Dosłownie… o filmie „Najlepszy”…

To prawda, że to jeden z całkiem dobrych polskich filmów. Bardzo długo się na niego zbierałam. Bardzo … Ale na szczęście nie zdjęli mi go z afisza:) Z jednej strony dość bliskie memu sercu motywy, choć z drugiej niesamowicie dalekie… nie byłam narkomanką i chyba nie będę, choć tak na prawdę, to czego w życiu możemy być pewni;) Z drugiej… chcę wystartować w triathlonie, ale … nie mierzę na IM, nawet na połówkę nie… Mój cel – 1/8, może 1/4, ale na początek to chyba raczej nie, muszę zapytać tych bardziej doświadczonych:) Z kolejnej strony – treningi, motywacja i chyba ulubiony tekst z całego filmu, który brzmi mniej więcej tak: „jak oddychasz, to jeden okular w wodzie, kurwa, i łapy bliżej głowy”… na moich treningach to stały motyw… ciągle głowa wędruje do sufitu… a nos zadziera 😀 … a ręce, z rękami to grubsza sprawa… szczególnie teraz, gdy jedna boli i przestać nie chce (ale tu też jest ratunek, mój ratunek to Asia, już kiedyś o Niej wspominałam, jak ratowała mnie po kontuzji w pachwinie… za około godzinę mam wizytę:) dowiem się pewnie czegoś nowego o swojej ręce):)

A do filmu wracając, historia prawie jakby nieprawdopodobna, wrak człowieka – Mistrzem Świata. Szacunek i podziw. Z dużym wątkiem miłosnym. Popłakałam się … jak zwykle. Nawet nie raz. Nie wiem jak się tego wyzbyć, choć czy w zasadzie muszę się tego wyzbywać? 😉

Cel… on miał cel. Mimo przeciwności losu… miał cel.

Chyba i ja muszę sobie wyznaczyć cel, bo często mam wrażenie, że łapię się tego, tamtego, potem jeszcze czegoś i nic z tego nie wychodzi. Nie mam celu triathlonowego, choć… chcę spróbować, czy wystarczy mojego wytrenowania? Zweryfikuje to czas.

Mam daleko błądzący w głowie cel ultra (dystans około 80km), ale nie czuję się aktualnie na siłach, jeszcze nie…

Mam cel wypiekowy, ale to dzisiaj zupełnie jest marzenie, błogie marzenie…

I niby jakieś te cele mam, ale nic konkretnego, nic co zmotywuje mnie do biegania, lepszego pływania, lepszej organizacji odpoczynku, bo z tym mam największy problem… z odpoczynkiem. Nie do końca umiem organizować sobie czas na odpoczynek:)

I dzisiaj nawet, niby się wyspałam, niby … zamiast tyrać:D poszłam do kina, siedzę sobie w kawiarni, w tle muzyka, a mnie nastraja zapach kawy … i co?

… i czuję się potwornie zmęczona, ale to tak, jakby miały mi się za chwilkę oczy zamknąć, jakbym miała odpłynąć. Popędziłabym do domu pod kocyk (nawet bez książki), ale Asia umówiona na 15… gimnastyka ręki na pewno mnie rozbudzi:) tego jestem pewna!

[po wizycie u Asi]

… będę żyła:) Dawno mnie wizyta u fizjoterapeuty tak nie bolała… ale najważniejsze w tym to, że pomogło. Na szczęście! Przeciążyłam mięśnie ramienia, zrobił się stan zapalny, przechodziłam go, a teraz trzeba było mięśnie ponadrywać jeszcze raz, by dobrze się zagoiły:) o! taka w tym filozofia:) Powinnam była, oczywiście, iść z tym do Asi jakoś w połowie grudnia, ale … no ale się zeszło… z wypiekami:) Teraz mogę spokojnie wykurować rękę i uderzyć z treningami od stycznia:)

I taśmy będą pasować do sukienki na Sylwestra:)

hmmmmm… nie będzie już wymówek:(

Trzeba będzie spiąć dupę na treningach, szczególnie pływackich, gdzie ręka była dużym utrudnieniem. Mam nadzieję, że ból rzeczywiście przejdzie. Mam oczywiście ćwiczyć, ale to w następnym roku;)

A teraz relaksik:)

Zabawna jest przyczyna mojego bólu, bo to … nie jest basen:) A przynajmniej nie jest to bezpośredni powód.

Zrobiłam i ozdobiłam za dużo ciastek, aż moja ręka się zbuntowała:) Ewidentnie przeciązyłam ramię ugniataniem ciasta i masy cukrowej:) Za rok będę mądrzejsza… ramiona będę miała tak wyćwiczone, że żadna masa cukrowa nie będzie wyrządzać we mnie spustoszenia:)

Ale…

Ale miało być o najlepszym bezpośrednio i pośrednio.

