Dzień dobry!


Dawno mnie tutaj nie było… a jak mnie nie było to… cierpiałam:) Hehehhe… i to na własne życzenie:)

Tak!

Rozpoczęłam treningi z obozybiegowe.pl (wróciłam do źródeł):) I bardzo jestem zadowolona, bo pakiet combo (plan biegowy, siłownia i zajęcia na sali) dają mi mocno w kość, ale jednocześnie przybliżają do osiągnięcia mojego celu:)Pierwszy tydzień był dla mnie istną masakrą. Płakałam podczas biegów, użyłam bardzo wiele niecenzuralnych słów i zastanawiałam się, czy warto, czy chcę, czy na prawdę tego potrzebuję:) Ale się nie poddałam. Każdego zaplanowanego dnia wychodziłam, walczyłam ze swoimi slabościami. Wyłam i darłam włosy z głowy… no prawie darłam:)

5 treningów na 7 dni tygodnia – 3 biegowe, zajęcia na sali i siłownia. Na początku – ledwo żyłam. Wracałam z treningu i miałam wrażenie, że kolejny już zaraz ma się zacząć. Nie nadążałam z odpoczynkiem, a do tego jeszcze praca wcale mi w tym nie pomagała (zwykle grudzień u mnie to ciężkie dni, pełne stresów, nieoczekiwanych wydarzeń, pełne napięcia i kłopotów).Dzisiaj 31.12 – miesiąc odkąd zaczęłam treningi. Czy czuję się lepiej? Na pewno! Czy schudłam, no…… może coś, ale na pewno podczas świąt już zdążyłam nadrobić:) Styczeń uważam za miesiąc startu, grudzień był tylko rozgrzewką. Czy mi się podoba? Podoba mi się reżim… mam zadane i mimo tego, że nie chce mi się, to idę. Nie marudzę. No dobra… marudzę, ale sama sobie i w zasadzie nie mam wyjścia. Sama tego chciałam, chciałam mobilizacji i pomocy w osiągnięciu celu. Uważam… ba! ja to wiem, że jestem na dobrej drodze. Najlepszej! Bez poświęcęń, bez zmęczenia, bez zaangażowania… nie będzie efektów

A efekty mają być nie tylko wizualne, choć na nich mi oczywiście mocno zależy, ale też wydolnościowe. Chcę biegać lepiej, lżej, nie wiem czy szybciej… no w stosunku do teraz to tak, ale nie mam w planie ścigania się. Mam cel. Jest nim White Nights Marathon 30.06.2019 r. w Sankt Petersburgu. Ma być nie tylko życiówka, ma być poniżej 4h. Na dzień dzisiejszy nie jest to możliwe, ale na dzień późniejszy – zdecydowanie tak! Jeśli zdrowie dopisze, to osiągnę swój cel. No i głowa, jeśli nie zwątpię sama w siebie, to sukces mam w kieszeni.

Ale wszystko małymi krokami.

Najpierw postanowienie (jest!), potem trening (jest!), ćwiczenie nad utrzymaniem woli walki (póki co jest, choć czasami jej poziom schodzi poniżej normy, wtedy bywa gorzej, ale nadal się nie poddałam), praca, praca, praca nad sobą i własnym ciałem.

Dieta!

Walczyłam przez grudzień sama ze swoimi słabościami, raz było lepiej, raz było gorzej, zwykle gorzej.

Gdyby nie te słodycze %&*GAG^$%^FVML#@M^*&$#^%DFVGER#$%

Postanowilam (tak, wiem kolejny raz), ale tym razem w pakiecie z treningami odezwać się do Life balance – Marcin Ostaszewski. Człowiek z polecenia, człowiek, który zna się na swojej pracy, czlowiek, który da mi receptę, a ja powinnam się do niej dostosować. A jak się dostosuję, to … no właśnie co? Założenia są dwa – chudnę + żyję zdrowo i czerpię z jedzenia energię do życia, dobrego życia.

