Będzie stosunkowo krótko, na tyle ile się uda, gdyż… pominę zwiedzanie miasta, Petersburgowi należy się oddzielna notka! Zdecydowanie! Szczególnie, że tyle emocji się tu wzbudziło, że nie wiem jak to zmieścić w słowach… muszę przetrawić:D A potem skrócić i streścić, żeby Was nie zanudzić:)

Maraton… 42 km 195 m

Ostatni Maraton biegłam chyba 3 lata temu. Wtedy byłam fit, nie przeszłam tylu kontuzji po drodze i … zdecydowanie byłam bardziej rozbiegana. A! No i raczej nie miałam anemii.

Tym razem było ciężej, więc jeszcze bardziej mnie cieszy to, że dobiegłam w bardzo fajnej formie, ale to zasługa odpuszczenia i skupienia się na tym co czuję i co chcę, a nie co powinnam:) Biegłam sercem! Bez dwóch zdań:)

Start – 8 rano czasu lokalnego (w porównaniu do Polski +1 godzina). Wstałam po 5, gdyż musiałam zjeść śniadanie i je strawić:) Udało się…

Zanim do startu, wspomnę, że przyleciałam w piątek wieczorem. Żadna aklimatyzacja raczej nie była potrzebna. Tu prawie jak u nas, tylko na szczęście aktualnie było około 10 stopni mniej:) Ufffff… w końcu lżej!

W sobotę odebrałam pakiet startowy. Nie musiałam się zastanawiać gdzie, co i jak…:) Miałam swojego prywatnego i najlepszego na świecie przewodnika – Igora (jeśli chcecie wiedzieć kim jest Igor, zapraszam do kilometra siedemdziesiątego, a potem siedemdziesiątego trzeciego). Więc bez problemu dotarliśmy do miejsca odbioru pakietu, a ja nie dość, że zabrałam numer, to „zarobiłam” też niezłą pamiątkę z tego wydarzenia:D Igor nie dość, że doprowadził do miejsca, opowiedział o rejonie i tym, co wokół, to jeszcze dzielnie zadbał o pamiątki w postaci zdjęć:)

Miałam tylko przed Maratonem pospacerować… tak się starałam, normalnie nie weszłabym do Metra pewnie. A tu jeździłam, siedziałam w kawiarni, na plaży … a i tak wyszło z kroków… !!! 23,5 km. Ech… Starałam się nie, ale tak to jest… Gdybym była sama, pewnie jakoś bardziej bym tego pilnowała, ale… sama nie byłam i nie chciałam sama zostać:) Jedyne, co udało się „dopilnować”, to jedzenie. Jadłam wg rozpiski, to był 3 dzień słodkości w różnej postaci, 3 dzień… w którym już niespecjalnie mogłam na to swobodnie patrzeć:) hihihihi…. Jedzenie słodkiego „bo trzeba” zupełnie nie smakuje… Zakazany owoc zawsze jest najpyszniejszy:)

Dzień relaksu i odpoczynku, ale jednak z dużym akcentem na aktywny odpoczynek:) Co widziałam, co zwiedzałam w kolejnej notce:)

Dzień był cudny. Wspaniałe towarzystwo, pyszna kawa i serniczki i dobry nastrój. Czego chcieć więcej….

No i lekki stres:)

Zawsze mnie to zastanawia. Nikt mnie od biegu nie zmusza. Nikt nie nakazuje. Wybieram te warianty sama, przygotowuję się i potem stres. Denerwuję się przed startem. Na szczęście to stres mobilizujący, ale … nerwy są. Organizm zaczyna fiksować i wmawiać, że boli mnie noga, ze głowa nie jest wystarczająco silna, że tak na prawdę nie czuję się dobrze. Oszukuje… na szczęście:)

Przed startem spotkałam się z koleżanką Kasią i jej koleżankami. Taki polski akcent w Petersburgu. Potem… okazało się, że Polaków na trasie jest więcej:) Jedni mijali mnie… a drugich mijałam ja:)

Rozgrzewkę przestałam w kolejce do Toi Toia:D

Start!

