… mimo że byłam tam już trzeci raz!

Nie pojechałabym pewnie do Petersburga, gdybym nie poznała Igora 😉 Tak, wiem, słodzę i się powtarzam, ale prawda jest właśnie taka. Byłam tam przecież dwa razy, a świat jest tak wielki… Ale chciałam tam pojechać, chciałam odkryć go na nowo (pierwszy raz byłam w 2007 roku, drugi 2011…), minęło wystarczająco dużo czasu. A nasłuchałam się tyle dobrego, od poznania się z Igorem, dostawałam regularnie zdjęcia z zakątków Wenecji Północy… wiec… znalazłam racjonalną motywację (ta nieracjonalna była we mnie już dawno):) Maraton… 2w1. Run & Travel. Zapisałam się na bieg, kupiłam bilet lotniczy, powiadomiłam wszystkich zainteresowanych, że lecę, przy okazji zainspirowałam koleżankę na maraton… i czekałam, aż się doczekałam.

Do Sankt Petersburga można dolecieć na kilka sposobów. Pierwszy – najszybszy – LOT, jednocześnie najdroższy. Wylot miałam na koniec czerwca (prawdopodobnie najbardziej popularny czas w mieście ze względu na Białe Noce), bilety kupowałam w lutym. Cena LOTu około 1200 zł (300 eur). Tańsza alternatywa? Z przesiadką, ale dalej w granicach rozsądku z czekaniem na lotnisku (LOT leci około 2h, podróż z przesiadką zajmuje 4,5-5h, nie ma tragedii). Loty z przesiadką oferują 2 linie lotnicze Air Baltic i Belavia. Ceny bardzo podobne, oba loty kosztowały około 190/200 eur, natomiast ja wybrałam Belavia, ze względu na bagaż rejestrowany w cenie. Air Baltic miał tylko podręczny.

Jakie wrażenia po podróży Belavia? Bardzo pozytywne. Wprawdzie oba loty były krótkie – jeden 55 minut, drugi 1h15 minut… ale na pokładzie nie działo się nic, do czego mogłabym się przyczepić:) Na „dzień dobry” czy też „dobry wieczór” – poczęstunek cukierkami. Niby nic takiego, ale zawsze to pozytywny gest, który się zapamiętuje, a dla niektórych pasażerów okazja na darmowe cukierki, które można wziąć w ilości większej niż sztuk 1:) podczas lotu krótszego (WAW-MSQ) – poczęstunek – napoje. Podczas dłuższego (MSQ-LED) – kanapki. Nic nadzwyczajnego, tost z serem i wędliną, ale jakby ktoś nie zdążył zjeść to zawsze można na pokładzie:)

Skomunikowanie przesiadek? Na medal! Ja miałam zapas i mimo tego, że wyleciałam z Warszawy o godzinę później, to bez problemu zdążyłam na swój lot. Byli tacy, co lecieli do Petersburga wcześniejszym lotem z Mińska, w innej konfiguracji i Belavia na nich czekała!:) To duży plus dla linii lotniczych:) Ja zdążyłam wypić szybką lotniskową kawę 🙂

Lotnisko w mińsku jest chyba zbyt skomplikowane… Niby masz strzałki „Transfer”, ale w pewnym momencie zaczynasz się gubić. Ktoś Ciebie kieruje „na zewnątrz”, aby za chwilę ktoś powiedział Ci, że nie masz wizy, więc nie możesz, musisz wrócić piętro wyżej i stanąć w transferowej kolejce. Na szczęście ludzie są łaskawi i przepuszczają tych „spóźnionych”:) Przeskoczyłam przez transfer bardzo szybko, odprawa celna + wypełnienie karty migracyjnej i pół godziny na wc i kawę:) W drodze powrotnej wszystkie loty miałam o czasie, ale transfer to był kosmos. Musiałam wyjść ze strefy celnej, przejść przez pół lotniska, aby za chwilę przejść kontrolę bezpieczeństwa i znowu do niej wejść:) Ja się pytam… „po co?”… ale taki system:) Lotnisko w Mińsku jest stare. I mam wrażenie, że podejście do pasażera też zostało na etapie kilku lat wstecz… Zawiedziona byłam dostępnością kawiarni „po drugiej stronie” a w zasadzie jej brakiem. Z jedzeniem też szału nie ma:) Choć… chyba pierwszy raz jadłam coś z Burger Kinga (tak, wiem to szalone… pierwszy raz??!!??)… i była to opcja śniadaniowa (w południe) – syrniki. Miłe zaskoczenie:D

