Obiecałam, że będzie o szpilkach…

Dzielnie trenowałam na kilka dni przed… ale to nic nowego, zazwyczaj tak robię, jak mam być gościem imprezy, która wymaga butów na szpilce … codziennie raczej nisko i płasko (tak, wiem przydałoby się kawałek obcasa… ale mi tak wygodnie i dynamicznie). Przewidywalność zabija we mnie spontaniczność…

W każdym razie trenowałam i jest to całkiem przyjemne trenowanie, gdyż generuje nieco ładniejszy strój niż zwykle:) A każda kobieta lubi się czasem ładnie ubrać:) Szczególnie na taką galę… Mała czarna z odkrytymi plecami … 😉

Ćwiczyłam przed Galą 10 lecia CRS Bielany, na którą dostałam zaproszenie… chyba za zasługi:D Bo przecież nie za wyniki sportowe:) No trochę się angażuję tu i ówdzie, więc miło mi było bardzo, szczególnie, że w zasadzie, to chciałam tam iść. Aby spotkać Sebastiana Karasia, którego chyba ciężko nie kojarzyć. Bardzo skromy, sympatyczny młody człowiek, który przepłyną Bałtyk!!! Odkąd zaczęłam pływać, bardziej zaczęłam się interesować pływakami (jakkolwiek wieloznacznie to brzmi):) no i Sebastian jest dla mnie mistrzem nie tylko tego co zrobił, ale mistrzem tego, że przekonał swoją głowę i ciało, że da radę to zrobić. Wytrenowanie to jedno, siła woli to kolejne… nie wiem, czy nie najważniejsze:)

Impreza się udała (mimo tego, że ja w zasadzie byłam w środku choroby…). Było smacznie, było tanecznie, było %% troszeczkę:) Myślałam, że się wyleczę, ale całą niedzielę przeleżałam w łóżku… nie czując się najlepiej. No… ale tak to jest, jak się chce spotkać z najlepszymi znajomymi. Rozsądek wtedy niewiele ma do powiedzenia, szczególnie, że miałam dość blisko do domu…

No to poszłam… i bawiłam się świetnie, choć na początku była lekka panika, bo zaproszenie dla dwóch osób (miałam nawet jakiś swój typ na towarzysza), ale z racji tego, że byliśmy w grupie, zupełnie nie był owy towarzysz potrzebny. Nie był to bal, gdzie tańczy się tylko w parach, więc i pary na stałe nie zapotrzebowałam;) Po imprezie wróciłam grzecznie do domu… spać i kurować się dalej. Ale wspomnienia mam miłe, bardzo miłe… najlepsze!

Organizacja na medal!

No i najważniejsze! 2 Bielański Bieg Dzika otrzymał nagrodę na najlepszą imprezę biegową w głosowaniu ankietowym.

Brawo! Brawo! Brawo!

Czuję się częścią tej nagrody, gdyż włożyłam w ten bieg trochę serca i działania:)

Kolejny tydzień – kolejna nicość… sportowa. Bez pływania, bez biegania, bez roweru… aż do soboty. Gdyż w sobotę odbył się Cross Bielański, gdzie startowałam jako część jednej ze sztafet:)

Ale zanim do Crossu, to chyba pochwalę swoje wypieki okołobalowe…

Jeden był dla mnie szczególny (tzn. każdy wypiek jest dla mnie ważny, podchodzę do niego z uwagą i sercem). Ten tort był moim pomysłem dla syna mojej drogiej biegowej koleżanki. Tort dla Kuby. Szalonego 11 latka, który pokonał własnego ojca triathlonistę  w Triathlonie Bielańskim na koniec września:) Ma chłopak potencjał i ewidentnie widać, że to lączenie dyscyplin bardzo mu się podoba, stąd też mój pomysł…

Ale oprócz uszczęśliwiania Kuby słodkościami, kolejny wypiek poleciał do Jerzego, a w zasadzie był dla Jerzego, ale w prezencie od córki:)

W minioną sobotę przyszedł czas na Bielański Cross…

Zapisałam się dawno, nie wiedziałam, że akurat wtedy będę na etapie zdrowienia. Postanowiłam pójść, wiedziałam, że albo mnie ten bieg rozłoży, albo złoży do kupy:) Na szczęście … było i jest ok:) Chyba wróciłam do żywych, aktywnych ludzi:)