Jakież to było dla mnie zaskoczenie, że chwilę po starcie podbiegł do mnie Raoul, którego poznałam w Kownie (mieszkaliśmy w jednym pokoju w hostelu, ja biegłam 10 km, on maraton):)

Życzyliśmy sobie dobrego biegu:) Spotkaliśmy się na trasie jeszcze 2 razy:)

Pierwsze 10 km wyszło prawie wg planu, miałam biec w tempie 6:0, wyszło pewnie ciutkę wolniej. Wystraszyłam się gorąca, nie było może takiego upału jak kilka dni wcześniej w Warszawie, ale dało się odczuć ciepło. 22 stopnie w słońcu to nie jest lekka sprawa:) Wiedziałam, że nie walczę o życiówki, że nie mam na nią szans, ale z drugiej strony przecież nie przyjechałam po to, aby się poddać:) Pierwsze 10 km było ciekawe, wybiegliśmy z Placu pałacowego, który był przesycony biegowym duchem:) Przebiegliśmy obok budynku Admiralicji, do nabrzeża Newy do Mostu Blagovesshenskogo. Przebiegliśmy na drugą stronę, ruszyliśmy na Twierdzę Pietropawłowską, a następnie obiegliśmy obok Avrory, Pietrogradkę, wbiegliśmy na Vasiljevską wyspę i zrobiliśmy „kółeczko”, które zajęło prawie 20 km. Pierwsze 10 km było dość spokojne, ostrożne. Kolejne 10 km było nieco wolniejsze, ale nadal było ciepło, bardzo ciepło. Dzieliłam żele, czekałam na wodę… o! zaskoczenie na punktach odżywczych – woda w butelkach 0,5l. Nie kubeczki, butelki. Miało to swój plus…. zawsze można było tę butelkę wziąć ze sobą i wypić później, szczególnie że ja nie biegłam szybko, więc ta butelka przez kila minut zupełnie mi nie przeszkadzała. Poza tym, 0,5l wody… to napijesz się, ręce umyjesz i nawet twarz:) Rewelacja! Pozwólcie, że nie poruszę tematu #zeroplastics…, który podczas biegów jest podejmowany ostatnio bardzo żywo. Mnie te butelki pomogły, gdyby były kubeczki, było by mniej wody, ale co do plastiku… tak samo… Nie wiem, czy jest idealne rozwiązanie na biegu ulicznym w kwestii serwowania wody i izo…

10km+10km… poszło, wróciliśmy na tę początkową stronę rzeki … widoki nadal były piękne, przebiegliśmy obok kolejnego cudnego miejsca – Nowej Holandii i wzdłuż nabrzeża Fontanki dotarliśmy do Newy i wzdłuż nabrzeża Newy dobiegliśmy w okolice Aleksandro-Newskiej Ławry i zawrotka… do mety:)

Między 20 a 30 kilometrem nastąpił kryzys. Nie była to kwestia nóg, nie była to kwestia głowy, choć głowa chciała powiedzieć, że może się poddać czas… odmówił mi żołądek. Zwykle nie miewam takich kłopotów, ale tym razem miałam. Miałam dość słodkiego (jadłam słodkie jedzenie 3 dni przed biegiem i ten 4 dzień okazał się kulminacją). Najzwyczajniej w świecie chciało mi się wymiotować na myśl o ponownym zjedzeniu żelu. Było mi niedobrze. Stanęłam przed wyborem – jeść z obrzydzeniem i źle się czuć, czy nie jeść, ale ryzykować „ścianą”. Zwolniłam, przeszłam do marszu, nie raz… podbiegałam i szłam, podbiegałam i szłam… podbiegałam… zmieniłam też system jedzenia, zamiast jeść co 30 minut zaczęłam wydłużać ten czas do 40-45. Pomogło! Doturlałam się do 30 kilometra (około) i poczułam się znakomicie.

