Przygoda z Rosją skończyła się 19 lipca… tego dnia (a w zasadzie to jakoś w środku nocy z 18 na 19 lipca) trafiłyśmy na lotnisko w Irkucku. Z zewnątrz … budynek dworcowy, wewnątrz… zaduch, brak klimy, niezliczona ilość Azjatów i niekończący się dźwięk taśmy klejącej, którą chyba wszyscy pasażerowie (oprócz nas) oklejali dla bezpieczeństwa swoje bagaże…

K O S Z M A R

Jak słyszysz to pierwsze 5-10 minut to Ciebie lekko irytuje, jak pół godziny, to już wnerw… jako godzinę (+ wycieczka Chińczyków), to wkurw… jak kilka godzin, to łeb Ci pęka i masz ochotę się zastrzelić. Nasz lot był jakoś około 5 rano, więc na owym lotnisku, które nazwałam IrkuckKurnikAirport… spędziłyśmy jakieś 4h… Najgorsze chyba w moim życiu na jakimkolwiek lotnisku… A żeby było śmiesznie… o godzinie jakiejś 3:30… kiedy to już 30 minut miały być otwarte nasze check-in’y… okazało się, że jesteśmy nie w tym budynku i ten nasz jest obok… nowy, piękny, czysty, przestronny, klimatyzowany… !!!

Ech… dobrze, że chociaż ostatnie 1,5h w Irkucku spędziłyśmy w normalnych warunkach bez odgłosów taśmy klejącej:)

No, ale widocznie tak miało być. Zawsze to nowe doświadczenie.

A dla podróżujących z Irkucka przestroga – ten „dworzec” to terminal międzynarodowy, a jak lecicie np. do Moskwy, to obok jest fajny oszklony budynek – to terminal krajowy… zdecydowanie bardziej europejski:)

Międzylądowanie w Irkucku… 4h, duże, nowe, czyste lotnisko z niekoniecznie dobrze działającym wi-fi z dodatkiem 2 paczek ciastek „Jubilejnych” o smaku orzechów laskowych z czekoladą – hmmmmmm… zdecydowanie za późno je odkryłyśmy (ale w sumie to może i lepiej):)

Lot Novosybirsk – Almaty – bez większych rewelacji:)

Ale za to w Alamty… taksiarz nieźle nas „zrobił w bambuko”…:)

Wykłóciłam się jak mogłam, ale i tak odjechał zarobiony:)

I niby na tym lotnisku dopytałam ile będzie kosztować trasa i niby cena została zatwierdzona (choć wydawała mi się dziwnie niska), a potem okazało się, że .. to cena za 1 km!!! Pan taksiarz ze złotymi zębami przewiózł nas 12 km i chciał za to 12000 tenge (niby nie majątek, bo to jakieś 110 zł), ale … podobno normalna cena z lotniska to 2500!!! Wytargowałam się na 5000 tenge (jakieś 45 zł), bo już nie chciało mi się kłócić, ale … da się? no ba! Cena zeszła więcej niż o połowę. My generalnie nie stracone, bo jak za transport do drzwi z lotniska 45 zl to niewiele, ale jednak taksiarz zarobił z górką na naiwnych Polkach. dodam, że taksówka (coś na zasadzie Ubera) z hostelu na lotnisko w nocy kosztowała nas 1500 tenge (złotych 13,50) 🙂

Almaty – miasto bardzo europejskie, miasto kwiatów i zieleni, miasto kamienic i dziwnych strumyków… Miasto stepów z jednej strony i gór z drugiej… Miasto dobrych ludzi (no oprócz taksówkarzy z lotniska) i niskich cen.

Na tych niskich cenach mogłabym się chwilowo zatrzymać, bo były bardzo niskie z naciskiem na BARDZO! 100 tenge to około 90 gr… W Kazachstanie więc operuje się setkami i tysiącami. Bilet komunikacji miejskiej – 100 tg, 0,25 koniaku (normalnego, nie z niższej półki) – 500-600 tg, obiad (w barze mlecznym, ale takim na wypasie z wielkimi porcjami i smacznym jedzeniem) – 500-1000 tg, znaczek pocztowy do Polski – 140 tg. Można by wyliczać. Pierwszy raz za granicą czułam, że stać mnie na wszystko! Co otworzyło przede mną nowe pomysły… a może by kolejne któreś wakacje spędzić w Kazachstanie? Jest tam tle miejsc do zobaczenia, a to co widziałam to tylko kropla w morzu…

Ale jednak co widziałam.

