Nie poddam się!

I choćbym musiała zrobić przymusową przerwę… nie poddam się!

Znowu mnie dopadło, ale tym razem z „nowościami”… Weszłam na nowy poziom odreagowywania;)

Z nosa leje się krew (dzisiaj już dwa razy…), zatoki zawalone, gardło boli… Do tego okrutny ból brzucha (na biegu myślałam, że to „babskie” sprawy), ale dziś obstawiam pęcherz… (w krzakach nie sikałam, no… może raz, ale nie mogło zadziać się to tak szybko… więc… czyżby to basen??!!??). Słabo mi i niedobrze… i przydałby się ktoś do pogłaskania po głowie, ale … nie poddam się! Jak już wspomniałam… dam radę! (zawsze jakoś daję:))… a bo niby mam jakieś wyjście…  Katar i gardło przejdzie. Krew z nosa też… żadne zapalenie pęcherza nie powstrzyma mnie od pływania… wstrzyma na kilka dni, ale nie powstrzyma:)  Zostanę w domu, zajmę się sobą … i znowu ruszę na podbój świata, mojego świata:) No… może troszkę posłucham innych i zrobię badania (tak, postaram się jutro a nie za pół roku):)

Ciężko powiedzieć, czy przegięłam, bo nie zrobiłam nic ponad swoje siły… przecież ja nawet na treningach nie wychodzę poza strefę komfortu. A jednak ciało moje się buntuje, robi mi psikusy wtedy, kiedy ja nie bardzo tego chcę… a nawet wtedy, kiedy bardzo tego nie chcę! Przecież ja dzisiaj miałam rozbijać na basenie zakwasy… bo ledwo chodzę… miałam chodzić w pracy w szpiluniach, bo szykuję się na taneczną balową noc… no, ale … poleżę sobie w łóżku.

Notkę napiszę…

I może artykuły ze dwa dla gazetki Razem dla Bielan:)

Może męża w internetach znajdę ;)To pójdę z nim na bal… albo nie… na balu zgubię pantofelek i ten książę sam się znajdzie;)

A tak podsumowując… no nie najlepiej mi, żeby nie powiedzieć źle… Ale walczę:)

Walczyłam też w sobotę, mimo że miałam ochotę nie walczyć…

Ale od początku.

Na Łemko Trail 30 zapisałam się jeszcze przed kontuzją, czyli pewnie w marcu:)

Zapomniałam, ale potem mi się przypomniało, bo się zaczęła panika… Chciałam jechać, ale nie wiedziałam czy fizycznie mogę, czy dam radę, czy próbować, czy walczyć, czy ryzykować… Byłam jeszcze cały czas kontuzjowana, nie biegałam od maja do września… we wrześniu zaczęłam i musiałam ruszyć z kopyta, aby „dać radę”. W międzyczasie przebiegłam jakieś dwa razy około 15 km… zupełnie nie czułam się na siłach, aby startować z „30”, ale wiedziałam, że tutaj nie muszę cisnąć… nie muszę się spieszyć. Mam zmieścić się w limicie czasu, ale nic ponad moje siły… A poza tym… przecież to był wyjazd rodzinny:) Z Rodziną Naprzód Młociny wyjeżdża się wspaniale! Nie ma słabszych, gorszych… wszyscy są naj! Wiadomo, każdy ma dobry dzień, lub jest świetnie wytrenowany jak nasza Anna Sz. – Petarda… (3m open w Łemko Trail 30), ale bywają też gorsze i słabsze chwile, ale my dla siebie jesteśmy równi! I oby tak zostało już na zawsze:)

Droga do Krosna była długa i ciężka, korki, ilość kilometrów… wyjechaliśmy około 16 finalnie, dotarliśmy o godzinie 22… odebraliśmy pakiety startowe, ruszyliśmy do Lipowca, naszego miejsca noclegowego, które było chyba… na końcu świata:)

Spać… ale na spokojnie, ponieważ start dopiero o 12:30:)

Choć ja spać nie mogłam już od 7!!!!!!!!!

Moja współlokatorka Magdalena, chyba mnie przeklinała za ten poranek.

Śniadanie, drugie śniadanie, kawa, pół kawy, dojadanie… rodzinne spotkanie (przyjechał mój brat z żoną i bratankami):)

Na szczęście po podróży nie miałam problemów tych i tamtych… wyjazd…

Bolała mnie głowa, jakby z niewyspania, ćmiła… w ostatnim „rzucie” postanowiłam wziąć ze sobą Ibuprom i bardzo szybko jeden (bo zabrałam sztuk dwie) się przydał – bo głowa nie dawała mi spokoju.

Start!

