Włoska Świąteczna Przygoda!

Attention! Notka mocno podróżnicza z dobrym jedzeniem w tle:)

Sobota, 20.04.2019r – dzień pierwszy

Samolot – godzina 6:15, Wizzair, cena biletu w obie strony (z WDC, tylko z bagażem podręcznym) – 280 zł… drogo. Jak na Wizz to drogo, ponieważ w październiku poprzedniego roku na tej samej trasie w obie strony leciałam w cenie 88 zł:) No ale… po pierwsze kwiecień, po drugie święta. Nie było wyboru innego terminu, chodziło o zaoszczędzenie urlopu i wykorzystanie dodatkowego dnia świątecznego:)

Na wycieczkę był plan przemieszczania się i noclegu… no i kilka punktów zaznaczonych na maps.me:)

Pierwsze kilometry – dokładnie 200, trasa Lotnisko Bergamo Orio al Serio do Genui. Czas przejazdu – około 3h, Flixbus, koszt biletu około 39,99 zł (bilet kupiony 1 lutego). Fajne połączenie, samolot przyleciał około 8:20, był czas na przedostanie się na terminal, obowiązkowe WC, szybką lotniskową (dobrą) kawę i wyjazd. Trasa początkowo mi znana, bo do Mediolanu, pomiędzy magazynami, halami logistycznymi. A za Mediolanem, w zasadzie bliżej Genui, zaczęła się przygoda dla oczu. Pojawiły się wzniesienia, góry, a autostrada raz zagłębiała się w wydrążone w nich tunele, a kolejnym razem wiodła przez wiadukty i estakady łączące zbocza. Pięknie to wyglądało, choć po wspomnieniach z genueńskiej katastrofy nie do końca się czułam komfortowo, ale nie, że jechałam zdenerwowana. Niewielki korek na 30 km przed miastem… i w końcu Genua. Duża, gwarna, z wielkim portem i… brakiem WC na przystanku Flixbus. W ogóle zauważyłam, że dana linia zatrzymuje się często w miejscach niby niedaleko centrum, ale nie zawsze są to dworce. Więc o sikaniu zwykle można zapomnieć. I mimo tego… nie chciało mi się ruszyć szanownej pupci i załatwić sprawę w autobusie… wysiadłam i z bolącym pęcherzem szukałam kawiarni z wc… Ale nie ma tego złego… wypiłam kolejną włoską kawę:) Nie wiem w czym tkwi fenomen… we Włoszech częściej piję espresso niż gdziekolwiek indziej:)

Dotarłam do hostelu szybciej niż myślałam, w ogóle moje wrażenie po Genui jest takie, że … na mapie wydaje się większa a zaplanowane miejsca odleglejsze a na żywo… są prawie na wyciągnięcie ręki:)

Nocowałam w Hostelu – OStellin Genova, Vico dei Parmigiani, 1-3, 16123 Genova GE. Obsługa na medal – dostałam mapę i wiele praktycznych informacji gdzie iść, co zobaczyć i co najważniejsze – gdzie jeść!!! 🙂 Pokój – 8 osobowy, łóżka pietrowe (nie mam zdjęcia), z wc w pokoju. Na korytarzu 3 prysznice (nie wiem ile w sumie osób było w hostelu, ale albo wstawałam tak wcześnie, albo przychodziłam o tak dziwnej porze, że nigdy nie miałam kłopotu z dostępem do prysznica). Kuchnia – wyposażona w naczynia, garnki, kuchenkę, toster. Śniadania – jak to we Włoszech, tosty, dżem, płatki, mleko. Kawa i herbata:) Kuchnia dość stylowa. Ale zainspirowała mnie 🙂

Kuchnia Ostellin
Sufit w kuchni:)

Sama kamienica z zewnątrz… jak każda inna. Wejście w małym zaułku, ale bezpiecznym. Klatka schodowa dość przerażająca za pierwszym razem, choć później… do przyzwyczajenia:)