Miasto… wspomniane, czyste, zadbane, rozwijające się, zielone, upalne… upały nie dawały nam żyć. W mieście odczuwa się je jeszcze bardziej i mocniej. W Almaty należy odwiedzić tzw. Zelyonyi Bazar. Miejsce kultowe, dla mieszkańców miasta… miejsce zakupów, dla obcokrajowców… nie lada atrakcja! Wszystko takie dawne, wagi, porcjowanie mięsa na „tu i teraz”, owoce, warzywa ułożone w piramidki… bakalie…

Nie mam wielu zdjęć, bo generalnie był zakaz fotografowania, ale pewien sprzedawca, który namówił nas na migdały w skorupkach był tak miły, że chętnie zapozował:)

 

Ale Almaty to miejsce, w którym miesza się Europa z Azją, sowietyzm z nowoczesnością, prawosławie z muzułmanizmem…

Samo miasto może nie jest nasycone miejscami godnymi zobaczenia. Jest pomnik zwycięstwa, pamiątka odłączenia się od ZSRR. Nie ma starówki/rynku… jest centrum z basenem, stadionem, centrum handlowym… Jest kolejka linowa na jeden z najbliższych szczytów Almaty – Kok-Tobe.

Są Góry… do których dojeżdża się autobusem miejskim:)

I kolejne kolejki linowe, wjeżdżające na wysokość 3200mnpm – na szczyt Szymbulak.

Podczas miejskiego upału – wytchnienie:)

Są lodowce (w tle):)

A po drodze, podczas wjazdu widać najwyżej położone na świecie !!! lodowisko – Medeo. Znajduje się na 1691 m npm.

Ale właściwie to plan był inny…

Nie miałyśmy znaleźć się ani przy Medeo, ani przy na Szymbulaku, ani pod lodowcami…

Tego dnia jechałyśmy na wycieczkę na Wielkie jezioro Ałmatyńskie, do którego finalnie nie dotarłyśmy bo…

Przejazd generował przesiadkę z jednego autobusu miejskiego na drugi… (podobno miało być z tego samego przystanku)… Okazało się, że „ten drugi”, chyba nr 28… jeździ z równoległej ulicy co jakieś 30/40 minut… Docierając na przystanek, zobaczyłyśmy jak odjeżdża:(:(:( Usiadłyśmy grzecznie na przystanku (wiedząc już, że to TEN):) Skonsumowałyśmy jakieś ciastka… a może suchary (w Almaty przerzuciłyśmy się z ciastek na sucharki… Chociaż te jedne, tradycyjne, almatyńskie jabłka kupić musiałyśmy – dodam, że wielka paka kosztowała jakieś 1,4 zł:D

Ale wracając…

Jedząc te sucharki, czekając na autobus zrobiło się nieco ciaśniej na przystanku…

Oprócz nas w stronę jeziora jechała kobieca delegacja pewnej rodziny, w której młodsze pokolenie reprezentowała Assel – młoda, rezolutna dziewczyna, a w zasadzie kobieta, która… ma własną firmę turystyczną. Zaczepiła nas z pytaniem dokąd jedziemy i z dobrego serca doradziła, że w zasadzie, to jezioro obecnie nie ma swojego uroku… Że najpiękniej wygląda wiosną i jesienią, kiedy jest w nim więcej wody. Obecnie jest wysuszone i mało atrakcyjne i zdecydowanie zaleciła nam wycieczkę na Szymbulak i Medeo… Uwierzyłyśmy jej, nie żałowałyśmy… Nad jezioro nie wróciłyśmy, bo następnego dnia miałyśmy zaplanowaną wycieczkę do Kanionu Szaryńskiego – „gwiazdy” wyjazdu do Kazachstanu.

Kanion Szaryński porównywany jest do Kanionu Kolorado. W Kolorado nie byłam, ale Szaryński zrobił na mnie niesamowite wrażenie.

