Zapisałam się dawno temu… i to „dawno” nadeszło 19.01.2019…

Z opowieści dokładnie wiedziałam, że nie ma innej opcji… że będzie fajnie, najlepiej, ciekawie, nie nudno, sympatycznie, kameralnie… Coś w tym jest. Im bardziej kameralny bieg, tym ludzie weselsi, sympatyczniejsi, radośniej patrzą i są przemili. Uwielbiam takie biegi! Biegi z charakterem:)

Namówił mnie brat. On już brał udział w jednej serii Predathlon Ice i walczył ze słabościami również latem. Namówił mnie bez dwóch zdań. Obiecał, że pobiegniemy spokojnie, że nie ma potrzeby ścigania się, że będzie na luzie … Ja namówiłam koleżankę – Magdę:) I pojawił się dylemacik, bo… bieg jest w parach i brakowało nam jednej osoby. Więc mój brat użył czaru i uroku i … namówił kolegę – Jacka. Podział na pary był dla mnie oczywisty. Magda – śmiga jak gazelka, ciężko za nią nadążyć… Jacek, przed wyjazdem na narty i z uszkodzonym kolanem, lub dwoma. Ja… pączek, który postanowił od grudnia wrócić do biegania po kontuzji:) Powstały dwie drużyny – Naprzód Młociny/Włóczybiegi i Podlasko-Mazowiecka Kooperatywa Biegowa:)


fot. Mariusz Rosół

Wyjechaliśmy z Białegostoku rano, 8:30. Start zaplanowany był na 10:59. Sauna Okółek nad Czarną Hańczą. Zimnoooooooo… Śnieg. Niby zima, to musi być zimno… zima, więc wypadałoby, aby była biała, ale jakoś mnie to dotknęło… W Warszawie dzień wcześniej jakby wiosna, suche szare chodniki, białego puchu jakby dawno już nie było… A tu lód, mróz, śniegowe zaspy i zamrożone szutrowe drogi. Zwątpiłam, w siebie zwątpiłam:) Ale tylko na chwilkę. Na momencik. W zasadzie to wyjścia nie miałam, musiałam biec, bo nie mogłam zostawić Jacka. 15 km po lesie. Kiedyś, pewnie nie sprawiłoby mi to kłopotu, ale teraz… od grudnia przebiegłam „15”, ale po asfalcie, a w lesie max 12.

Start był poprzedzony minutą ciszy, w związku z wydarzeniami podczas Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. A potem, krótkie odliczanie (serio, krótkie, bo od „3”):) START!

fot. Mariusz Rosół
fot. Mariusz Rosół

Nie powiem, że było mi lekko. Na początku kawałeczek szutrowej, wyślizganej drogi. Skręt do lasu a w lesie… kopny śnieg, albo wyjeżdżone w śniegu koleiny. Z Jackiem biegło mi się dobrze, bardzo dobrze. Miałam wprawdzie poczucie, że go spowalniam, bo na pewno miał siłę na szybciej, ale ja nie… Nie byłam jeszcze na to gotowa. Średnie tempo wyszło nam 7:05/km, ale muszę się przyznać, że przechodziłam do marszu… kilka razy:)

Tętno skakało, na początku myślałam, że wypluję płuca – wiadomo, jak to na starcie. Za tłumem:) A potem zostaliśmy w tyle. Tematów do obgadania było trochę, więc nudą nie wiało. Potem organizm się rozgrzał, ale i widoki znacznie wyładniały. Co las, to las:) Odliczałam wprawdzie kilometry i z niepokojem czekałam na drugą część zawodów – kajak:) Biegłam, starałam się biec cały czas, ale chwilami już nie miałam siły skakać przez śnieg, a końcówka (jakieś ostatnie 4 km) mnie dobiły. Prosta droga, wyjeżdżona przez ciężki sprzęt i… zamrożona. Koszmar… Niby nie ślizgały mi się nogi, ale stale musiałam kontrolować ruchy i stale musiałam walczyć z podłożem, które było mocno nierówne… „Zaliczyłam” jedną wywrotkę:) Na szczęście 😉 Wróciłam cała i zdrowa. Nawet bez zakwasów specjalnych. W końcu poza strefę komfortu nie wyszłam. Jak zawsze:(

Kajak:)

Długość biegu zamknęła mi się wg zegarka w 15,1km. Mnie to wystarczyło, aby się rozgrzać i aby się zmęczyć:) Nastąpił czas przesiadki z nóg na ręce:) Bałam się, ale tylko przez pierwsze 3 „machnięcia wiosłami”:)