Poza tym, nie mam żadnych zastrzeżeń. Moja ocena na booking wyniosła 9,2, więc w sumie było bardzo w porządku. Ten hostel nie był tak nowy i ekskluzywny jak Bluesock w Porto, ale trzeba wziąć poprawkę na „włoskość”. To inny kraj, inny klimat, inny standart. Było włosko:)

Genua pierwszego dnia uraczyła mnie wycieczką pieszą około 32 km. Sama nie wiem kiedy i jak… Pierwsze miejsce, do którego się udałam, było miejscem gdzie… sprzedawano jedzenie!!! I to nie byle jakie… cudowne. O tym, że Genua focaccią stoi, to wiedziałam już wcześniej, ale nie chodziło o to by zjeść pierwszą lepszą, tylko tę naj. Recepcjonista polecił mi lokalik w małej uliczce, Via di Canneto Il Curto, 54, Focaccia e dintorni. Maleńki lokalik z wypiekami, głównie Focaccia, choć sporo było tam pizzerinek, tart i słodkości też. Ale ta Focaccia… jadłam z mozarellą i pesto, mozarellą i pomodorami, bianca, czyli taką z oliwą tylko. Zjadłabym więcej, ale nie starczyło mi czasu. Zawsze kolejka, choć taka, która szybko się przemieszcza. Ekspresowa obsługa. Wszystko świeże, czasami dosłownie wchodzi blacha focacci „na sklep” i za chwilę całej już nie ma (wiadomo, ta ciepła najlepsza):) Ceny bardzo przyzwoite. Za kawałek focaccia bianca – około 1 eur, za te z serem – około 2-3. Wszystko sprzedawane na wagę.

Myślę, że gdyby Genuę odwiedzali blogerzy z Tasteaway – na pewno by Wam polecili tę miejscówkę. Obłęd. Szał zmysłów. Lokalsi nie kłamią:)

Dlaczego przeszłam tyle kilometrów? Ponieważ postanowiłam zobaczyć polecaną przez turystów i recepcjonistę też… Plażę Boccadesse. Taka mała namiastka Portofino, czyli kolorowe domki, plaża, mini port i kosmiczne ceny:) No i pięknie:) Ech… Nie mierzyłam dokładnie, ale od centrum jest tam pewnie około 6 km w jedną stronę. Idzie się od pewnego momentu szerokim deptakiem prawie nad samym Morzem Liguryjskim. Przyjemnie. Szczególnie, że było ciepło o słonecznie. Zwróciłam uwagę na liguryjskie plaże i… zachciało mi się nad Bałtyk. Coś, co nam przychodzi do głowy jako „plaża”, tam nie ma racji bytu. Fakt, może blisko portu, ale piasku nie ma… brudny żwir. W ogóle zagospodarowanie terenu żadne, jakby nawieźli pokruszone cegły i kamienie z budowy i rozsypali nad wodą. Słabo… No właśnie, myślałam, że to kwestia Genui, ale w Portofino było podobnie, w Santa Margarita Ligure też… na plażing to chyba nie ma po co tam jechać:) Ale kolorowe domki i wino nad brzegiem morza, owszem i tak:)

Zobaczcie sami:)

Wróciłam do miasta… nie powiem, że zgłodniałam, ale jak już czujemy świąteczny klimat, to po lunchu i około 14 km w nogach, trzeba było posilić się czymś deserowym… padło na lody:) Nie wyszukałam w prawdzie żadnych lokalnych wypieków, które musiałam spróbować, a lody to we Włoszech coś jakby obowiązek. Znalazłam miejsce (kolejne polecone w hostelu)… w małej uliczce, na którą bez GPS sama nigdy bym nie trafiła. Fabrica di Cioccolato Viganotti – to cukiernia, a obok jest ich lodziarnia. Oszalałam. Jadłam Ricottę z orzechami i chyba Nocciola (orzech laskowy). Ech… przypomniało mi się, jakie to było przepyszne:) Lokal znajduje się na ulicy: Vico dei Castagna, 14, R. A ich strona to https://www.romeoviganotti.com . Żałuję, że nie spróbowałam więcej…