Cyfra na koniec roku to 69… (bez skojarzeń proszę):) Liczę, że do czerwca będzie maksymalnie 58:)

Minął już miesiąc biegania, całkiem szybko, ale nie było łatwo. Czy moja forma się znacznie poprawiła? Nie wiem, ale wiem, że jestem częściej usatysfakcjonowana tym, że wyszłam na traning i go zrobiłam, a to już wielki „+”. A lepiej znajdować plusy niż minusy:)

To tyle chyba o bieganiu… Wiem, że blog o bieganiu i wypiekach, ale przestrzeń trzeba dzielić:)

Wypieki!

W grudniu wypiekłam się po wsze czasy, ale absolutnie nie wypaliłam:)

Pierwszy i bardzo ważny dla mnie wypiek, to tort dla mojej małej chrześnicy. W srodku krem kawowy, maliny, czekolada. Delikatnie różowy z maleńkimi białymi kwiatkami i różami. Ten tort pokazał mi jak wiele muszę się jeszcze nauczyć, jak wielką rolę w dekorowaniu tortów odgrywa przewidywalność. Zamówienie było na pastele + drobne kwiatki. Zrobiłam wg pomysłu, ale nie wpadłam na pomysł, że w takiej formie tort będzie zbyt płaski. Pomysł na „naprawienie” spędzał mi sen z powiek, bowiem nadeszła niedziela nie handlowa, ale sprzedawcy kwiatów pod Halą Marymoncką nie zawiedli. P.S. Mnnie ta wersja z różami urzekła. A Was?

Po torcie Hani przyszedł czas na pierniki w ilości max:) Kolejny raz poczułam się fantastycznie. Na początku z myślą „czy ja to pamietam”:) a po chwili… dajcie tego więcej:)

No i tort. Mistrzostwo tortowe. Prosty, ale ładny:)

Było Bieganie, Było wypiekanie … jest Podróżowanie.

Miałam lecieć do Bukaresztu, ale WizzAir zmienił mi lot… A przecież nie mogę opuścić jarmarków świątecznych. Zastanawiałam się co z tym fantem zrobić… Wrocław? Poznań? …. Ryga!

Dawno chciałam jechac do Rygi, była to jedna z prybałtyckich stolic, która została przeze mnie nie odkryta. Na tani lot nie za bardzo miałam co liczyć… więc postanowiłam skorzystać z autobusów Ecolines i podsumowjąc całą wyprawę, było nieźle. Wybrane miejsca były całkiem w porządku a czas minął szybko (w drodze do Rygi z 14h przespałam 12 a w drodze z Rygi podróż była krótsza i autobus bardzo lużny… a przy okazji chyba spodobało mi się Kowno):)

Ryga była zimowa, piekna, ośnieżona. Idealna na świąteczny jarmark, wspaniała. Wymarzona na zimową przedświąteczną wycieczkę. Strzał w „10” na weekend.

Mieszkałam w Hostelu Tree House na ryskiej starówce. Lokalizacja – wymarzona z widokiem na jeden z ryskich jarmarków.

Warunki bardzo w porządku. Pokoje czyste, świeże, pachnące. Pościel tak samo. Trafiłam na taki czas, że w pokoju 6 osobowym raz byłam z dwiema kobietami a raz z jedną, która dotarła w nocy. Spokojne, przyjazne miejsce. Łóżka nowe, piętrowe, przyjemnie urządzone pokoje z poduszkami na podłodze do siedzenia. Hostel z salą integracyjną, kącikiem książkowym. Czyste, zadbane łazienki. śniadania w cenie (a! W mega niskiej cenie, dwie noce kosztowały mnie 21 eur). Na śniadanie chleb (cos jakby tostowy) + ser + warzywa (dużo warzyw – tym mnie urzekli, w hoselach rzadko pojawiają się świeże warzywa):) dżemy, płatki, jogurty, kawa, herbata. Duży stół w części jadalnianej. Byłam już w kilku hostelach i ten ryski na prawde bardzo mi się pdodoał.