Bezpośrednio – wiadomo już, a pośrednio… pośrednio to podsumowanie roku, najlepszego pod wieloma względami. Nie wiem, czy to najlepszy rok w moim życiu i kończę go z wieloma niedosytami, ale robiąc bilans 33 latki, chciałabym skupić się na tym, co się udało, by nie zaprzątać sobie głowy tym, co mogło się udać, ale los chciał inaczej… no widocznie chciał…

Nie zakochałam się i nie zauroczyłam, albo może inaczej… chyba się odzauroczyłam:) A to też ważne:) Otwiera umysł i ciało na nowe doznania… no prawie jak kawa:)

Nie schudłam, przytyłam, ale… szukając plusów – mam co zrzucać:)

Nie zmieniłam pracy, ale w zasadzie nie mam takiej potrzeby… wszędzie lepiej, gdzie nas nie ma, ale czy czasem nie pożyteczniej skupić się na rozwoju tego, co się ma zamiast szukać przygód?

Nie pobiłam żadnego rekordu życiowego w bieganiu, ale na dłuższą metę to dobrze, powalczę w 2018:)

Nikogo nie zabiłam, choć wiele razy miałam ochotę;)

Przeczytałam kilka fajnych książek i wiem, że jeszcze sporo równie fajnych przede mną.

Nie zrobiłam nowego tatuażu, ale… (nie mów hop!) … myśl pewna czeka na realizację:)

Ale nie skupiajmy się na „NIE”:)

Ten rok był najlepszy pod wieloma względami, przełomowy powiedziałabym…

Zacznę od sportu i biegania, skoro blog jest biegowy;)

Nie ma życiówek, ale w zasadzie są:) Bo właśnie w tym najlepszym roku wystartowałam w dwóch bardzo ważnych, przełomowych dla mnie biegach. Pierwszy z nich to Ultraśledź w Puszczy Knyszyńskiej. Coś, na co czekałam, coś czego się bałam, coś do czego nie byłam przygotowana… coś co się udało mimo tego, że planowałam (na zaś) zejście z trasy, wymyśliłam listę wspomagaczy „na telefon”… mimo w zasadzie skręconej nogi. 56 kilometrów, las i górki, ostatnie 18 km z bólem w kostce, czas 7:40, meta:) To można podciągnąć pod niezłą życiówkę:) Tak mi się spodobało, że w nowym roku walczę jeszcze raz i wiem… że będzie trudniej, bo będę biegła sama, a do pokonania mam największego mojego wroga – samą siebie i myśli w mojej głowie, które będą wmawiały mi, że to nie ma sensu, że to za dużo, że nie mam na to siły… będę zwycięzcą dla samej siebie, będę pokonywać swoje demony jak J. Górski w filmie „Najlepszy”:)

Drugi bieg  – wyzwanie i przełom…  Wielka Prehyba w Szczawnicy. 44 km w śniegu i błocie, maraton z przewyższeniem około 2000m… to było COŚ, choć ja nadal nie czuję, jakbym to coś zrobiła. No … dobiegłam, ale co dalej… (takie właśnie mam podejście do siebie, zamiast się cieszyć, przechodzę z sukcesem do porządku dziennego i zapominam, ale dzisiaj jest dzień wspomnień, pochwał i dumy… nie Waszej do mnie, mojej… mojej do mnie samej):)

W tym roku zrobiłam ogromny progres pływacki (w zasadzie nie pamiętam już jak to było wtedy). Na pewno niewiele zapamiętałam z pierwszego podejścia do pływania z roku 2016… W 2017 w marcu (w akcie desperacji po nieudanym zupełnie półmaratonie) wróciłam do pływania i ta przygoda nadal trwa. Umiem trochę pływać kraulem, choć te szlify ułożenia rąk i praca nóg to jest jakiś kosmos, ale dam radę:) Zepnę dupę, żeby jeden okular był w wodzie… a ręce blisko uszu, ale jednak rozłożone:) I choć czasami bardzo, bardzo mi się nie chce iść pływać, to jestem przeszczęśliwa, że mogę to robić. Nawet jeśli śpię krócej niż inni:)

Triathlon… debiut. Sama bym nie poszła, nie uwierzyłam aż tak w siebie, ale są obok tacy, co popychają, by uwierzyć we własne możliwości. Dziękuję Konradowi, może dla Niego to nie była wielka rzecz, bo w zasadzie jak coś chcę, ale się boję, to niezbyt długo mnie trzeba namawiać… ale powiedział, że przepłynę i zapisałam się. Przepłynęłam, pojechałam, pobiegłam… wygrałam nie z konkurencją, wygrałam ze sobą:) No i chcę spróbować tego właściwego triathlonu, najprawdziwszego na świecie i kto wie, co z tego wyniknie… czy nie stanę przed wyborem – ultra, czy triathlon…

Rower… najlepszy:) Teraz wisi na ścianie (mieszka ze mną w pokoju), ale jak tylko nastąpi pogoda rowerowa, to zjedzie ze ściany i pokonamy razem setki kilometrów. Nie ustalam planu na 2018 rok, ale marzę o setkach, może więcej, dużo więcej:) Zdecydowanie będę musiała poukładać tak życiowe plany, aby mieć czas na bieganie, rower, pływanie i … wypieki:)

Najlepszy rok pokazał mi, że prędkość na rowerze może cieszyć mimo, że trzeba włożyć w nią wiele wysiłku. Każdy szybki kilometr i trening nie na 10 czy 20 kilometrów, ale 40 lub 60, to ciągłe wyzwanie, ale i satysfakcja i radość przeogromna!