Sankt Petersburg, port lotniczy Pulkowo, to bardzo nowoczesne lotnisko! Duże, przestronne, ładne z kilkoma kawiarniami po jednej i drugiej stronie! Jasne informacje, zrozumiały system. Udało mi się bardzo szybko odprawić (po ostatnim lądowaniu w Moskwie i czekaniu w kolejce około godziny, to był na prawdę expressssss):) Szybko odebrałam bagaż, w zasadzie tylko się odprawiłam podeszłam do taśmy i za chwilę był:) No i… Na Lotnisku Pulkowo witają Cię iście po królewsku:) Ale zakładam, że to wyjątkowa sytuacja:) Wyjątkowo wyjątkowa 🙂

Dojazd z lotniska nie jest trudny i zadziwiająco szybki i sprawny. Z lotniska do Metro Moskovskaya autobus lub busik numer 39 lub 39A, koszt 40 rubli (około 2,4 pln). Potem Metro (ja akurat mieszkałam w centrum miasta, do stacji metra przysłowiowe kilka kroków, więc bez przesiadek udało się prawie pod hotel). Koszt jednego przejazdu w Petersburgu to 45 rubli (około 2,7pln). Tanio. W porównaniu do Warszawy. Takie było moje odczucie przez cały pobyt. Taniej niż w Warszawie.

Hotel. Mieszkałam w okręgu Admiraltejskim. W zasadzie w samym centrum miasta. Do Issakijevskogo Sobora miałam dosłownie 200-300 metrów:) Do Placu Pałacowego (Dvorcovoj Ploshadi) max kilometr 🙂 Nie mogłam wybrać lepszej lokalizacji. Pochatmt Guesthouse (https://www.booking.com/hotel/ru/pochtamt.pl.html). Podobno z racji tego, że rezerwowałam nocleg duuuużo wcześniej, miałam rewelacyjną cenę. Owszem, za pokój z prywatną łazienką zapłaciłam około 650 zł za 9 nocy:) Jakbym rezerwowała miesiąc przed… cena byłaby 4/5 razy wyższa. No cóż! Widocznie miało tak być a ja miałam właśnie tam zamieszkać 🙂 Znalezienie nie było łatwe, niby masz adres, wiesz gdzie to jest, ale… przy bramie z numerem 12 nie ma ani połowy tabliczki z informacją, że właśnie tutaj ten hotel jest:) Hotel jest, zdecydowanie jest pod numerem 12. Brama zamknięta, ale dla tych co poznają tajniki wejscia otworzy się kodem #0812:) prosto, w prawo, w lewo, w lewo – bingo! Nie ma podpisu, nie ma tabliczki. Ale miejsce jest bardzo bardzo przyzwoite. Ładne pokoje – cegła, to coś co bardzo lubię:) Łazienka mała, ale czysta i funkcjonalna. Dwa okna na podwórko (szału z widokiem nie ma, ale ja tam tylko spałam:)). Szafa, stolik, krzesła, telewizor (heh, nie włączyłam ani razu):) baaaaardzo wygodne łóżka:) Nie mogę powiedzieć złego słowa. Bardzo dobra lokalizacja, świetna cena, super miejsce. Do tego aneks kuchenny z kuchenką, mikrofalą, czajnikiem, lodówką. Idealnie dla turysty i maratończyka, który gotował jedzenie przed maratonem (po już nie:) stołowałam się „na mieście”):)

Dzień 1 – 29.06 (z elementami dnia drugiego i może jeszcze innych też):)