Tego dnia oprócz jedzenia (choć to jeszcze nie koniec)… zajrzałam na dworzec, aby kupić bilet do Portofino (co, jak, za ile opowiem nieco później). Zobaczyłam Porta Soprana, Piazza Ferrari, Palazzo Ducale, Piazza San Matteo, Cattedrale di San Lorenzo, Ciesa del Gesu e dei Santi Ambrogio e Andrea, Ciesa di Santo Stefano…

Wieczorem postanowiłam zjeść w miejscu, które nie tylko polecał recepcjonista, ale w restauracji, o której głośno było w internecie. Cavour 21, adres: Piazza Cavour, 21. Bardzo blisko Portu, no i będąc przezd 19 nie sposób nie zauważyć restauracji, gdyż ustawia się przed nią pokaźna kolejka zarówno Włochów jak i obcokrajowców. Stanęłam i ja, ale pomyślałam sobie, że jeśli nie uda mi się wejść w pierwszym „rzucie” to rezygnuję… Doczekałam do 19 (byłam na miejscu około 18:40), udało się… posadzono mnie przy stoliku 3 osobowym i oznajmiono, że na pewno sama nie zostanę… niebawem dosiadł się Jurkan ze Stambułu i Anastasija z Sankt Petersburga (hihihi… znowu Sankt Petersburg):)

Zjadłam specjalność lokalu, lasagne z pesto. W końcu Liguria to królestwo pesto!!!

Nie mam porównania do innych tego typu dań, ale to było tanie i smakowało. Nie dlatego, że było tanie:D… ale rzeczywiście knajpka ta była dośc klimatyczna, smaczna i tania… Nie pamiętam dokładnie, ale to lasagne kosztowała 6 czy 8 eur. Porcja dla mnie wystraczająca, chyba nawet nie zdążyłam zgłodnieć:) Choć jednak może szkoda, bo spróbowałabym większej ilości jedzenia:) Na dzień dzisiejszy dołączam do przedmówców internetowych, fajne miejsce, tanie i smaczne, choć „smaczne” powinno być wymienione jako pierwsze:)

Po kolacji … wędrówka do Porto Antico. Największy morski port we Włoszech. Robi wrażenie! Nie dość, że pięknie położony z kilkoma odgałęzieniami, po których można spacerować, przystaniami dla jachtów i żaglówek, z zacumowanymi wielkimi promami wycieczkowymi, z molo, z widokiem na port towarowy (coś dla mnie, zboczenie zawodowe), z oceanarium. Pięknie, klimatycznie, gwarnie, smacznie. Chwilami czułam się, jakbym wędrowała po Barcelonecie. Fantastyczne miejsce na spacer, na chwilę zadumy, na chłonięcie piękna Genui.

Po wizycie w porcie… zahaczyłam jeszcze o sklep (aby kupić pesto i jakieś przegryzki, bowiem następnego dnia czekało mnie spełnianie marzeń… Portofino). Dobranoc…

Niedziela, 21.04.2019 – dzień 2 – 37 kilometrów w nogach…

Buona Pasqua!!!

Wstałam o 7! (tak, wiem… oszalałam… ale o 9 miałam pociąg do Portofino, to jak ja miałam spać…!!!). Zjadłam śniadanie, czyli tosty z dżemem, popiłam kawą z makinetki (to mi się podobało, nie że jakiś ekspres… kawa, kafeterki i robisz we własnym zakresie):)

Musiałam wyjść wcześniej, bo… obowiązkowo trzeba było zajrzeć do Focaccerii, zakupić coś na drugie śniadanie i potem na trzecie:D Legendy głosiły, że w Portofino drożyzna, więc się nie mierzyłam z legendami, „kanapki” = focaccia zakupiona była w Genui i wzięta ze sobą w biodegradowalnej reklamówce:)

Zajrzałam tez do Koscioła i powiem szczerze, że zawiodłam się na świętowaniu Zmartwychwstania Jezusa we Włoszech. Wydawało mi się, że katolicki kraj z Papieżem, tradycją … a w Kościołach pusto, nie ma żadnych elementów „ozdobnych” w związku ze świętem… nic. Tabernakulum otwarte, znaczy się On był i zniknął… zmartwychwstał. I to wszystko.

