we własne możliwości…

Z góry zakładam, że nie dam rady, że nie wyjdzie mi i … tak jest (wow!).

Przykładów nie muszę daleko szukać… wystarczy sięgnąć do wczorajszego dnia…

Trening pływania – 2h – tak, wiem, trochę długo, o różnej intensywności, ale nogi dostały trochę „w kość”.

Kończąc trening pływacki wypowiedziałam w głos, że nie dam rady wieczorem biegać i… nie dałam rady:(

Myślę, że w dużej mierze wmówiłam to sobie, że po wycisku basenowym nie dam rady biegać. Podczas truchtu czułam, jakbym miała nogi „jak z waty”. I odpuściłam trening tempowy, potruchtałam do 5 km i stchórzyłam.

 

Często mam tak w życiu, że jak mi się coś nie udaje, coś mi nie idzie, to porzucam, odpuszczam… poddaję się.

Nie mam w sobie woli walki, albo może ta wola gdzieś jest, ale brak motywacji, aby wolę i chęć wprowadzić w stan aktywny…

Czasami zostawiam coś z czym mam problem i wracam do tego, aż dojrzeję do walki, do przekraczania własnych granic, rozszerzania umiejętności.

Doskonałym przykładem jest pływanie. Musiałam do tego dojrzeć. Chciałam wtedy i chcę teraz. Tylko wtedy (około rok temu) było to „przy okazji”, w tym roku jest to coś co ma swoje miejsce i czas, a nawet… zwiększam intensywność.

Od dawna chciałam się nauczyć pływać jak trzeba, a nie jak mi wychodzi…

No i czasem mi coś wyjdzie, czasem mam łzy w oczach, czasem mam ochotę zdjąć płetwy, rzucić je w kąt i popłakać się jak mała dziewczynka. Czasami bardzo mi nie idzie i mam wrażenie, że nie umiem okiełznać własnego ciała, bardzo to niefajne uczucie. Czasami mam chwile zwątpienia, wrażenie że stoję w miejscu, że macham nogami i nic, nic się nie dzieje i to właśnie wtedy mam ochotę uciec… Ale na razie walczę. To pływanie, to nie tylko walka z moimi fizycznymi słabościami, to też walka z „głową”… Dzisiaj miałam chwilę, gdy chciałam wyjść z wody i pójść sobie gdzieś, byle nie ćwiczyć już, byle nie czuć się jak skończona kretynka, która macha, macha i nic, nie idzie jej, a każdy ruch to walka z podtopieniem, złym samopoczuciem, walka ze sobą samą. A ze sobą walczy się najtrudniej, „ja” to najcięższy przeciwnik, którego ciężko złamać… No i to poczucie, że muszę „dawać radę”, być zawsze gotowa do walki, gdy mam zwyczajnie dość… To cholerne nastawienie, że chcę zacząć i umieć:) Niecierpliwość, to moje drugie imię… (w zasadzie to trzecie):)

Trudno mi…

Trudno mi przejść „na drugą stronę”… włożyć więcej wysiłku, zmęczyć się, wyjść poza strefę komfortu.

Wydaje mi się, że nie umiem tego zrobić, nie wierzę, że może się to udać.

Najgorsze jest to, że siedzi to we mnie mocno, ten pesymizm… (a wydawało mi się, że jestem optymistką… no może nie zawsze, ale czasem chyba tak…:D)

A za 1,5 tygodnia mam bieg… półmaraton, na którym chciałam łamać życiówkę… i … na dzień dzisiejszy nie wierzę, że to może się udać… A jak może się udać jak ja sama w to nie wierzę. Przed startem, wydaje mi się, że będę nie zadowolona na mecie… To w takim razie po co? Po co w ogóle startować? Lepiej pobiegać w lesie, zdrowiej dla stawów… Czy nie tak?

Najgorzej wystartować z nastawieniem – nie chce mi się, nie uda się, nie warto, po co?

Myślę…

jak zbudować większą wiarę w siebie, we własne możliwości…

jak zaryzykować, złamać swoją barierę wytrzymałości i „puścić” się w świat szybkości i nowego… bez znaczenia, czy będzie to nowy – dobry ruch ręką czy nogą w wodzie, czy będzie to czas lepszy o kilka sekund na 1 km…

jak zmienić nastawienie…

jak postawić sobie cel… ale taki cel, który będzie świętością, czymś, co osiągnę i będzie to spełnienie moich marzeń…

Coś co da mi niesamowitą satysfakcję i pozwoli podnieść poprzeczkę…

Zastanawiam się, dlaczego wiara innych we mnie często jest dla mnie silniejsza niż wiara samej siebie…

Przydał by się jakiś wstrząs w myślach:)

Zmiana nastawienia …

Można takie rzeczy wypracowywać z psychologiem, ale może uda się jakoś bez? …

Nie proszę tu o rady i pochwały, motywację, ale może są sprawdzone sposoby na to by uwierzyć w siebie.

Uwierzyć w siebie w sporcie …

Uwierzyć w siebie w życiu …

Wspomnę jeszcze o biegu… z wypiekami:)

30.04.2017 – pierwsza edycja biegu w Lidzbarku Warmińskim Bieg Mikołaja Kopernika (cholerka, nie zrobiłam sobie zdjęcia z Kopernikiem)…

Bieg kameralny – mniej niż 400 startujących…

Lokalny…

Niełatwy – długi podbieg, ale potem fany zbieg.

Było mi ciężko, od początku nastawiłam się, że mam biec treningowo, po Pani trener tak zadała… i po chwili walki, jak osłabłam nieco przestałam walczyć, przestało mi się chcieć, bo … przecież mogę treningowo…

Skończyło się na 54:29… to prawie 5 minut gorzej niż mój życiowy czas… A przecież jestem lepiej wytrenowana… bardziej wzmocniona…ech:(

To co jest nie tak?

Znowu głowa? Nastawienie? Motywacja?

Ten bieg nie wróży dobrze na półmaraton, ale sukces będzie polegał na tym, żeby przekonać samą siebie, że złamanie 1:50 jest możliwe, że mogę to zrobić, że się uda…

Ciężka praca przede mną:)

W Lidzbarku biegałam z wypiekami… serwowałam biegaczom bezy z kremem i jagodami:)

Chyba było pysznie!

 

Czy są zamówienia na słodkości na kolejne biegi?

Zadanie na najbliższe dni…

Zmień myślenie!

 

Może poszukam jakiejś dobrej, motywującej lektury…