Nastał czas przymusowego odpoczynku…

To jest ten dzień, w którym właśnie przydałby się ktoś, kto nie dość, że ugotowałby rosół (chociaż wolę pomidorową), to jeszcze nalał i przyniósł do łóżka…

Bo w łóżku siedzę i nie zamierzam już dzisiaj z niego wyjść…

A potem… pogłaskał po głowie i żartem powiedział, jaka jestem głupia:D

No, tak też czasami trzeba…

Chyba trochę przekombinowałam, zbyt ambitnie podeszłam do sportu, zbyt szybko dałam sobie „w kość” i zbyt późno zaplanowałam odpoczynek (w zasadzie to na jutro, ale dzisiaj mój organizm powiedział mi dość).

Od tygodnia pływam prawie codziennie (no… w niedzielę nie), do tego rowerem przejechałam około 180km… (w tym raz 92!!!):) Bojąc się przeziębienia z „apteczki” wyskoczył tran i ruticośtam… (nie ma żartów). Czułam się świetnie – jeszcze wczoraj, ale dzisiaj… dzisiaj już nie. Pierwszy znak był rano, bardzo ciężko było mi wstać – ciężej niż zwykle, ale … bywają przecież lepsze i gorsze dni:) Kolejny znak… „pieczenie i swędzenie” w okolicy ust, zwiastujące opryszczkę (wtedy „chyba”, teraz „już na pewno”). Rano nie byłam pewna, bo opryszczkę miałam, ale chyba z 10 lat temu… nad morzem. Tak więc kolejny znak osłabienia organizmu, który jednak nie powstrzymał mnie przed tym, aby iść na lekcję pływania. Moje pływanie zaczęło się opornie, wyjątkowo ciężko mi dzisiaj było… zmęczenie, ale nie takie fizyczne, zewnętrzne, ociężałość… zmęczenie organizmu, które objawiło się … (nie wiem, czy pisać, bo mama czyta)… krwotokiem z nosa, ale takim mega. To, że czasami leci mi z nosa krew, to norma, ale dzisiaj była kumulacja, którą bardzo ciężko mi było zatrzymać… 🙁

No i się trochę przestraszyłam, że jednak przesadziłam… choć z jednej strony nie robiłam nic ponad moje siły, nic co by mnie strasznie umęczyło… nic… a jednak musiałam zacząć odpoczynek dzień wcześniej niż planowałam (dzisiaj miałam iść jeszcze potruchtać):) … ale jednak zostanę w domu.

Mam nadzieję, że świeżej wody w basenie nie pobrudziłam i Pan Tre(n/s)er wpuści mnie w czwartek do wody bez obaw i wyciśnie ze mnie tyle ile się da (za dzisiejsze obijanie się):)

A jak już jestem przy pływaniu, to powiem coś w sekrecie…

(ale nikomu nie mówcie) 😉

Zapisałam się na triathlon bielański…

Nie była to samodzielna decyzja… znowu ktoś uwierzył we mnie bardziej niż ja sama…

O triathlonie wiedziałam już dawno (w końcu ma się „swoich” ludzi w odpowiednich organizacjach), ale …

Bieg – 2 km, nawet z kontuzją dam radę

Rower – 8 km, tu też bez problemu:)

Pływanie – 400m… niby mało, ale jednak w moim odczuciu „nie na moje nogi”.

Ale pewnego dnia usłyszałam, że czemu nie, że mogłabym spróbować, nie muszę się ścigać, ale zobaczyć jak to jest i że… dam radę. No to po chwili namysłu… znalazłam się na liście startowej:) No i trenuje…

… pływanie:)

I bardzo mi się podoba.