2018 rok będzie pod banderą TRI, pracy wielotorowej, urozmaiconych treningów, to będzie intensywny rok… no chyba, że złapię kontuzję, jak w 2017, ale … no cóż, tak też miało być.

Najlepsze w tej kontuzji całej to, że  przed nią było bieganie i trochę basenu, w trakcie nie było biegania, był basen i kupił się rower, po kontuzji… jest bieganie, jest pływanie, będzie rower:) Odkryłam, że wszystko TRI mnie kręci:) I wiem jedno… gdybym nie naderwała przyczepów przywodziciela, pewnie nie miałabym dzisiaj swojego cudnego roweru szosowego. I żyłabym w nieświadomości, że lubię jeździć na rowerze tak bardzo!

Najlepszy rok był też wypiekowo – wstyd byłoby o wypiekach nie wspomnieć! Narobiłam się tortów bez liku, jeszcze więcej ciasteczek, za co bardzo, bardzo dziękuję WSZYSTKIM! Bez Was nie byłoby zamówień, nie byłoby realizacji, nie byłoby mnie w postaci piekarza/cukiernika:)  Biegam z wypiekami ma już 1,5 roku i cieszy się niezłą opinią – tak mi się przynajmniej wydaje. Zamawiający do mnie wracają, co bardzo, bardzo cieszy:) A ja… rozwijam się. Zainwestowałam w nowe sprzęty, ale też szkolenia – torty angielskie i dekorowanie pierniczków lukrem królewskim.

Zrobiłam setki ciastek w tym roku i… nadal to lubię;) I chcę więcej (ale to już jak wyćwiczę rękę):)

Najlepszy … bo ciekawy, podróżniczo i smakowo:)

Spełniłam swoje wieloletnie marzenie, zobaczyłam Bajkał! Zwiedziłam kilka państw w tym roku (Belgia-Bruksela, Grecja-Ateny, Rosja-Moskwa, Irkuck, Bajkał, Arszan, Kazachstan-Almaty, Kanion Szaryński, Czechy-Pilzno, Słowacja-Bratysława). Kończę rok z niezłym dorobkiem wrażeń, ale co zrobić… uwielbiam latać! Najlepsze wspomnienia zostają we mnie, podróże nie tylko kształcą, ale wzbogacają… czuję się po roku 2017 niesamowicie bogata i szczęśliwa. Planuję powoli podróżniczo 2018… chciałabym Chiny, ale dzisiaj zatlił się we mnie plan na Tel Aviv… Ciekawe gdzie wyląduję w przyszłym roku (poza Sycylią):)

Wiele przełomów we mnie nastąpiło w tym roku, od tych głębokich uczuciowych do takich zwykłych – fizycznych… jak np. „wskoczenie” do zimnej wody – morsowanie. Spodobało mi się na początku roku i kontynuuję w sezonie 2017/2018. Kręci mnie to, kręcą mnie ludzie, z którymi to robię. To jak umawianie się na dobrą imprezę, wiesz, że wyjdziesz zadowolony.

Najlepszy… najlepszy rok, bez wątpienia!

Progresy sportowe i progresy wypiekowe!

Wzrost wewnętrzny i zewnętrzny, samodoskonalenie się i poszerzanie horyzontów!

Nadal tylko nie nauczyłam się robótek na drutach… (P.S. szukam nauczycielki/nauczyciela):)

Ciężko podsumować rok 2017 w cyfrach, bo liczb w życiu pojawiło się wiele…

4 miesiące bez biegania (kontuzja).

setki ciastek tych nieświątecznych i świątecznych…

dziesiątki tortów:)

Kilka znaczących wypraw i ta najważniejsza, wymarzona – nad Bajkał:)

Kilka randek – nic wielkiego…

Kilkaset nowych fajnych zdjęć (hmmmm… trzeba w końcu zmobilizować się z pokazem bajkalskim):)

Dwa bardzo znaczące biegi ultra.

Miliony zwątpień….

Kilka fajnych prezentów…:)

 

Z perspektywy dnia dzisiejszego odnoszę wrażenie, że był to bardzo ciekawy rok.

Wiele wniósł, wiele zmienił, otworzył pewne drzwi, a inne zamknął, lub chociaż przymknął…

Dziękuję Wszystkim, którzy uczestniczyli w mojej codzienności i niecodzienności w tym roku i mam nadzieję, że zostaną ze mną i w przyszłym. Do zrobienia jest dużo… bardzo dużo, więc…

leczę rękę…

idę biegać (jutro)…

zakładam maskę (pojutrze)…

i z dumą i zapałem wkraczam w Nowy Najlepszy Rok 2018:)