Plan był taki, aby chodzić, ale się nie nachodzić… nie wyszło. Z kroków okazało się, ze zrobiłam 23 km!!! (tak, przed maratonem, zamiast odpoczywać i leżeć … chodziłam):) Ale nie ma tego złego, ponieważ właśnie wtedy rozpoczęła się przygoda z Petersburgiem. Pierwsze emocje, pierwsze zachwyty, pierwsze wzruszenia… Tego dnia przewodnikiem był Igor. Choć ja, po wyjściu z Hotelu, dokładnie wiedziałam gdzie jestem i w którą stronę dokąd mam iść… chyba jednak tak szybko się nie zapomina miejsc, w których się już było (szczególnie, że w 2011 roku mieszkałam dosłownie dwie ulice bliżej Newy, a w 2017 roku kilka ulic dalej w stronę teatru Maryjskiego… zawsze w tym samym rejonie):) Odebrałam pakiet startowy. Dzięki temu poznałam nowe miejsce ma mapie miasta, Petersburski Kompleks Sportowo-Koncertowy. Tam było expo + odbiór pakietów. Przy okazji można było się przespacerować po Parku Zwycięstwa (Park Pobedy). Z Parku Zwycięstwa pojechaliśmy metrem do stacji Petrogradskaya, która na zawsze zostanie w moim sercu jako stacja prowadząca do bardzo, bardzo fajnego miejsca – kawiarni Кофе3 (Coffee3). O kawiarni wiedziałam już dawno:) Ale nie spodziewałam się, że jest aż tak fantastyczna! I przepyszna! Wszystko zaczęło się … od kawy. Po wizycie Igora w Warszawie i posmakowaniu „alternatywy” wyszukałam w Sankt Petersburgu kawiarnie, które serwują dripa i aeropress. Jedną z nich była Caffee3, choć w artykule, który znalazłam, miała jeszcze inną lokalizację (doczytałam niedawno, że musieli się z jakiegoś powodu wynieść ze starej, ale ta przestrzeń, którą zobaczyłam ja… zawładnęła mną doszczętnie):) pomieszczenie loftowe, wysokie, niesamowita przestrzeń. Na dole wyspa kawiarniana z ekspresem + sprzętem do parzenia alternatywy. Kuchnia schowana jakby z boku… „w kontenerze”. Sala – ogromna… na poziomie kuchni i wyspy wielki stół (taki, jak lubię):), stoliki wzdłuż okna z widokiem na zewnątrz (kawiarnia jest na 5 piętrze w Rosji, czyli naszym 4), przestrzeń „skarpetkowa”, gdzie zdejmujesz buty, jest wykładzina, poduchy i niziutkie stoliki… Piętro to stoliki z krzesełkami i… palarnia kawy! Niesamowite, pijesz kawę, która jakiś czas temu była palona właśnie tu, na miejscu… Sama wróciłam tam jeszcze nie raz, bo dwa:) Aby pić kawę i aby kupić kawę:) No i słowo klucz… KOMIN! Zawładnął moją radością:) Nie od dzisiaj wiadomo, że książki rozbudowują wyobraźnię, moja w danym momencie była bardzo aktywna. Od razu wyobraziłam sobie, że w tym kominie jest przejście do drugiego świata (w myśl książek „Brudnopis” i „Czystopis” Łukianenko). Bardzo przyjemne miejsce. Rewelacyjna kawa i wspaniałe serniczki. Mają u mnie 12 na 10:) Jak tylko będę w Sankt Petersburgu… mogę jechać w ciemno, od razu z lotniska:) Uwielbiam to miejsce.

P. S. Większość zdjęć jest mojego autorstwa, ale w myśl zasady, nie publikowania nie „swojego” jako mojego, uprzedzam, że część zdjęć podkradłam Igorowi. Liczę, że się nie obrazi i wyraża zgodę:)

Spacer po Petrogradce był niezwykle przyjemny. Po upałach warszawskich, 20 stopni było luksusem, a kamienice same stroiły się przed nami, pozowały i zachwycały. W centralnej części Petersburga chyba nie ma „zwykłych” domów. Wszystkie to kamienice z ozdobnikami, jedna piękniejsza od drugiej. Kolorowe, dumne, czasami zaniedbane, choć jednak wspaniałe. Doszliśmy tak do Twierdzy Pietropawłowskiej, na Zajęczą Wyspę, znaleźliśmy zająca i próbowaliśmy spełniać marzenia:) heh… mnie chyba nie było dane:) Zając przepuszczał moje monetki i nie chciał sobie żadnej zostawić:)

Odpoczynek na plaży – w końcu nie miałam dużo chodzić 😉 W tym czasie w Petersburgu odbywał się pokaz rzeźb z piasku. Z własnej nieprzymuszonej woli zrezygnowałam. Wolałam oglądać miasto,w końcu dopiero przyleciałam:) Newa to miejsce spotkań, odpoczynku, relaksu. Od strony Twierdzy Pietropawłowskiej jest nawet piaszczysta plaża:) Idealne miejsce na chwilę przerwy…

Petersburg zachwycił mnie tak samo jak za pierwszym i drugim razem. Serce biło niesamowicie mocno, a przygoda dopiero się zaczęła:)

Wróciliśmy do centrum, do kluczowego miejsca. Chwila relaksu w kontekście przygotowań do Maratonu i jeszcze jedno miejsce tego dnia… To miejsce, do którego wróciłam jeszcze nie raz… Byłam i nadal jestem zachwycona! Nowa Holandia, bo o niej mówię:)