Dawno nic mnie tak nie wkręciło jak pływanie, szczególnie, że sama czuję, że lepiej mi w wodzie, że nie jest to koślawa żaba, tylko w końcu pływam jakimś stylem i jest mniej lub bardziej poprawnie, że czasami to już nie nauka, ale doskonalenie. I tak mi jest z tym dobrze, że jak pojawił się pomysł i mobilizacja triathlonowa, to stwierdziłam, że w każdej wolnej chwili i możliwości wchodzę do wody i daję z siebie wszystko… (aż do rozlewu krwi):) … jak dzisiaj…

Ale moje ostatnie dni, to nie tylko pływanie.

Pobiłam rekord… rowerowy…

Przejechałam w niedzielę ostatnią 92 km… Pierwszy taki dystans, odległość kosmiczna, na początku szybko i fajnie, potem… już z milionem myśli w głowie, pośród których było „po co?”… potem: $%*#@($$@#&^ … i jeszcze trochę. Kolegę Pisaqa (który wymyślił tę przejażdżkę) myślałam, że zamorduję, znielubiłam Go kilka razy, ale teraz lubię już Go ponownie bardzo i wdzięczna jestem, że mnie wyciągnął na rower…To było COŚ… Nie jakaś tam popierdułka, to był mój wielki sukces i wiem ile musiałam w to włożyć energii…

Ale jednocześnie pomyślałam o Triathlonistach (tak nie bez powodu wielką literą), którzy startują na dystansie 1/2IM i wyżej… Mistrzowie świata, mordercy swoich organizmów, siłacze, zapaleńcy, giganci!!! Szacun i pokłony me! Ja ledwo te 90 przejechałam tempem spacerowym (jak dla nich)… a oni… pływają, jadą te 90 km i jeszcze półmaraton… Brawa, brawa, brawa!

To chyba nigdy nie będzie dystans dla mnie…

Ja zacznę od Triathlonu bielańskiego (choć niedawno zarzekałam się, że nie planuje …).

A potem… a potem się okaże.

Może mi się spodoba:)

Roweruję z wypiekami…

Pływam z wypiekami…

I piekę:)

Tort, który wprowadził małą innowację w moim tortowym życiu był dla nowej Szkoły Podstawowej w miejscowości Zielonki-Parcele. Dostałam takie info zwrotne, że do tej pory buzia mi się uśmiecha a serce raduje:)

Tort-niespodzianka, podobno zjedzony do ostatniego okruszka:)

Pozorny tydzień „ciszy” uwieczniły ciastka na Chrzest Maciusia:)

Bardzo lubię lepić ciastka…

Mam nawet kolejny pomysł na slajdowisko z Bajkału…

🙂

Parę spotkań z winem w ostatnim czasie…

Kilkadziesiąt „+” przejechanych kilometrów na rowerze…

Kilka kilometrów przepłyniętych na basenie…

Czasami zastanawiam się „po co”… ale szybko mi się odpowiedzi tworzą jak szalone… by przekraczać kolejne granice, bo przecież życie w strefie komfortu nigdy nas nie popchnie do czegoś nowego, może nieznanego, niebezpiecznego… dla własnej satysfakcji… dla zdrowia… dla „wygładzenia” kształtów:)

Spotykam się z opiniami ludzi, którzy nie zawsze to rozumieją…

Zadają mi te same pytania, a ja… a ja lubię się zmęczyć:) I cieszę się, że przyszedł w moim życiu taki dzień, że zainteresowałam się bieganiem, a z bieganiem innymi sportami… i chciałabym tak do końca życia:)

… z wypiekami…

Szczególnie, że dzisiaj zrobiłam zaopatrzenie na kolejną porcję batonów z magazynkiem energii…

Mam wiórki i płatki kokosowe, suszone wiśnie, orzechy włoskie, laskowe, sezam… Doczekać się nie mogę jutrzejszych kreatywnych pomysłów:)

Dziękuję za uwagę…

Bez odbioru…

P.S. Zostało 18 dni do debiutu w TRI… (mały, ale jednak TRI):)

Nawet jak dobiegnę ostatnia, to będzie co poprawiać:) Sama bym się na to nie odważyła… chyba nadal mam problem z wiarą w siebie…