Post będzie zdecydowanie podróżniczy z akcentem biegowym… w końcu biegam z wypiekami:)

Kowno, dawna stolica Litwy. Znajduje się około 400 kilometrów od Warszawy. Drugie co do wielkości miasto na Litwie. Malowniczo położone między rzkami – Niemnem i Wilią. Ze Starym Miastem w klimacie relaksu, kawy i jedzenia. Handlową ulicą znanych marek. Z Kościołami, placami, parkami i dwoma! kolejkami linowo-szynowymi. Z punktami widokowymi. Z muralami!!! Przystępne cenowo. Wystarczające na weekend (na dłużej nie polecam).

Jak się dostać?

Dotarcie do Kowna to kwestia pytania – szybko czy tanio? Szybko – samolotem z Warszawy, cen nie sprawdzałam, ale obstawiam 400-500 pln. Ja natomiast wybrałam opcję bardziej ekonomiczną – autobus. Zwykle jeżdżąc w tę stronę Europy korzystam z oferty Ecolines, ale tym razem wybrałam Luxexpress. Z jednej strony pasowało mi godzinowo, ale … nie zawiodłam się ani trochę. Koszt biletu 69pln + 39 pln. Wyjazd z Warszawy Zachodniej około północy, dojazd do Kowna – około 7 rano. Przy komforcie jazdy (tak, zdecydowanie Luxexpress zasługuje na pochwałę) te 7 godzin minęło dość sprawnie i szybko. Siedzenia szerokie, skórzane, wygodne! Ja jestem z tych krótkonożnych, ale ci z długimi nogami nie mieliby na co psioczyć:) Przestrzeni jest dużo:) Nawet rozłożone siedzenie „przed”, nie powoduje dyskomfortu. Jest wygodnie. Na dzień dobry – butelka wody 0.5l + w czasie drogi bezpłatna kawa lub herbata na życzenie – do samodzielnego przygotowania w ekspresie. Rzeczywiście LUX! Nie przepadam za podróżowaniem autobusami, ale ta wycieczka była na prawdę całkiem w porządku. Ach! No i monitorki w siedzeniach! Ecolines też je ma, więc nie uznałam tego za dodatkowe WOW, ale przydają się, szczególnie jak wraca się w ciągu dnia.

Kowno

Wyszłam z autobusu na Dworcu Autobusowym. I jak to często bywa… zaczęłam się zastanawiać, co teraz. Cel był – kawa, ale z kawą o tej porze w Kownie, to nie za bardzo. Ale to chwilę później.

Droga z Dworca do hostelu (Chocolate Hostel) zajęła około 40 minut, ale nie dlatego, że było daleko – około 2,5 km, dlatego, że nie spieszyłam się i zdecydowanie nie obstawiłam najkrótszej drogi, tylko tej … „jak nogi poniosą”… Przeszłam obok parku, spotykając pierwszych mieszkańców. Nawigacja kierowała mnie nad Niemen, choć mnie przekonał Kościół św. Michała Archanioła. Wyglądał z daleka nieco jak cerkiew. Mnie zdecydowanie omamił. Choć mocno zaniedbany i wołający o remont, to dostojny i piękny.

Kierując się w lewo od Kościoła trafiłam przypadkiem na główną ulicę handlową prawdopodobnie z deptakiem po środku… dlaczego prawdopodobnie? Ano dlatego, że był w remoncie. Rozkopana ulica od początku do końca, utrudniająca przejście, ale z fajnym rozwiązaniem „technicznym”. Na miejscach, gdzie normalnie prawdopodobnie był chodnik, a obecnie żwir i piach… rozłożone były maty, które zdecydowanie ułatwiały poruszanie się po danym terenie. Brawo Litwini za ten pomysł. Może Paniom w szpilkach niewiele to da, ale myślę, że nikt nie lubi piachu w butach a te maty zdecydowanie ograniczały jego dostęp.

Mieszkałam w Hostelu – Chocolate Hostel i mam bardzo mieszane uczucia. Trochę podróżuję, kilka hosteli w życiu „zaliczyłam”, ale ten niby spełnił moje oczekiwania, niby zgodny był z opisem, ale nieco mnie zawiódł. Po pierwsze brak dostępności. Fakt, wcześniej mailowo zostało ze mną ustalone, o której przyjadę i zadeklarowałam 14-15, ale pomyślałam wcześniej, że w sumie mogłabym zostawić bagaż i wędrować po mieście z małym plecakiem – takiej możliwości „od ręki” brak. Właściciele przyjeżdżają do hostelu albo na umówioną godzinę, albo są tam w momencie, gdy otwarta jest kawiarnia, a precyzyjniej czekoladziarnia:) Wejście do hostelu właśnie przez kawiarnie. Nie ma jako tako recepcji. A pokoje dostępne są przez oddzielne wejście, ale tylko w momencie, gdy dostaniesz klucz. Plecak udało mi się zostawić około 11, właściciele przemili, klucz odebrałam około 14, tak jak było umówione.