Nowa Holandia…

Wyspa. Sztuczna wyspa dzielnicy Admiralicyjnej. Dzieło z 1720 roku, nazwa pochodzi od Holandii, Amsterdamu, gdzie znajduje się dużo kanałów i przystani portowych. Była bazą wojskową, więzieniem, a dzisiaj… dzisiaj to miejsce pyszne i niesamowicie ciekawe. Budynek więzienia odnowiono (wygląda bardzo ciekawie) i na dole zagospodarowano na restauracje. Odwiedziłam jedną, nawet dwa razy – Dzinamiko. Gruzińska kuchnia z obłędnie pysznym Chaczapuri i winem jeszcze lepszym! Chętnie wrócę tam na gruzińską ucztę, a może nie tylko gruzińską:) Drugie piętro (wg polskiej miary – pierwsze) to niszowe, (w kontekście, nie sieciówki) sklepy, bardzo fajna kompozycja mniej znanych marek, które wojują Petersburg i może świat:) Na kolejnym piętrze – biura:) Budynek jest okrągły, w środku ze sceną, na której podobno zimą stoi ogromna choinka:) Musi robić wrażenie! Tak! Chcę do Petersburga zimą, zdecydowanie:) Tym bardziej, że oprócz tego okrągłego budynku nazwanego „butelką” jest jeszcze Kuźnia, gdzie odbywają się wystawy i też są restauracje. Oprócz Kuźni kawał trawy, gdzie zimą jest wielkie lodowisko:), scena, bardzo fajny plac zabaw (to dla tych, którzy wybieraliby się z dziećmi):) Mnie to miejsce urzekło. Zdecydowanie mogłabym siedzieć tam do rana do wieczora codziennie:) Smaczne miejsce, gdzie wchłonąć można dobre jedzonko i kawał kultury. Wystawy, koncerty, pokazy:) Miejsce spotkań! Jestem na TAK!!!

Zdjęcia są oczywiście pomieszane:) Byłam tam pewnie 3 lub 4 razy. Z Igorem i sama. Mogłabym wrócić jeszcze kilka:)

Dzinamiko… Kuchnia gruzińska z niezbyt rozbudowanym menu (ale to bardzo dobrze!):) Obłędnie pyszne chaczapuri. Wspaniałe wino. Fajny wystrój i klimat. Chyba optymalnie cenowo, nie powiedziałabym, że drogo. Za chaczapuri + wino i kawę rachunek około 760 rubli, czyli 45 zł. Wg mnie to nie jest dużo. Choć to była jedna z tych droższych restauracji, w których byłam:) To kolejny znak – Petersburg nie jest drogi! A zdecydowanie można powiedzieć, że pyszny:)

No i czułam się „jak w domu”… w zasadzie każdej kawiarni towarzyszyła mi czerwona filiżanka Loveramics… dokładnie taka, jaką mam w domu:) Dokładnie ta, do której mam sentyment:) Moja ulubiona. Może to znak…

Kolejny dzień to Maraton Białe Noce, White Nights Marathon. A o nim pisałam w poprzednim kilometrze, o którego zapraszam serdecznie!

Choć tak na prawdę Maraton to jedno, ale dzień nie kończył się na biegu.

Razem z Igorem odwiedziliśmy jedno z miejsc z mojej mapy (dla tych, co nie znają, od jakiegoś czasu korzystam z mapy maps.me, która działa offline, na której można zaznaczać miejsca do odwiedzenia). Loft Project Etagi (http://www.loftprojectetagi.ru/en/). Budynek jak każdy inny, na Ligovskom Prospekte, z kilkoma piętrami, chyba nawet nie za bardzo skupiłam się na ich policzeniu. Restauracje, bary, kawiarnie, sklepy, wystawy… Miejsce spotkań, miejsce kultury, miejsce klimatycznego jedzenia, miejsce na wino na dachu… Dach! Pierwszy mój petersburski dach! Przy czym ten w pełni legalny:) Trzeba wspiąć się kilka pięter w górę, przyznam sama, że tyle tam było półpięter i pięter, że w zasadzie nie wiem, na którym poziomie był dach:) Dach „płatny”, 150 rubli za wejście. 27 metrów wysokości. Piszą, że to drugi (zaraz po Isaakiju) tak wysoki punkt widokowy. Bardzo przyjemne miejsce. Szkoda trochę, że mój organizm bardzo chciał okazać dużo radości i entuzjazmu, ale spokojnie chłonął energie miasta. Podobało mi się szalenie. Wiatr we włosach i niesamowity widok. Niezbyt blisko Centrum, ale dachy, daszki, balkony. Wspaniałe miejsce. Z daleka widać wszystko, co kreuje Petersburg. Jest pięknie! Blisko nieba!!! Latem wejście jest całodobowe. Szkoda, że nie skorzystałam z tej opcji w nocy… Miejsce godne polecenia. Można prawie dotknąć chmur… a jednocześnie czuć się bezpiecznie:)