Aaaa! Dodam, że dobiegliśmy do strefy zmian jako przedostatnia, 24 para:) Kajak już na nas czekał. Założyłam kurtkę „deszczówkę” i był to super pomysł, gdyż kapiąca z wioseł woda nie dostała się na ubranie, a poza tym była to dodatkowa warstwa izolująca:) Na wodzie dostaliśmy mocy! Płynęło się super! Rewelacyjnie! Zgraliśmy się z wiosłowaniem. Wyprzedziliśmy pierwszy kajak, a potem, drugi, za drugim trzeci i jeszcze na koniec czwarty. Kajakowanie zajęło nam 46 minut i były to dość szybkie minuty podczas tych zawodów.

fot. Mariusz Rosół
fot. Mariusz Rosół

Nawet nie spodziewałam się, że kajaki zimą mogą być tak ekscytujące. Jest, niestety, jeden minus – marznące dłonie. „Uruchomiłam” nawet ogrzewacze, pomogły na chwilkę, ale bardziej przeszkadzały, więc je zlikwidowałam:) Było chłodno w dłonie, ale nie umarłam. Chyba nie miałam czasu na myślenie o tym, czy w ogóle jest mi zimno. W zasadzie to chyba nie było. Postanowiłam założyć na bieg wodoodporne skarpetki, które chyba też były niezłą warstwą izolacyjną podczas kajakowania, bo paluszki u stóp nie zmarzły, a po zdjęciu… skarpetki z zewnątrz były rzeczywiście mokre. Kurtka deszczówka odizolowała mnie od kapiącej wody na ręce, więc nie zmokłam i nie zmarzłam. Nogi… nogi nie były niczym osłonięte, więc nieco marzły, ale w granicach dość dużej tolerancji. Kapiąca z wioseł woda zostawała na udach i przymarzała na legginsach, ale nawet specjalnie nie zmarzłam:) To było niesamowite doświadczenie. Super pomysł i mnóstwo endorfin, które się we mnie natworzyły o zostały:)

fot. Mariusz Rosół – Podlasko Mazowiecka Kooperatywa Biegowa

fot. Mariusz Rosół – Naprzód Młociny/Włóczybiegi

Finalnie z Jackiem skończyliśmy na 20 miejscu. Magda z Andrzejem na 6, ale byli pierwszą w klasyfikacji parą MIX (wiedziałam, że tak może się wydarzyć, dlatego zaoferowałam im wspólny bieg):)

A po zawodach… sauna, kartacze, zupa, słodkości, herbata. Czym chata bogata… swoją drogą, tam rzeczywiście stała drewniana chata z sauną i sporo dobrego jedzenia. Podlasko-suwalskich przysmaków. Kartacze – pierwsza klasa:) Ja nie saunowałam, ale to był na pewno dobry pomysł. Nie morsowałam też, choć teraz trochę żałuję. Za rok się poprawię, zdecydowanie!!!

Organizacja… z racji tego, że to mały bieg, było bezproblemowo. Uśmiechy od ucha do ucha. Cukiereczki, ciasteczka, ankieta… buro zawodów na medal:)

Po zawodach – dekoracja.

Mimo tego, że było to już prawie tydzień temu, to nadal z uśmiechem wspominam Predathlon Sirvis Ice. Chciałabym to powtórzyć i szkoda, że muszę czekać AŻ rok. No, ale poważnie zastanawiam się, aby wystartować w sierpniu w letniej edycji… tylko że tam będzie trudniej, dłużej, ciężej… i samotnie, ale samotnych długich biegów się nie boję:) Już się nie boję:)

Wspominam biel lasu i nurt Czarnej Hańczy… Już chyba tęsknię:)

Z jednej strony nie bardzo chcę reklamować, bo za rok może okazać się, że będzie tylu chętnych, że zabraknie miejsc, ale z drugiej, dobre trzeba chwalić, więc chwalę!!!! Słyszycie? Chwalę!

Brawo Organizatorzy, brawo Sponsorzy, Brawo Uczestnicy, Brawo Fotograf! Brawo My i Wy:) Świetna impreza, wracam za rok… a może z wypiekami? :):):)

P.S. Organizatorzy to Fundacja Kierunek Ultra, która organizuje jeszcze kilka innych fajnych biegów:)