Pokoje malutkie, ale w zasadzie nie stanowiło to kłopotu. W moim – 4 osobowym, finalnie nocowały 3 osoby – biegacze:) Dobraliśmy się idealnie. Zabrakło mi zamykanych szafek. W ogóle zwykle dobieram hostele tak, aby były, nie wiem jak tego nie dopatrzyłam. Łazienki sztuk dwie, jedna z wielkim prysznicem. Nie do końca czyste, ale zapewne to kwestia mieszkańców w głównej mierze, choć przydałoby się, aby ktoś z właścicieli zajrzał tam 2 razy dziennie a nie tylko raz. Kuchni – brak. Na mini korytarzyku tylko czajnik. Tego zupełnie nie dopatrzyłam. Kierowałam się chyba lokalizacją, bo faktycznie była rewelacyjna, 5 minut pieszo od Starego Miasta. W pobliżu rzeka, zamek, supermarket. Hostel idealny na to by wpaść, wykąpać się, wyspać. Brak pokoju socjalnego, a w pokojach „sypialnych” nie było miejsca na pogaduchy i integrowanie się.

Kawa… w wielu kawiarniach stoi sprzęt do alternatywy… mają Hario V60, Chemex, ale używają ich sporadycznie… ech:( No i w soboty otwierają się o 10!!!!! Znalazłam jednak na Starym Mieście jedną piekarnio-kawiarnie otwartą już, zasiadłam na słabe americano i przepyszną drożdżówkę z twarogiem:)

Zdecydowanie wyszłam nieusatysfakcjonowana… kawą, bo bułeczka – pierwsza klasa:) Pospacerowałam po mieście, przeszłam wzdłuż deptaku Starego Miasta, zajrzałam do sklepu z pamiątkami, zakupiłam magnes – talerzyk do kolekcji oraz tradycyjnie kartki pocztowe. Znalazłam kawiarnie gdzie serwują Chemex (Vero cafe), ale wyboru kawy raczej nie ma… Brazylia. Niech stracę. Trochę płaska, ale lepsza niż americano:) Od razu inne samopoczucie:)

Udało się zostawić plecak. Ruszyłam w miasto. Miałam nie chodzić dużo, bo w niedzielę rano miałam bieg… Wyszło jak zwykle… 27 km (w tym 4km biegu „rozgrzewkowego” przed zawodami).

Kowno to miasto Murali, zdecydowanie tak! Nie krzyczą na każdym kroku, ale jak już się na nie trafi, jest pięknie, ze smakiem, są duże, odbijają się od szarości miasta. Nawet trolejbusy są pokolorowane.

Murale to zdecydowanie koloryt miasta. Ale nie tylko to jest do zobaczenia.

Myślę, że jedną z atrakcji miasta jest Zamek Kowneński – Kauno Pilis, a w zasadzie to, co z niego zostało. A został kawałek muru + wieża. Nie powiem złego słowa, ładnie się prezentuje, a w środku znajduje się Muzeum Zamku Kowneńskiego (ja nie zdecydowałam się go odwiedzać, jestem trochę antymuzealna).

Oprócz zamku, miasto Kościołów. Zdecydowanie już Stare Miasto skupia ich sztuk kilka. Dostojne, duże, piękne, każdy inny. Nie jestem z tych, co zaglądają do Kościoła, aby zrobić zdjęcie, przespacerować się i wyjść. Zawsze wchodzę do Kościoła w jakiejś intencji, siadam, skupiam się na życiu, na kłopocie, prośbie, podziękowaniu i modlę się. Bóg jest jeden, ale tak samo jak z ludźmi, spotykam ich w różnych miejscach, na całym świecie. Z Bogiem też:) Dlatego lubię Kościoły, ale im mniej wycieczkowy i bardziej cichy, tym lepiej.

W Kownie Stare Miasto skupia te najpiękniejsze i zabytkowe zabudowania, w jej sercu znaleźć można kowneński ratusz, gdzie znajduje się muzeum ceramiki i podziemia udostępnione do zwiedzania. Biały Łabędź, tak nazwany przez mieszkańców, rzeczywiście wyróżnia się pośród pozostałych budynków białym kolorem i wysoką wieżą, a formę budynku można porównać do dostojnego białego łabędzia. Niedaleko Placu Ratuszowego gotycka kamienica kupiecka – Dom Perkuna, w którym znajduje się Muzeum Adama Mickiewicza.

Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, ze mam bzika na punkcie studzienek. Wędruję po nowych miejscach, patrzę pod nogi i fotografuję studzienki kanalizacyjne. Wiele miast ma studzienki z podpisami, nierzadko z rysunkami, lokalne. Zbieram je do kolekcji, aby kiedyś stworzyć kolaż z miejsc, w których byłam, gdzie stanęły moje nogi. Żałuję nieco, że wpadłam na ten pomysł tak późno, sporo studzienek mnie ominęło… ale 🙂 Każda nowa wycieczka, to nowa studzienka:) A Kowno było niesamowite. Czasami w różnych miejscach muszę ich szukać, czasami zadowalać się prostą studzienką z napisem miasta. W Kownie… do wyboru do koloru. Z napisem, z rysunkiem, stylizowane. Piękne:)

Poza tym… nieodłączną atrakcją Kowna są kolejki linowo-szynowe. Funiculair. Jedna na przeciwko Starówki po drugiej stronie Niemna z punktem widokowym na Stare Miasto.

Po drugiej stronie kolejką wjeżdża się na drugi punkt widokowy a w zasadzie dociera się do Koscioła Zmartwychwstania Pańskiego, gdzie można wjechać na dach i podziwiać panoramę miasta. Miasta szarego, bez szczególnych przyciągaczy wzroku i bajecznych widoków. Miasta dachów, opuszczonych budynków, remontów… ale z racji tego, że uwielbiam patrzeć na miasta z góry… nie mogłam odmówić sobie i tej wycieczki pod niebo:)

Niestety… nie udało mi się zobaczyć Kowna porą wieczorową. Dlaczego? Dlatego, że około 20 to już grzecznie leżałam w łóżeczku w Hostelu. Na szczęście mieszkali ze mną również biegacze, którzy tak samo jak ja odpoczywali przed biegiem. Raoul z Helsinek i Victoria z Mińska. On biegł Maraton, z tego co wiem, do 34 było nieźle, potem trochę gorzej. Ona – półmaraton, strzelała około 2h i tak wyszło, choć wszystkim z nas pogoda dokuczyła skutecznie.

Bieg!

Do Kowna pojechałam nie tylko jeść i zwiedzać. O jedzeniu, to za chwilę. Najpierw o bieganiu. Z racji Maratonu w Sankt Petersburgu musiałam zrobić w czasie przygotowań kilka startów kontrolnych. Padło na Kowno, bo był bieg 10km w doskonałym czasie:) a przy okazji – chciałam jechać do Kowna:)

Citadele Kauno Maratonas – trzy dystanse: maraton, półmaraton, 10km. Organizacja – bardzo w porządku. Może dlatego, że nie był to masowy bieg na naście tysięcy biegaczy. Odbiór pakietu dzień wcześniej w zasadzie od ręki. W pakiecie torebka, numer startowy, reklamy, wafelki ryżowe, batonik, owsianka, koktajl białkowy. Biuro Zawodów, Start i Meta na Placu Ratuszowym.

W dniu startu Maraton i Półmaraton ruszał o 8:30, choć przy tym upale odpowiedniejsza byłaby 6 rano:) Mój bieg startował o 9:30. Słońce nie odpuszczało, paliło niemiłosiernie. Nie było lekko. Podeszłam na luzie. W zasadzie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Jedna noc w autobusie, potem 27 km w nogach, jedzenie może nie zupełnie śmieciowe, ale raczej bez planu i pewnie niekoniecznie zdrowe. Nawodnienie, no tu chyba nie mogę się przyczepić:) Było ok, piłam dużo dzień przed i przed zawodami piłam kokosową wodę, podobno nieźle nawadnia no i dużo w niej dobrego:)

Strefa biegacza w dzień startu – bardzo różnorodna. Sporo miejsc relaksu, siedzonek, wody za free. Nawet w strefie toitoi jakoś jakby bez kolejek – wow! Miejsce Startu – z flagami państw biegaczy- uczestników. Bardzo fajna atmosfera. Na dzień dobry odśpiewany Hymn Litwy.

Wszystko było by ekstra, gdybym choć trochę Litwinów rozumiała:) hahahah Niestety, język jest zupełnie nie zrozumiały. Ale po angielsku dogadasz się wszędzie.

No, ale kilka słów o samym biegu.