Dzień 3 – 1.07.2019

Zwiedzanie solo… Wstałam rano, ubrałam się i uczesałam:D Zęby też umyłam :):):) Śniadanie – zdecydowanie od tego dnia zaczęłam żywić się w lokalnych stołówkach, których jest w Petersburgu OGROM!!! Szybko, tanio, smacznie, zdecydowanie nie mogę powiedzieć, że nie. A w stołówkach co… syrniki i tvorozhnyje zapekanki i bliny z twarogiem:) Przepadłam… nie liczę już ile ich zjadłam. Tak to właśnie jest, twarogowe ze mnie dziecko:) Uwielbiam serniki i twarogowe dania:) Moja ulubiona „stolovaja” to Stolovaja nr 1 (zdecydowanie sieciówka, ale smaczna, czysta, z dużym wyborem jedzenia). No i tania:) Minus… płatność tylko gotówką, ale da się na to przygotować:) Zwiedziłam kilka lokalizacji:) Zdecydowanie najfajniejsza to ta na Newskim Prospekcie, na przeciwko Torgovyh Riadov. Nowa, można by porównać ją do stylu McDonalds… tylko ze zdecydowanie mniej śmieciowym jedzeniem:) Średni koszt śniadania – 150 rubli, czyli około 9 zł:)

Tego dnia poznałam również kolejną kawiarnię, w której gościłam jeszcze ze dwa razy… bo blisko była a kawa pyszna. Espresso Bike, niedaleko Kazanskogo Sobora.

Kawa Speciality towarzyszyła mi każdego dnia. Dla kawoszy – Petersburg to zdecydowanie miasto alternatywnych metod parzenia kawy. „Voronka”, czyli Hario V60 jest w większości kawiarni. Duża część z nich ma również kawy ze swoich palarni (tak jak Coffee3 czy właśnie Espresso Bike, ale i kolejna kawiarnia w której byłam Mad Espresso Team również takowe posiada. Kawa jest tańsza niż w Polsce. Za gotowy „szybki przelew” można zapłacić nawet 6 pln, za „voronku” średnio 8-9 zł, najdroższa kosztowała mnie 12 zł (sieciówka moskiewska DoubleB). Kawa w ziarnach średnio od 30 zł za 250 gr do 50 (to chyba najdroższa, którą widziałam i którą kupiłam):) Petersburg zdecydowanie wkręcony jest w kawę speciality, dripy, aeropresy i chemexy nie są im obce. Robią to dobrze i jest zdecydowanie pysznie!

Double B

Skoro dotarliśmy do kawy, to … przydałoby się ciastko. A skoro ciastko, to może Pyszki🙂 Pyszki to drożdżowe obwarzanki, przy czym w Petersburgu są one kultowe. Szczególnie zakupione w Pyshechnoj na Bolshoj Koniushenoj 25. Kolejka ustawia się od rana 🙂 Można zjeść na miejscu albo wziąć na wynos. Sprzedają stylowe panie „bufetnicy” a sam lokal w stylu sprzed wielu lat:) Ale czysto i schludnie. Taki PRL:) Koszt 1 pyszki – 15 rubli (około 90 gr), a do tego serwuje się kawa z mlekiem i cukrem z wielkiego baniaka… taki zestaw to nie dość że bomba kaloryczna, ale też bomba słodyczy. Ja nie podołałam… pyszki tak, ale kawa nie:) Wolę czarną, zdecydowanie. A tam z czarnych … tylko herbata:)

A żeby było ciekawiej… i jeszcze bardziej tradycyjnie (Sankt Petersburg to miasto kotów) w Pyshechnoj mieszka sobie kot Ryżyk:)