A Ryga… bardzo przyjemne miasto, do wędrowania po zimowych uliczkach z krótszymi lub dłuższymi wizytami na jarmarku świątecznym na grzane wino (o ile będziecie zimą)… a jamarki znalazłam 3 i wino pyszne – np porzeczkowo-wiśniowe:) Albo napój wiśniowy z ryskim balzamem – z tym klasycznym lub wiśniowym, pycha:) Starówka stosunkowo niewielka, ale klimatyczna, przyjemna, ładna.

Spokojnie w Rydze można porozumieć się po rosyjsku (co dla mnie było dużym plusem), ale po angielsku równie swobodnie:) W hostelu młode pokolenie zdecydowanie wolało mówić po angielsku.

Ryga jest położona nad rzeką Dźwiną i oba brzegi są połączone kilkoma mostami, najbardziej widowiskowy to ten Vansu, podobny tochę do Warszawskiego Świętokrzyskiego. Ale zdecydowanie dobrze prezentuje się również most kolejowy.

Oprócz Mostów, rzeki, nabrzerza w Rydze jest zamek. W środku wprawdzie nie byłam, ale z zewnątrz prezentował się dośc przyjaźnie w obiektywie aparatu. Klimatyczne oświetlone uliczki. Zima:) Magia.

No i dzielnica Art Nouveau. Bogato zdobione budynki secesyjne. Cuda:) Szkoda, że miałam już tak mało czasu, nie zdążyłam dzielnicy obejść wzdłuż i wszerz. Ale to co widziałam, warte jest pokazania światu i zachęcenia do odwiedzenia Rygi.

No i hale targowe… jedna z wizytówek Rygi. Cały handel, a na pewno jego zdecydowanie większa część skupiona jest wokół hal targowych. A kupic tam można wszystko. Produkty spozywcze, pamiątki, choinki, produkty przemysłowe, zabawki… wszystko.

No i morze, a dokładniej Zatoka Ryska. Nigdy nie byłam nad morzem zimą. Tym razem się udało. Musiałam przejechać kilkaset kilometrów, aby zobaczć morze zimą… i… nie zawiodłam się. Kilkaset kilometrów do Rygi + jakies 30 do Jurmały:) Było pięknie. Śnieg zamiast piasku, fale częściowo zmrożone, samotna łódka na brzegu … Mnie to urzekło. Chciałabym to powtórzyć nad polskim morzem. O ile zima wróci… kupuję bilet do Trójmiasta i pędzę nad nasze morze:)

Ale Ryga to nie tylko zabytki.

Ryga to jedzenie!

A w zasadzie to desery, one interesowały mnie najbardziej. I zdecydowanie się nie zawiodłam. Choć na początku podeszłam do nich bardzo sceptycznine. Łotwa słynie z deserów … chlebowych. Pierwszy z nich to taka troche „paćka” z czarnego łotewskiego chleba z bakaliami (niestety ten, który jadłam miał dużo rodzynek, których bardzo nie lubię) – Maizes zupa.

Kolejny rūpjmaizes kārtojums – również chlebowy, ale tym razem z owocami. Dla mnie – pycha. Bardzo prosta rzecz, ale jednocześnie oryginalnie pyszna. Rzeźko sycące. Do polecenia! Ja jadłam w Lido (taka trochę sieciówka, w której można zjesć przystępnie cenowo, a smacznie).

No i ryski balzam, o którym wspominałam już chwilkę temu. Likier ziołowy, który w Rydze dostepny jest na każdym kroku. Ten klasyczny i ten smakowy. Idealny dodatek do jarmarkowego grzańca:)

Ryga jest przyjemna. Trochę skojarzyła mi się z Warszawą, choć zdecydowanie przeważa w niej małomiasteczkowy klimat, mimo tego, że jest to stolica kraju. Podobna do Warszawy ze względu na położenie starówki, na most „świętokrzyski”, ze względu na ichny „pałac kultury”:)

Powtórzę się.

Ryga jest bardzo przyjemna! I do tego ma pyszną kawę alternatywną paloną przez Rocket Bean. Czy warto Rygę odwiedzić? Zdecydowanie TAK! Weeendowo, lub latem na chwile dłużej. Nad morze. Na chlebowe desery. Na wspaniały czas.