Miejsce oddalone jest od Almaty około 200km. Dopóki się jedzie asfaltem jest całkiem w porządku, ale pod koniec niekoniecznie… step, piach, upał… ani jednego drzewa… (na Olchonie też było stepowo, ale te drzewa, choć w oddali gdzieś się pojawiały)… tutaj nawet krzewów nie było…

Po drodze miałyśmy postój na stacji benzynowej, gdzie obok w niepozornej budce wypiekano w dziwnym piecu przypominającym studnie najpyszniejsze lepioszki jakie jadłam. Może dlatego, że ciepłe, że świeże… Objadłyśmy się nimi „po kokardki”… 🙂

A potem był wielki wyrzut sumienia…

(hihihi)

To był bardzo upalny dzień.

To była jeszcze bardziej ciężka podróż, bo okna w autobusie się nie otwierały, a klimatyzacji jakby wcale nie było…

Autokar był słaby, nawet bardzo… ale wycieczka całodniowa  (razem około 400km) z przewodnikiem kosztowała 500 tg – 45 zł:)

W Kanionie nie było wiatru… a temperatura mogła sięgać około 40 stopni!!!

Ale widoki… och i ach!

Niesamowite… być tam w środku. Widzieć coś, czego u nas nie ma.

Mimo gorąca i zmęczenia… radość, podziw, ogromna satysfakcja (jak na załączonym obrazku):)

W Almaty byłyśmy krótko, za krótko.

Nie zdążyłyśmy zobaczyć Wielkiego jeziora Ałmatyńskiego i Kaindy – jezior – zatopionych lasów, które powstały w wyniku trzęsienia ziemi (spadające skały stworzyły naturalną zaporę). Kaindy są w południowo-wschodnim Kazachstanie jeszcze około 100 km za Kanionem Szaryńskim. Nie zdążyłyśmy… ale nie jest powiedziane, że jeszcze tam nie wrócimy:)

Jest tam tak pięknie i dziko, że … trzeba to zobaczyć. Kto wie… pojawił się pomysł, aby ruszyć z rowerem:)

Myślę, że kiedyś wrócę do Kazachstanu… może szybciej niż mi się wydaje:)

Tyle o wakacjach… po wakacjach.

Trochę mi się „zeszło” z relacją finalną, ale wina to komputera, a raczej jego braku.

Aktualnie można uznać mnie za „podłączoną do sieci” nie tylko telefonem, w którym bateria czasami nie wytrzymywała jednego dnia:D

Nie uda mi się streścić całego miesiąca, bo tyle minęło, ale wróciłam po 3 tygodniach wakacji marzeń do rzeczywistości.

Przez ostatni miesiąc niewiele biegałam, ale po naganie od mojej Wspołpodróżniczki wróciłam do Fizjoterapeutki Asi i zajęłam się swoja nogą. Sytuacja jest taka, że kontuzja jest wyleczona, ale obkurczył mi się przywodziciel i … nadal boli. Trochę. Boli podczas biegania. Na treningi znalazłam sposób:) Rower… szosowy.

Szukałam używanego. Szukałam nowego. Był jeden „dla mnie” w sklepie, ale okazał się za duży…

Metodą prób i błędów. Konsultacji i przemyśleń…

Decyzji własnych… wzbogaciłam się o piękną „rakietę” szosową. I w zasadzie nie wiedziałam, czy mi się spodoba… A spodobało się bardzo mocno. Bardzo, bardzo, bardzo… I żal mnie  ściska, że sezon się kończy…

(mam nadzieję, że Kamila się nie obrazi za upublicznianie Jej wizerunku):)

Może nie umiem jeździć szybko, ale nie wiem czy chcę.

I boję się strasznie każdego wyjścia (ja z tych przejmujących się). Że mnie strąbią (bo się zdarza), że ktoś za blisko będzie mnie wymijać, że na rondzie za wolno ruszę, że ktoś mnie „OPR” za to, że jadę po szosie a nie po ścieżce (tylko jak jechać rowerem szosowym po ścieżce z polbruku…), że nie zdążę się wypiąć z pedałów… I strachów ma wiele (tak, wiem, za dużo myślę)… ale staram się przełamywać…

Ostatnio znalazłam całkiem ładną „kartkę” z Treningu Biegacza.

No to staram się.