Ale ani kawa, ani Pyszki nie były „wydarzeniem dnia”. Przygodą Sankt Petersburga nazwać można zdecydowanie „wycieczkę” po dachach domów. Dlaczego pisze wycieczkę w cudzysłowie? A dlatego, ze to było dość niebezpiecznie, w zasadzie nielegalne i szalenie ekscytujące 🙂 Lecąc do Petersburga w planie miałam takową wycieczkę. Słyszałam o niej już dawno, wiedziałam, że coś takiego się robi w Petersburgu, dawno temu było to bardzo nielegalne. Byłam przekonana, że skoro teraz wycieczki ogłaszają się w internecie, to trasa na dachu jest w jakiś sposób przygotowana, zabezpieczona, przede wszystkim legalna. Z przewodnikiem. Zapisałam do jednego z organizatorów, ale mi nie odpowiedział. Stwierdziłam, że poszukam na miejscu. Nie trzeba było się mocno wysilać. „Naganiacze” stali na Newskim Prospekcie a na chodnikach stale pojawiały się ogłoszenia z numerami telefonów. Wycieczka na wyciągnięcie ręki. Wybrałam @ilyakrass. Kontakt sprawny przez Instagram. Dołączył mnie do wycieczki obcokrajowców, którzy okazali się Polakami:)

Wycieczka była niesamowita. Zobaczcie sami:)

Weszliśmy na jeden z dachów przy Newskim Prospekcie, z widokiem na Sadową. Nogi nieco drżały, ale serce kazało iść na przód. Ilya wpuścił nas kodem do klatki, nakazał być cicho 🙂 Wyszliśmy przez strych, przez maleńkie okienko na dach…

Niektórzy, mimo że byli w adidasach ślizgali się i stchórzyli. Z około 10 osobowej grupy, na dachu zostały 3 osoby, ja + drugi „obcokrajowiec” oraz Ilya. Prawdziwy survival, przechodzenie przez płotki z dachu na dach. Wejście jedną stroną, wyjście kolejną… a przynajmniej tak miało być. Na ostatnim etapie stchórzyliśmy, trzeba było skoczyć z dachu na dach, różnica poziomów pewnie jakiś metr, może nieco więcej. Dużo i nie dużo. Patrząc na to, że dach był po skosie, a na końcu nie było barierki. Powiedzieliśmy, że się boimy, na co nasz przewodnik powiedział, że on się tak samo boi wrócić tę samą drogą:) Pewnie jest tam już milicja itp… Podjęliśmy ryzyko, muszę powiedzieć, że to „schodzenie” było dość ekscytujące, ale na patio nikogo nie było. Byliśmy wolni. Szczęśliwi, spełnieni, wolni.

W ostatnim czasie słucham dość często radia Piter FM, słyszałam, że Policja Petersburska ma w planie zamontowanie kamer na dachach, aby ukrócić nielegalne wycieczki. Cóż… Chyba było mi to przeznaczone:) Nie zrobiłam tego 8 lat temu, zrobiłam teraz. Jestem szczęśliwa, to jedno z małych marzeń:) A marzenia są po to, aby je spełniać:)

Zdecydowanie wycieczka po dachach była wydarzeniem dnia, natomiast wydarzeniem nocy były… MOSTY:) Podobno w samym Petersburgu jest ich około 800. Ja nie liczyłam, musze uwierzyć „internetom”:)

Najsłynniejsze i najsławniejsze to te na Newie, które w nocy się otwierają (wg ustalonego grafiku, który znajduje się tutaj https://mostotrest-spb.ru/razvodka-mostov). Wycieczka na „mosty” jest dość sentymentalna, ponieważ Petersburg nocą, nawet jeśli to biała noc… wywołuje w człowieku różnorakie emocje, radość, euforię, może nie smutek, ale nostalgię. Na Newskim i Placu Pałacowym odbywają się wieczorno-nocne koncerty a pod Ermitażem, na nabrzeżu trzeba być najlepiej godzinę wcześniej, aby złapać dobrą pozycję do zdjęć. Mnie się udało:)

Kiedyś mosty po prostu się otwierały. Teraz jest do tego cała zapowiedź, mosty sa nazwane muzycznymi i po otwarciu z głośników usłyszeć można muzykę rosyjskich kompozytorów.

Takim widokiem rozpoczęłam świętowanie urodzin:) Rzadko się zdarza zacząć się to w tak pięknych i emocjonujących okolicznościach:) Jestem szczęściarą! Zdecydowanie:)

Petersburg zachwyca dniem, ale i nocą jest równie (jeśli nie bardziej) urokliwy:)

Petersburg jest przepiękny, a wędrować wzdłuż kanałów i rzek można bez końca. Tym razem udało mi się „obejść”: kawałek Newy, Kryukov Kanal, Moyku, Kanal Griboedova, Fontanku. Podziwiałam mosty, tak przede wszystkim mosty, ale też budynki… doszłam do wniosku, że nie mogę robić im wszystkim zdjęć, bo każdy jest niezwykły. Nie umiałam wybrać, dlaczego temu budynkowi chcę zrobić zdjęcie, a temu nie. Każdy miał swój urok, każdy był piękny na swój sposób, każdy miał swoją historię i swoje życie.