Wróciłam do pływania i … nawet w poniedziałek dostałam pochwałę za dobrze wykonany trening 🙂 Postanowiłam się zmobilizować i walczyć ze swoimi nieudolnościami, niekoniecznie zwracając na nie szczególną uwagę 😉 To, że droczyć się lubię… szczególnie w stosunku do osób które znam lepiej, lub bardziej lepiej… no ale czas schować dziecięce fochy, spiąć dupę i walczyć… strasznie to brzmi, jakby każdy krok w życiu miał być walką… każdy trening, ale coś w tym chyba jest. Chciałabym walczyć w sobie, ze sobą… niekoniecznie włączać w to innych. Bo problem jest MÓJ! Nie mogę liczyć ciągle, że ktoś we mnie uwierzy i to popchnie mnie do dalszych działań, mocniejszych treningów, większej wiary w siebie… to JA muszę i chcę być swoim motywatorem. Chcę rozmawiać ze swoimi myślami i wątpliwościami, przekonywać je, że chcę pokonać kolejną barierę… myślę, że w momencie, gdy to zrobię – będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, nie będzie dla mnie przeszkód, nie będę miała w sobie oporów, lęków… a boję się strasznie. Bardzo się boję żyć… boję się na zapas i ciągle:( Że coś wydarzy się nie tak, jakbym chciała, że zostanę do końca życia sama, że nigdy nie będę miała rodziny, że nie przekonam siebie, aby wyjść w sporcie poza granicę komfortu, że nie spełnię marzeń… sama przyciągam złe myśli, ale walczę:) Walczę o te dobre, najlepsze, o wiarę w siebie.

Kto by pomyślał… spotykam się wielokrotnie z bardzo mylnymi opiniami o mnie… nie, to że ktoś mnie oczernia i obgaduje. Ale większość ludzi myśli, ze ja to tak stale jestem radosna, zakręcona na punkcie wypieków i sportu… a ja mam złe dni, wieczory, chwile … mam pragnienia, które nawet najwspanialszy tort nie zaspokoi… marzenia, które najlepszy trening nie spełni… mam… i co najgorsze, nie na wszystko mam wpływ.. a co jeszcze gorsze od najgorszego, mało kogo wpuszczam do siebie i mało kto wie, co w zasadzie mnie gryzie… kim jestem… ale, to chyba lepiej. Kreujemy siebie (szczególnie w sieci) na osoby szczęśliwe, radosne, spełniające marzenia… ja też. Chodzę do restauracji, próbuję nowych dań, smakuję życia, uprawiam sporty, wypiekam, chadzam na koncerty … ale to są mele bodźce… one dają mi radość, spełnienie, szczęście … na chwilę:) Robię to, bo lubię. Latam po świecie, bo bardzo mnie to interesuje, próbuję innych życiowych smaczków dosłownie i w przenośni. Fruwam po życiu i przez życie a nie ma we mnie mocniejszej chęci niż ta… by osiąść… Nie marzę o domu z ogródkiem, bo mogłam taki mieć, nawet przez chwilę byłam mieszkańcem takie domu z ogródkiem za miastem, ale ten dom… to były ściany, chłodne i bez emocji, które starałam się ozdobić i dodać im ciepła, ale gorąc nigdy się między nimi nie pojawił… zmarzłam i uciekłam… uciekłam do swoich ścian, które są zdecydowanie cieplejsze, bo ogrzewam je sobą i dla siebie… taka energia 1 do 1…:) Ale czasami bywa zimno… bardzo zimno i przydałby się dodatkowy napęd grzewczy;)

Nie marzę o podróży dookoła świata, choć jakbym miała okazję, to chętnie bym z niej skorzystała:)

Nie chcę domu, ogrodu, samochodu… poradzę sobie w moim mieszkaniu bez balkonu i okna w kuchni, komunikacja miejska mi nie straszna… tylko, żeby było nieco cieplej, czasami jest mi chłodno… a czasami siedzę zmarznięta do szpiku kości i jedyna energia, która ze mnie wychodzi to energia napędzająca gruczoły łzowe do pracy…

Ale na co dzień jestem radosna i wesoła, bo taka chcę być, chcę być tak postrzegana. Każdy ma swoje troski, więc wesołek u boku dodaje energii i siły do mierzenia się z kolejnymi dniami życia.

I ja… pracuję nad sobą, by nie potrzebować notorycznie energii z zewnątrz, a czerpać ją z siebie, z własnych myśli i swoich uczuć i emocji. Chciałabym wierzyć w siebie, że w końcu i ja spełnię to swoje najskrytsze, najważniejsze marzenie i w końcu będzie ciepło i niejednokrotnie gorąco:) Uwierzę, że tak może być. Zmiany we mnie się dzieją non stop. Zobaczymy, co z tego będzie…

Tymczasem wracam na ziemię, aby twardo po niej stąpać i mierzyć się z kolejnymi słodkimi zadaniami, które dostaję od bliskich i niebliskich mi osób.

Spełniam się w wypiekach, nie wiedziałam nawet, że tyle będę piec i że będę musiała zacząć odmawiać.