A rowerowanie tak mi się podoba, że każdy dzień brzydkiej pogody to smutek i żal…

A ostatni weekend właśnie taki. Deszcz, chmury, zimo… Muszę zakupić cieplejsze „szmatki” na rower, bo aktualnie mam ubrania w wersji lato! A … i zamówiłam odjazdową koszulkę, ale pochwalę się nią jak już do mnie dotrze:)

Nawet przemeblowanie w pokoju zrobiłam, aby móc powiesić rower na ścianie:) Bo z miejscem to u mnie nie najlepiej:)

Zmiany…

Zmiany w sportach (choć w sumie może nie takie ogromne). Doczekać się nie mogę powrotu do pływania (pozamykali mi baseny w okolicy, więc znowu miałam przerwę). Zaczynam powoli truchtać (na koncie już 3 i 5 km)… dziś może wyjdę na „kilka”. Rower… nie chcę popadać w paranoję, ale może zakupię sobie trenażer, bo jak pada, to lepiej pokręcić przed TV (hmmmmm… tylko ja Tv nie oglądam)… niż opróżniać lodówkę:)

P.S. Mógłby ktoś doradzić coś? Nie za miliony, ale nie taki, co się rozsypie po kilku przejażdżkach…

Zmiany w umeblowaniu.

W ogóle we mnie jakieś dziwne zmiany zachodzą.

To na czym zależało mi kiedyś jakoś tak buntuje się we mnie mocno.

Może nie to, że zmieniają mi się priorytety, bo tu chyba nie. To o czym marzyłam, marzę o tym nadal. To co lubiłam, nadal lubię… Ale w uczuciach i emocjach mi buzuje… mam czasami ochotę powiedzieć całemu światu „nara”, zarzucić focha i żyć bez nikogo, tylko ja stadnym osobnikiem jestem:) Ale jakoś tak mam dość niektórych sytuacji. Nie daję sobie szans, jeśli nie jestem przekonana że warto poświęcić swój czas… Mało we mnie spontaniczności… hmmmmmmm…

Ale za to wypiekom szansę daję zawsze:)

I choć na razie powoli się wypiekowo rozkręcam, to jednak coś się dzieje (P.S. Kask już mam, robot kuchenny jest.. teraz zbieram na nowy piekarnik:))

Inwestycje muszą być, bo to one ułatwiają i usprawniają moja pracę:)

Tak jak ostatnio zakupiony robot kuchenny – mikser planetarny – cudo nad cudami. Nie jest to KitchenAid, ale ogarnia tematy, do których jest mi potrzebny:) … jak ja sobie radziłam ze zwykłym mikserem ??!!??

W ostatnim czasie upiekło się kilka tortów:)

Jeden bezglutenowy (to było wyzwanie):) Nie do końca udany – ciasto jednak zbyt suche, ale walczę:) Pierwsze koty za płoty. Kolejny bezgluten będzie na medal!

W skrócie tortowym pojawi się…

Tort na pierwsze urodziny Tosi. Śmiatankowo – malinowy.

Tort na Chrzest Oliwki – kakaowy z malinami i borówkami.

Tort niespodzianka na jutro… z nektarynkami i borówkami.

Na razie pokazać mogę tylko tyle:) Ombre bez masy cukrowej… Nie oznacza to mniej pracy… a nawet powiedziałabym, że chyba więcej, ale efekt jest ciekawy:) Tym razem „nierówności”, ale spróbuję następnym razem na gładko:)

A przy okazji… Szanowni Państwo fotografujący… przydałaby mi się Blenda (bo chyba tak to się nazywa).

Czy jest coś, na co powinnam zwrócić uwagę przy zakupie? Czy rozmiar/cena… a reszta to wszystko jedno?

Będę wdzięczna za słowo przewodnie!

Potrzebuję ulepszyć swoje tortowe studio foto… z jednej strony mam ewidentnie niedoświetlone wypieki:)

 

Wymyśliłam też nowy wariant batonów energetycznych.

Zamiast płatków owsianych dodałam płatki gryczane (białe, nie palone). Są drobniejsze, w smaku neutralne, „wtapiają” się w masę i powiem szczerze, że podoba mi się taka konsystencja:)

Zachęcam do spróbowania!:)

Zdrowa przekąska na jesienno-zimowe wieczory:)

Nie uda mi się streścić miesiąc w jeden dzień, ale i nie ma potrzeby, abym pisała relację z życia.

Najważniejsze, że wszystko dzieje się z wypiekami…

Jest trochę biegania – będzie więcej!

Jest rowerowanie:)

Będzie pływanie… z wypiekami.

I torty, cista i ciasteczka… bo na horyzoncie nowe zamówienia:)

Dziękuję za uwagę!