A mosty, mosteczki… niektóre zwykłe i proste, kolejne zdobione z figurami, statuami, czy też niepozorny, a jakże sympatyczny most pocałunków:)

cof

Petersburg to: białe noce, Rzeka Newa, Kanały i pozostałe rzeki, pyszki, syrniki, kawa, mosty, muzyka, dachy, bliny s tvorogom, Nowa Holandia… to miasto zdecydowanie rosyjskie, ale tak wiele w nim Europy. Czy mogłabym tam zamieszkać? Kiedyś (na studiach) marzyła mi się przeprowadzka do Moskwy, ale wtedy nie znałam jeszcze Petersburga. Petersburg, mimo kapryśnej pogody, mimo nieoczekiwanych zwrotów wiatru, mimo upalnego słońca a następnego dnia przeraźliwego chłodu… to miasto, które skradło moje serce dawno temu a teraz tylko potwierdziło, że jest dla mnie szczególnie miłe, ciekawe. Tak, mogłabym tam zamieszkać. Nie wiem, czy na zawsze. Dobrze mi było tam:)

No ale Petersburg to miasto Ermitażu, Isaakijevskogo Sobora, Kazanskogo Sobora, Spasa na Krovi, Petropavlovskoj kreposti. Miasto zabytków, cerkwi i świątyń. Miejsce kulturalne i historyczne, mimo swojego młodego wieku – Petersburg został założony w 1703 roku przez Piotra 1.

Tym razem sztandarowe zabytki pominęłam, albo potraktowałam po macoszemu… Do Ermitażu nie poszłam, niby czas miałam, ale jakoś zależało mi na tym, żeby zobaczyć nowe miejsca, aby wyjechać za miasto. Krążyłam wokół wiele razy, w środku nie byłam.

Isaakijevskij Sobor mijałam wiele razy codziennie (gdybym okno miała na ulicę a nie podwórko, to widziałabym go z okna hotelu). Można uznać, że mieszkaliśmy po sąsiedzku… Nie odmówiłam sobie natomiast wejścia na kolumnadę. Uwielbiam patrzeć na dachy i miasto z góry. To jestem z punktów, gdzie miasto prezentuje się idealnie. Widok na cztery kierunki świata. Zobaczcie sami:)

Kanaznskij Sobor dostojnie prezentuje się przy Newskim. Wygląda jak kiedyś – pięknie. Wiecie, że powstał na wzór watykańskiej Bazyliki św. Piotra?

Sobor Svyatoy Zhivonachalnoy Troitsy przyciągał mnie swoją niebieską kopułą w gwiazdy. Nie wiem, dlaczego jeszcze nie byłam nigdy ani w środku ani obok. Tym razem nie odpuściłam. W środku aktywna cerkiew (akurat jak byłam odbywał sie pogrzeb). Śpiewy cerkiewne to coś niesamowicie przejmującego, głębokiego i magicznego. Uwielbiam ich słuchać w cerkwi. Wprowadzają ponadczasowy klimat. Pobudzają emocje. Dotykają mojej duszy. A jak jeszcze cerkiew jest piękna tak, że brak mi słów, to wszystko składa się w niesamowity obrazek, którego nie da się zapomnieć. Bardzo dużo takich obrazków i przeżyć miałam w Petersburgu.

A te gwiazdy zawsze będą mi się kojarzyć z filmem o Petersburgu, który bardzo mi się podoba. W kilka minut autorzy pokazują najpiękniejsze miejsca miasta. Zobaczcie sami.

Kolejna cerkiew, obok której nie można przejść obojętnie to Spas na Krovi. Tym razem byłam tylko na zewnątrz. Jej barwy i dynamika nie pozwala nie zatrzymać się choć na chwilę. Podejrzewam, że to jeden z najczęściej fotografowanych budynków w mieście. Piękny na zewnątrz, tak samo ciekawy wewnątrz. Zdecydowanie wart polecenia.

Sankt Petersburg to również nie tylko woda i zabytki. Sporo tutaj zieleni, parków, sadów. Polecam zajrzeć do Letniego Sadu (wstęp bezpłatny, choć pozornie bramki wejściowe wskazywałby, że trzeba zakupić bilet), Aleksandrovskij Sad, a jak już znudzą nam się drzewa, krzewy i fontanny, to można spocząć na trawie na Marsovom Pole i odpocząć. Kontemplować Petersburg, cieszyć się obcowaniem z miastem.