Może wpływ na to miał cień:) Och, jakie to było przyjemne, ze słonecznego nabrzeża przedostać się do zacienionej uliczki i biec poza promieniami słońca:) W każdym razie orzeźwiło to moje ciało i umysł… znowu chciało mi się chcieć biec! 🙂 Zdecydowanie! 🙂

Ostatnie 10 kilometrów wspominam dość zabawnie.

Czułam się znakomicie. Bolała mnie stopa i biodro, ale … niespecjalnie miało to znaczenie. Biegłam! Mogłam biec, miałam siłę, miałam chęć, miałam moc:) Zdecydowanie minął kryzys, zaczęła się zabawa.

W ogóle… to powiem Wam, że moja koleżanka Magda, z którą byłam nad Bajkałem, przekazała mi bardzo ciekawą myśl, życiową ideę. Poświęcania trudu za kogoś, dla kogoś, w jakiejś intencji. Wiele razy pomagało mi to pokonać własne słabości tam nad Bajkałem. Tym razem też… pobiegłam w intencji… mojej własnej. Pomyślałam o celu, o czymś za co biegnę, dla czego biegnę. Ba! Cały bieg ułożył się w piękną historię… Od euforii, poprzez cierpienie do spokoju i relaksu i ogromnej radości, a ja dołożyłam do tego ideę, opowieść, którą może kiedyś opiszę:) To trzymało mnie w ryzach, nie pozwoliło zrezygnować z dotarcia do mety. Gdybym zrezygnowała po 20 kilometrze nie poczułabym tego, co było po 30… Nie czułabym się spełniona. Kolejny raz życie pokazało mi, że nie warto się poddawać. Dla tych emocji, warto było biec do końca. A po 30 kilometrze niosło mnie…

Nogi nieco bolały, a w zasadzie lewa, ta słabsza:) Ale uśmiech nie schodził mi z twarzy. Po „zawrotce” wiatr wiał prosto w twarz, a momentami aż zatrzymywał… było to mega doświadczenie. Przewiało mnie ze wszystkich stron, ale dzięki temu chłodzenie było stałe… Emocje szalały, a wiatr je chłodził. Biegłam i szłam, szłam i biegłam… a szłam nie dlatego, że byłam zmęczona, wręcz przeciwnie mogłam i chciałam biec, ale wiatr był na prawdę silny… a ja postanowiłam nie walczyć z nim. Znowu naszła mnie życiowa myśl… aby nie walczyć, aby nie przyspieszać pewnych sytuacji, wydarzeń… cieszyć się tym, co jest, co mnie spotyka, co jest tu i teraz… iść do celu, ale … nie denerwować się, że wieje wiatr i spowalnia mnie, tylko zwolnić razem z nim i cieszyć się tym, że mnie chłodzi. Serio… wiatr wiał, ja zwalniałam, rozkładałam ręce i cieszyłam się, ze wieje:)

W międzyczasie powiadomiłam rodzinkę i Igora, że mam poślizg i będę bliżej 5h na mecie a nie po 4:30 jak planowałam:)

No… poza tym na mecie czekał On:) A w zasadzie dwóch Ich… Igor i medal.

Pierwszy – Igor stał przy samej mecie. Ja może nie poprawiłam makijażu za rogiem przez metą (w zasadzie to nie miałam co poprawiać, bo makijażu nie miałam)… ale wbiegałam dość rześko:) Na prawdę miałam mnóstwo siły, tej wewnętrznej, a ona jest najważniejsza. Chciało mi się biec, choć chciałam już też nie biec, być na mecie. Ostatnie metry przebiegłam w tempie startu, co świadczy o tym, że czułam się na prawdę dobrze. Tętno mi nie szalało, był to długi (5h), ale komfortowy bieg.

