To miała być mega aktywna majówka na Podlasiu … rower, bieganie, zawody…

Z roweru wyszło tyle, że pojechałam do Supraśla na lody… ale nie narzekam, bo było fajnie i smacznie:) No i rodzinnie!

Ale w międzyczasie wpadła również wycieczka do lasu:) Na kładki… Wyżary. Fajny spacer, przyjemne miejsce, ale … nie znaleźliśmy tej właściwej kładki, więc… no cóż, czeka mnie powrót:)

Z biegania… umęczony jeden trening z trzech… bo jak jestem przy lesie, to chce mi się biegać po lesie a nie robić tempa przed półmaratonem 🙂 Z zawodów… to jedna z tych rzeczy, z których jestem najbardziej dumna!

Przy okazji odbioru pakietu zwiedziłam nieco Białystok i… wzięłam udział w nagraniu w Radiu Białystok. Z niecierpliwością czekam na audycję:)

I jeszcze udało się spotkać z przyszywaną moją ukochaną studencką siostrą z Grajewa:) I przejechać na krótką, ale piękną wycieczkę po okolicy, nad jezioro rajgrodzkie.

Półmaraton w Białymstoku od samego początku mojej „kariery” biegowej jest bliski memu sercu. Tam zrobiłam swoją życiówkę, tam biega mi się dobrze… jeśli już biegnę, bo … życiówka to z roku 2016… w 2017 miałam atakować jej pobicie (poniżej 1h 50 min)… ale kilka dni przed naderwałam przyczepy przywodziciela… w 2018 też miałam pakiet, ale koleżanka odebrała mi go i przywiozła, bo leczyłam kontuzję… w końcu po 3 latach udało się pobiec i zrobić życiówkę na ten czas… 🙂 A tak właściwie zanotować progres:)

2h 5 minut… Nie jest to szalony czas, szczególnie, że KIEDYŚ wyszło mi 1h51minut… 14 minut różnicy, ale pewnie do tego z 10 kg +, dwie poważne kontuzje po drodze, wyłączenie z biegania na jakieś kilka miesięcy (razy dwa)… anemia… wynik niezły jak na bagaż doświadczeń:)

Wystartowałam spokojnie… pamiętając o tym, co działo się w czasie Półmaratonu Warszawskiego (dla przypomnienia, odechciało mi się po 15 kilometrach i prawie doczołgałam się emocjonalnie do końca):) Tym razem chciało mi się bardziej, ale zupełnie nie czułam i nie wiedziałam, czego się spodziewać …

Pierwsze 5km ze średnią 5:52…

Drugie 5 km ze średnią 5:51…

Kolejne ze średnią 6:10 … (dwa wodopoje + żel i Toi Toi):)

Następne ze średnią … 5:35

Finisz z prędkością 4:45:)

Dzisiaj wiem, że bardzo ostrożnie podeszłam do tego biegu, bojąc się tego, co może mnie zastać na „15”km… byłam gotowa na więcej, to zdecydowanie, ale … jednak bałam się bardzo. Czułam się nieźle, nawet bardzo dobrze. Biegłam jak czułam, nie przyciskając nic na siłę… ale końcówka mnie mocno zmotywowała. Wiedziałam, że siły jeszcze mam, więc czemu nie spróbować by przyspieszyć:) Przyspieszyłam, zdecydowanie. Zwykle pod koniec większość opada z sił a ja leciałam z ich zapasem, tylko nogi już czuły zmęczenie. Ciągnęłam je siłą woli!

Na mecie bolały mnie płuca… nie pamiętam, czy kiedyś mnie bolały w ogóle:)

Testowałam trochę inne jedzenie (żele z kofeiną), trochę inne picie, oprócz wody też izo… może to dodało mi tego powera… Może to jest klucz do sukcesu… nie woda, izo!