Nie lubię odmawiać, bo jestem raczej z tych, co poświęcą siebie i swój czas dla innych niż postawią siebie na pierwszym miejscu… Ale zdarza mi się czasami. I tak już żyję z kalendarzem i planuję wypieki (najciężej w okolicy weekendów), choć jak chcę, to zawsze czas się znajdzie na zajęcia pozapracowe:) Czasami mam wrażenie, że moja doba jest dość elastyczna;) Ale… wiem jedno, jak się spełni moje największe marzenie, to będę w stanie mocno życie przeorganizować, choć nie zrezygnuję ze sportu i wypieków na zawsze i w całości:)

A teraz… a teraz zapełniam każdą minutę wolnego czasu, a jak mam go za dużo, to czytam, odpoczywam… wariuję i wymyślam gdzie iść i co zrobić…:) Czasami nawet miewam szalone pomysły, ale brak mi na nie odwagi:)

Piekę i dawno nie miałam tylu zamówień, kiedyś tort raz na dwa lub trzy tygodnie, a teraz… jeden weekend – dwa, kolejny – dwa + 150 ciastek. Sprawia mi to ogromna frajdę, ale moje ręce i plecy mocno to odczuwają, dlatego dobrze, że pływam i świetnie, że biegam… pojawia się coś jakby balans między „wiszeniem” nad stołem i aktywnością… jeszcze prywatny masażysta by się przydał. Byłaby to pełnia szczęścia;)

Ostatnio wypieki prezentowały się tak:

150 ciastek dla tanecznych grup z okazji Halloween – to było wyzwanie, choć uważam, że dałam radę:)

Dziękuję za zamówienie i te zdjęcia po wręczeniu – bomba! Radość ma wczoraj osiągała Zenitu:)

Tort dla Mateusza miał być „dodatkowy”… tak, żeby nie zajął mi połowy dnia, ale ja nie umiem się nie starać… jak robić, to tak jak należy:) Dzięki Kasia za zaufanie:)

A Helenka… Helenkę poznałam, gdy przyszła z mamą po tort, zawstydzona, ale z błyskiem w oku:) Dostałam wieści, że było smacznie! Cieszę się i ja!

I królowe dwie dnia dzisiejszego… beza z malinami i beza z granatem:)

Tak doszłam do wniosku, że chyba sama u siebie zamówię i wpiszę się w kalendarz zamówień…

Czy będę miała ją z kim zjeść?:)

Choć może lepiej nie….

Zarządzam niejedzenie słodyczy do świąt!!!

Ciekawe, czy mi się uda:) Po drodze mamy urodziny kolegi i koleżanki w pracy + wyjazd od Bratysławy na świąteczny jarmark + wigilię z Naprzód Młociny, Firmą… kto wie, może jeszcze jakaś…

Zainwestowałam w badania nietolerancji pokarmowych… takie „na wypasie” za „miliony monet”, ale mam wrażenie, że błądzę  w kwestii swojej wagi i nie umiem tego uporządkować. Okres 80 kg pączka wierzę, że minął bezpowrotnie, a chwila „wychudzenia” – 53 kg raczej nie wróci, bo mimo płaskiego brzucha brakowało mi … wiadomo, spada nie to, co byśmy chciały/chcieli… Nie będę miss świata, ani nawet dzielnicy Bielany, ale chcę się dobrze czuć w ciele własnym… lżej i łatwiej w kwestii sportu… Bo i biegało się szybciej i strój kąpielowy lepiej leżał…

Wyzwanie zostało podjęte:) Teraz proszę nie namawiać mnie i nie częstować słodyczami:)

Do zrzucania kilka kg mam, choć w zasadzie i nie o same kg chodzi. Chodzi o szlif sylwetki…

Lepsze samopoczucie:)

Kibicujecie? Wierzę, że tak.

Z aktywnościami nie mam problemów… wydaje mi się, że to kwestia ustawienia odpowiedniej diety i… metabolizm ruszy:)

Ruszy na pewno!

A tymczasem walczę o ułożenie treningów biegowych. Postanowiłam wrócić do pierwszej trenerki, to u niej widziałam największy progres! Zrezygnowałam między innymi dlatego, że musiałam się upominać o wpisanie treningu… teraz przy jej zabieganiu i życiowych rewolucjach chyba nie jest lepiej, ale walczę. Zależy mi na niej i choćby miała mnie dość, to nie odpuszczę. Aga! Mam na Ciebie oko:) A jakby ktoś chciał kontakt do fajnych profesjonalnych trenerów – służę pomocą:)

Potem pozostanie ułożenie tego razem z pływaniem  + rowerem…

Waham się, czy inwestować w trenażer, czy ktoś mógłby udzielić mi kilka wskazówek?

🙂

A tymczasem… relaksuję się…

muzycznie:)

W ostatnim czasie umuzykalniałam się na dwóch koncertach.

Jeden – Natalii Nykiel – kolorowy, przygotowany, dopracowany. Z dekoracjami, światłami, projekcjami… większość utworów z nowej płyty, która bardzo przypadła mi do gustu. Kilka ze starej, co też bardzo mi pasowało.

Kolejny – Ania Dąbrowska, z mieszanką utworów dawnych, bardzo dawnych, poprzez te ze środka i ten najnowszy:) Mieszanka uczuć, emocji, radości i melancholii. Miód na moje uszy:)

Muzyka łagodzi obyczaje a ja zasłuchuję się ostatnio w Raz Dwa Trzy… i odsłuchać się nie mogę:)

I tym miłym akcentem…

Do kolejnej notki:)