A On stał przy mecie, kibicował, gratulował, cieszył się razem ze mną… Nakręcił mi film. Zerknijcie, czy dacie radę go odtworzyć:

https://drive.google.com/open?id=14MojMym1OoWlOGK97Yetf15rm7Jxl-5T

Nie wiem, czy Igor zechce zerknąć do tej notki, ale jeśli tak (pewnie skorzysta z google translator), to chciałabym Mu powiedzieć, ze był Dobrym Duchem tego biegu. Chciałam zrezygnować po 20 kilometrze ze względu na te żołądkowe kłopoty, ale pomyślałam, że przecież będzie czekał na mecie i to moje dobiegnięcie do końca również dla Niego będzie radością i ogromem emocji. Nie poddałam się:) A na mecie czekał On, witał mnie radośnie i ciepło. A ja … ja czułam się znakomicie. Czułam się świetnie! Nogi mnie przestały boleć, zmęczenie minęło 😉 Cieszyłam się jak głupia, czułam się spełniona, usatysfakcjonowana i dumna z siebie, że się nie poddałam:) To był mój bieg. Bieg, do którego musiałam się przygotować nie tylko sportowo i kondycyjnie, ale również jedzeniowo i zdecydowanie musiałam poprawić parametry życiowe, czyli stoczyć walkę z anemią:)

Do mety dobiegłam!

Udało się!

W dużej mierze siłą woli, radością, euforią, miłością do ludzi i świata:) Energią miasta i mieszkańców! Dobiegłam, nie ma absolutnie znaczenia w jakim czasie. Miałam jeszcze mnóstwo zapasu:) Dobiegłam spokojnie, z kryzysem, pełna radości!

A medal jest przepiękny:)

No i… spędziłam przemiły maratoński dzień!

Hotel, prysznic, jedzenie!!!

W końcu mogłam zjeść coś słonego. Poszliśmy z Igorem do przewspaniałego miejsca – Nowa Holandia (napiszę niebawem więcej). A tam, w Dzinamiko – restauracji gruzińskiej. Chaczapuri, które jadłam było najwspanialsze na świecie:) Przepyszne!!! Cudowne:) I wino:)

Czy widzicie tę radość w oczach? 😀

Mimo zmęczenia, w nogach tego dnia wyszło mi 63 km… niesamowite. Do dzisiaj się zastanawiam, skąd ja miałam na to siłę, choć ja chyba wiem skąd… z serca:D To co kryje się w sercu ma ogromną moc!

To mój drugi szosowy maraton. Będę wspominać go bardzo dobrze… ba! zapomniałam już prawie o kłopotach i kryzysie a słodycze (jako, że znowu zakazane), wchodzą wyjątkowo dobrze:) Może jeszcze jakiś maraton pobiegnę. Na razie muszę odpocząć. Poklepać kilometry bez planu. Odpocząć od „zadanych” treningów.

Kolejny raz należą się podziękowania Agnieszce i Olkowi z amoje przygotowanie „techniczne”.

Marcinowi za „paliwowe”

Oli i Asi za „naoliwienie i rozruszanie” mięśni i stawów:)

Mnie samej, za to, że się nie poddałam.

No i Igorowi! Specjalnie podziękowania dla Igora, bez którego nie wymyśliłabym tego maratonu, bez którego nie poleciałabym do Petersburga, bez którego nie przeżyłabym tak cudownego weekendu i całego tygodnia w mieście białych nocy! Los czasami przecina różne drogi, abyśmy mogli wpaść na nowe pomysły. Ja mogę dziękować Bogu, że ta kawa w Lizbonie była niesmaczna i dzięki jej okropności poznałam wspaniałego człowieka, który nie dość, ze wniósł sporo nowego i dobrego w moim życiu, to dzięki niemu wiele nieoczekiwanych rzeczy się wydarzyło. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz, a wręcz liczę na to, że będziemy się widywać częściej, bo każde spotkanie z Igorem przynosi mi wiele radości i wynosi moje emocje na poziom wyższy niż najwyższy:)

Dziękuję…:)

Miłej lektury życzę i zapraszam niebawem na moją opowieść o Petersburgu z punktu widzenia podróżnika.