Kolejny test żeli i izo będę miała już całkiem niebawem… bo w niedzielę… czeka mnie dłuuuuugi trening i to jeszcze z tempami. Postaram się nie nakręcać:) Muszę znaleźć fajną trasę na 20km +:)

No ale kilka słów o samym półmaratonie… na pierwszym punkcie nie było izo… pewnie taki był plan, ale ja nie doczytałam, trudno, moja strata…

Toi Toi… wysikałam się 10 minut przed startem, ale pije non stop (bo Marcin każe) więc na starcie już mi się trochę chciało znów… do tego pewnie nerwy. I szoooook! Na trasie Toi Toie pojawiały się sporadycznie. Nawet nie kojarzę ich przy pierwszym punkcie, serio… Wysikałam się dopiero na 12!!! Coś tam było wcześniej (chyba), ale tu nastąpiła kulminacja… inaczej poszłabym w las! Facetom w tej materii jest zdecydowanie lepiej.

Trasa, idealna na życiówki, bo w zasadzie płaska:)

Pogoda, och! Jaka była idealna! Na starcie chłodnawo, idealnie na krótki rękaw. Trochę za zimno na stanie, ale na bieg…. wyśmienicie! Potem już ciepło, bo organiz rozgrzany. Momentami trochę słonka, ale bez upału! Było super! Idealna pogoda na życiówki!

A na mecie? Kiszka ziemniaczana, babka ziemniaczana, kartacze podobno też, ale nie widziałam, szybko się zmywałam, bo niestety, pociąg miałam wcześnie…

Kolejny medal do kolekcji.

Kolejny Półmaraton „zaliczony”… to pewnie jakiś około dziesiąty.

Zostało zadowolenie i satysfakcja, ale…

Dziwię się, że poszło mi tak dobrze… gdyż moje wyniki nie są nadal rewelacyjne. Udało mi się poprawić barwę moczu, co świadczy o wyśmienitym nawodnieniu (brawo ja! piję dużo, sikam dużo, ale organizm mam nawodniony)!

Witamina D3… było słabo, jest bardzo dobrze, do lata łykam tylko dawkę podtrzymującą:)

Żelazo… no właśnie. Anemia trwa… Ferrytyna z 18,8 podskoczyła na 30 i nadal, niestety, to mało. Mam dobić do minimum 60… No to jeszcze trochę. Pilnuję jeszcze bardziej tego co jem i czy piję przed i po jedzeniu. Niech się lepiej wchłania, nie zapijam posiłków!

Miałam podwyższony cholesterol hdl… to ten niby dobry. Niby nic nie szkodzi, jak jest go nieco za dużo, ale jak jest dużo za dużo, to może oznaczać hormonalną odpowiedź organizmu na zastałe zmiany (treningowo-żywieniowe)… ech! w badaniach kontrolnych cholesterol poszybował jeszcze w górę, a ja …. zgubiłam okres… no i walczę, by go odzyskać:) A jak już się uda, to będę się ponownie badać:) Dobrze, że mam Marcina, powiedział, że będzie drążył, aż znajdzie! I podobno ma kręćka na punkcie kobiecych hormonów. Wierzę mu i ufam. Wiem, że zadba o to, aby moje parametry życiowe się naprawiły. A jak się naprawi wszystko, to będzie torpeda!

Zostało 45 dni do White Nights Marathon… Trasa jest tak cudna, że staram się ładnie jeść, dobrze trenować, aby pobiec. Pojawiło się trochę wątpliwości, czy powinnam, ale decydować ostatecznie będziemy w czerwcu, po przyspieszonych kolejnych badaniach kontrolnych…

Na pewno nie przepiszę się na 10 km! Albo biegnę cały, albo wcale:) Albo przejdę, bo pięknie tam będzie. Aż mam ochotę mieć telefon pod ręką i pstrykać fotki… Oby pogoda dopisała:)

Dziękuję za uwagę!

Zbieram się do pakowania ciasteczek dla Szymka!:)