Petropavlovskaja Krepost – po drugiej stronie Newy, twierdza Petersburska, założona przez Piotra I w celu obrony przed Szwedami. Dzisiaj muzeum, miejsce kultu, spotkań, zabytek.

Tym razem zdecydowanie więcej zobaczyłam w mieście. Wg zegarka, przeszłam około 230 km w ciągu 7 dni:) Nie tylko po Petersburgu (ponieważ 3 razy wyjechałam za miasto – do Bogoslovki- przepięknej drewnianej cerkwii, do Vyborgu – miasta rosyjskiego, a jednak jakby fińskiego, do Shlisselburga – tak, 100% rosyjska nazwa, aby zobaczyć Twierdzę Oreshek, ale to wszystko opowiem w kolejnej notce):)

Nie przeszłam może wzdłuż i wszerz miasta, ale eksplorowałam nowe rejony – Petrogradku (wyspę Pietrogradską), Vasku (Wasiliewską wyspę), dotarłam na koniec miasta, do parku 300 lecia Petersburga, nad zalew i plaże, aby zobaczyć nowy gazpromowski „monument” przez mieszkańców nazywany „kukurydzą”:)

Obie wyspy są klimatyczne, oddalone od centrum, oddzielone Newą. życie tu jakby spokojniejsze, cichsze, ale nie mniej ciekawe. Nawet jeśli nie ma monumentalnych budowli, to są cerkwie, skwery, parki, rynek z jedzeniem, moja ukochana kawiarnie Coffe3, jest plaża, jest stadion Zenita … jest ciekawie!

W Petersburgu, jak w każdym z miejsc… nie mogłam pominąć studzienek. Jedna, to zdecydowanie perełka. Nie było wcale łatwo je znaleźć, ale udało się. Kolejne do kolekcji. Szczególnie ta jedna, na której widnieje napis Leningrad:)

No i wisienka na torcie. KULTURA:)

Nie wiem jak to się dzieje. W tym roku byłam w teatrze 4 razy… w tym 3 razy w Rosji. Jakoś tak jak jestemw Rosji, to korzystam, szukam, idę… w Warszawie jakoś mi ciężko się zebrać i wiem, że koniecznie muszę to zmienić:) W Petersburgu postanowiłam odwiedzić 2 teatry, jeden znany na całym świecie – Teatr Maryjski, gdzie przeżywałam wraz z innymi widzami balet „Fontanna Bachczysaraju”, drugi – BDT im. Tovstogonova, gdzie oglądałam „Burzę” Ostrowskiego. Oba teatry piękne, z przepychem, złotem i kryształowymi żyrandolami. Wywołujące na wstępie efekt WOW.

Fontanna Bachczysaraju potwierdziła kunszt Rosjan. Rosjanie to mistrzowie baletu. Tańczą pięknie, synchronicznie, z wyczuciem i gracją. Opowieść była zrozumiała, bo się przygotowałam:) Przeczytałam streszczenie baletu i zdecydowanie oglądało się spektakl z przyjemnością. Bilety, niestety drogie, za ostatnie balkonowe piętro, gdzie nawet nie ma krzeseł, tylko ławeczki… zapłaciłam pewnie 1600 rubli, około 100 zł. Aczkolwiek scenę było widać dobrze, muzykę słychac było znakomicie. Było wspaniale.

Burza sprawiła mi trudności. Aktorzy mówili jakby gwarą. Bardzo ciężko mi było pewne momenty zrozumieć. Spektakl ciekawy kompozycyjnie. Minimum dekoracji, fajne rozwiązania z podjeżdżającymi platformami, bęben… w końcu burza:) Grzmiało i to zdrowo:) Opowieść smutna, o miłości, o stereotypach i poszukiwaniu szczęścia. Tragiczna. Mimo trudności, bardzo mi się podobało.

🙂

Mnóstwo we mnie przeżyć z Petersburga. Jeszcze żyję urlopem, choć minęło już sporo dni od powrotu. Ale chyba nie da się wyrzucić zmojej duszy i serca Petersburga. Przeżyłam go na nowo, pokochałam jeszcze bardziej. Jeszcze niedawno zastanawiałam się kiedy wrócę… obstawiałam lata:D A … lecę służbowo za kilka dni. Petersburg nie odpuszcza. Wzywa mnie. A ja nie kłócę się i nie opieram.

Moje serce zostało w Petersburgu:)