Na 1 i 2 km głęboko zastanawiałam się „co ja tutaj robię” … drepcząc pod górkę z mocno skróconym oddechem i brakiem energii myślałam o tym, aby zatrzymać jednego z naszych kierowców i wrócić z nim. Bałam się, że zostanę w lesie sama (czułam się najsłabszym dzikim ogniwem… i sama się czułam słabo). Chwilę po tym spotkałam NASZYCH, robiących fotkę z krowami… i jakoś tak wyszło, że połączyliśmy siły… ale tylko na chwilę, bo koleżanka dzika nasza poczuła zew i tyle ją widzieliśmy:)

A ja … miałam towarzystwo:) I bardzo było mi to na rękę, bo lubię biegać z kimś. Bardzo. Czuję się wtedy bezpieczniej. Choć Łemko, to bieg wyjątkowy, tam ani przez chwilkę nie byliśmy zupełnie sami… biegacze biegnący w podobnym tempie pojawiali się na każdym kroku. Nawet biegnąc sama … nie czułabym się sama:)

Ale sama nie biegłam i tutaj należą się podziękowania dla Grzegorza za towarzystwo. Dałby radę biec sam, może nawet miałby więcej sił… ale gdyby ze mną nie biegł… na bank nie popędziłby na zbiegu (o którym za momencik) tak szybko i odważnie:)

Pierwsze kilometry… 5, 8, 12… raz pod górę, raz w dół… błota… prawie wcale. W zasadzie można uznać, że bez… choć ja już gdzieś wywrotkę na kolanko zaliczyłam:)

15 kilometr był bajką… aż żałuję, że tak szybko zbiegałam… za szybko:) Ale to właśnie ta szybkość zbiegu była najcudowniejsza na tym odcinku:) Pole, snopki, łagodna ścieżka (w sensie, że bez kamieni) … moc, wiatr, uśmiech od ucha do ucha:) P.S. Mam nadzieję, że ten Fotograf, który tam był… zdążył zrobić mi zdjęcie w pędzie:)

Postój… czekolada i pomarańcze nie smakują zwykle tak dobrze:)

Szybkie WC… w wychodku z kotarką z koca i w drogę:) Pod górę.

Jakoś długo i ciężko było się wkręcić znowu w ruch… w rytm…

Ale się udało:)

Choć nie do końca, gdyż tutaj zaczęło się Łemkowskie błoto:) W końcu było zabawnie:D Buty dały radę (choć boję się do nich zajrzeć… jeszcze ich nie wyczyściłam…).

Ostatnie kilometry minęły w miłym towarzystwie.

Pozdrowienia dla Roberta i Justyny… Nie możemy się doczekać tego filmu z trasy. Czuję, że to będzie hit:)

Było ciężko momentami, trzeba było się nieźle nagimnastykować i kontrolować poślizgi… ale udało się:) Kolejny raz się udało!

Fakt przeżyłam niezłe rozczarowanie (tak jak w Szczawnicy, gdzie po wybiegnięciu z lasu czeka Cie około kilometra asfaltu lub kostki brukowej…). Tego nie lubię. Tu było bardziej spacerowo, ale finisz, z moimi małymi i dużym chłopakiem (bratem) był suuuuuuuuper:) Pierwszy raz od dawna ktoś tak bliski czekał na mnie na mecie. To super uczucie, liczę i wierzę, że już niebawem na mecie zawsze ktoś na mnie będzie czekał:)

A medal jest cudny:)

Meta cieszy, bardzo cieszy:) Szczególnie taka, gdzie na starcie tracisz wiarę w to, że chcesz przez nią przejść…

Ta radość, to dowód na to, by walczyć, by podjąć jeszcze jedną … kolejna próbę:) Nie poddawać się przy pierwszej wątpiącej myśli… A ja mam wrażenie… szybko się poddaję. Widzę to przede wszystkim na basenie. W momencie gdy czuje się się niekomfortowo, gdy nie umiem czegoś zrobić, gdy nie umiem sobie nawet wyobrazić jak to ma wyglądać… poddaję się, marudzę, wątpię, droczę się… Dobrze byłoby to zmienić… zacisnąć zęby i próbować, bo bez próbowania…. to będę stać w miejscu i klepać kilometry po bielańskich chodnikach. Nie mam nic przeciwko bielańskim chodnikom, ale czasem trzeba wyjść przed szereg, poza strefę bezpieczeństwa i stabilizacji, aby odkryć nowe bodźce, radości, może miłości… nowe emocje swoje i cudze:)

No… ale wracając do trasy. Była średnio ciężka. Dla mnie z zaakcentowaniem na ciężka, bo ostatni raz ponad 20 km to biegłam chyba w kwietniu na Wielkiej Prehybie podczas biegów w Szczawnicy:) Choć technicznie łatwa:)  Piękna… kolorowa, jesienna, wielobarwna z lasami, łąkami, krowami, konikami, snopkami siana… ze słońcem i ciepłym jesiennym powiewem… marzenie:)

Szkoda, że biegów jest tak wiele… chętnie bym tam wróciła:)

Ale i tak… najwspanialsze uczucie to to, że byłam tam z super ludźmi, których uwielbiam 🙂

Naprzód Młociny to nie tylko grupa biegowa, to zgrana paczka, rodzina:) Klasa sama w sobie;)

P.S. Już planujemy kolejny ultrabieg… choć mnie czeka jeszcze maraton w Pilznie:)

P.S. 1  Dziękuję za uwagę, idę walczyć dalej z moimi dolegliwościami (walka w pozycji leżącej pod kołderką):)

P.S.2 Kolejna notka będzie elegancka i balowa:) Zamienię buty biegowe na szpilki:)