Zdecydowane brawa i gratulacje dla Organizatorów za punkty nawadniające. Na dystansie 10 kilometrów były aż TRZY!!! Dla NIEbiegaczy… na takim biegu zwykle bywa jeden, na około 5 km. Mnie za każdym razem woda „stawiała na nogi”, mimo zwolnienia do marszu na wypicie kubka wody… nadrabiałam potem szybszym biegiem po nawodnieniu. Bieg szosowy, ale po środku około 1,5 km drogą szutrową (po wbiegnięciu na bulwary Niemna), mały podbieg po „kocich łbach” i finisz po kostce brukowej.

Zaczęłam jak czułam, ale raczej nie za szybko. Bałam się panicznie upału. Nie chciałam paść po drodze, bo ani to przyjemne, ani nie miałby mnie kto reanimować:) Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. W takim słońcu to chyba nikt nie wie… Do pierwszego punktu jakoś szło, nawet biegłam w tempie 5:18:) Potem ten szuter mnie zbił z tropu i upalny bulwar dokopał nieco…. tempo spadło do 5:50… zwątpiłam. Postanowiłam biec jak czuję, nie patrzeć na zegarek, nie próbowac przyspieszać. Na każdym „wodopoju” piłam, przechodząć do marszu, a podbieg po kocich łbach pokonałam idąc:) Na pewno straciłam na tym jakieś sekundy, ale … finalnie średnia na kilometr podczas całego biegu wyniosła 5:40… Jak na mnie to rewelacja! Po kryzysie szutrowym, zdecydowanie udało mi się przyspieszyć, dalej nie biegłam na 100%, ale czułam, że mogę, że mam siłę, że jestem już tak blisko mety, że moje samopoczucie nie powinno drastycznie się pogorszyć. 57 minut. Tyle zajęło mi te 10 km w nieziemskim upale. Brawo ja! Ten bieg pokazał mi, że nawet po małym kryzysie udaje się osiągnąć cel. I nie mają na to wpływu niesprzyjające okoliczności (tu pogodowe).

Ten bieg dodał mi zdecydowanie motywacji do Maratonu. Podobno w Petersburgu obecnie nie jest zbyt ciepło, a to cieszy jeszcze bardziej:):):) Minus kilka sekund do każdego kilometra na trasie, a trasa jest piękna:)

Poczułam, że jestem w niezłej formie. Ferrytyna podskoczyła do 40… to już plus ponad 100%:) A dalej jestem na „dopalaczu”, nadal pije Floradix i walczę o każdy „punkcik” w wynikach badań.

Mam poczucie, że zabrakło mi miesiąca do przygotowania się tak jak chciałam. Straciłam na anemii, straciłam na motywacji, właściwe treningi zaczęłam później, jak żelazo podskoczyło. Jak się rozkręciłam, to muszę wejść w czas odpoczynku przed startem. Jestem niesamowicie podekscytowana, czuję się naładowana energią i te wyniki badań cieszą, bardzo cieszą:) Jeśli pogoda w Petersburgu się utrzyma, to będzie dobrze:) Nie walczę tam o życiówki czasowe, walczę o satysfakcję i będę zachwycać się trasą. Dokładnie za 2 tygodnie będę już „po”… będzie fajnie. Obiecuję:)

Tyle z biegowego Kowna… Zostało najważniejsze – jedzenie:)

Litwa nie jest krajem, który niesamowicie zachwyca jedzeniem. Dla mnie nadal numerem 1 są Włochy. Na razie żadne Państwo nie urzekło mnie aż tak. Ale Litwa nie jest zła. Z racji tego, ze pochodzę z ziemniaczanej rodziny a pyzy robiliśmy razem na obiad w niedzielę, musiałam wpaść na litewskie cepeliny. Nazwa ta sama, u nich cepeliny, na Podlasiu kartacze a u mnie w domu pyzy:) Odwiedziłam dwa razy knajpkę lokalną na Starym Mieście – Etno Dvaras. Jadłam Cepeliny podane na dwa sposoby – klasycznie i podsmażone. Mnie bardziej smakowały klasyki, ale obie opcje generalnie były w porządku. Sama restauracja na ścisłej starówce, na Placu Ratuszowym. Lokalna, klimatyczna, jakby ludowa. Wędrując po mieście, w drodze, spróbowałam Kibiny (z kurczakiem) no i moje ukochane syrki – dobrze, że nie mieszkam na Litwie, zjadłabym całą lodówkę tych pyszności:) I jeszcze grzanki chlebowe:)

Kowno na weekend jest jak najbardziej trafionym pomysłem. Dłużej… raczej nie ma co tam robić. Mimo to, wrażenia pozostały pozytywne. Polecam całym sercem … no i z wypiekami:)