Generalnie w Genui, Turynie, Portofino Kościoły są otwarte i są bezpłatne. Może nie są tak „odjechane” jak Sagrada Familia czy Katedra w Mediolanie, ale zależy kto jaki ma cel. Ja Kościoły fotografuję rzadko, zaglądam tam, aby w ciszy pomyśleć, pomodlić się, podziękować (zwykle za super wycieczkę, za pogodę, za życie) lub poprosić o coś. No i kajam się za wszystkie życiowe złości. Więc im bardziej komercyjny Kościół, tym szybciej z niego wychodzę.

Dworzec Brignole znajduje się około 1,5 km od hostelu, przechodzi się do niego przez Piazza Ferrari. Idąc rano plac był zupełnie pusty. Niesamowite wrażenie wizualne. Fontanna, piękne kamienice, napis Genova…Zupełne oderwanie od dziennego zgiełku. No ale dworzec… blisko. Pisze o nim, ponieważ z tej stacji odjeżdżały pociągi do Portofino, choć kolejowa miejscowość docelowa ta Santa Margarita Ligure – Portofino. Na początku myślałam, że trzeba jechać do Rapallo i stamtąd iść 6 km do Portofino, ale z St. Margarita było nieco bliżej … jakiś kilometr. Bilet kupiłam dzień wcześniej, choć w zasadzie to pociąg bez numerowanych miejsc, więc spokojnie mogłam bilet kupić przed odjazdem. Koszt w jedną stronę – 3,6 eur. W drugą tyle samo. Nie ma szans się zgubić. Z dworca w St Margarita trzeba zejść na dół do portu, nie jest to trudne, bo port widać już z góry, gdy stoi się przed budynkiem stacyjnym. W dół, w lewo i chyba jeszcze raz w lewo.

Na pewno da się dojść intuicyjnie:) A z portu… za tłumem:) A w zasadzie wzdłuż wybrzeża. Na początku chodnikiem, potem trochę asfaltem. Wzdłuż linii brzegowej, około 5 kilometrów. Z jednej strony wzniesienia i góry z drugiej Morze Liguryjskie. Oszalałam z radości, a to był dopiero przedsmak…

Celem było Portofino… Wychodzisz nagle zza zakrętu i wiesz, że jesteś już, ale musisz jeszcze zejść na dół, a to zejście może wyglądać np tak… (widzicie jaki kolor ma woda?):)

Jest i ONO, moje wymarzone Portofino. Piękne, kolorowe, przyjemne, gwarne, ciepłe. Wspaniałe. Moje wyśnione, wyczekane. Na pewno nieco nadęte, pełne turystów (zastanawiam się, co się tam dzieje w sezonie)…

Absolutnie bez skazy (to moje subiektywne odczucie).

Przeszłam promenadą wzdłuż kamienic, nie zagłębiając się w sklepiki, na które pewnie i tak nie było mnie stać… Obejrzałam port i to co wokół niego. Zajrzałam pod Zamek, wspięłam się na górę. Chłonęłam miasto. Zachwycałam się nim. Byłam przeszczęśliwa:)

Zjadłam Focaccię, wypiłam kawę… w cenie kurortowej… wypisałam kartki pocztowe… Popatrzyłam, pozachwycałam się. Byłam TAM! Mogłam dotknąć kamienic, wody, przywitać się z portem a potem pożegnać… Tak mi się przypomniało… skąd się wzięło Portofino. Byłam kiedyś w pizzerii w naszej dzielnicy. Wisiały tam na ścianie zdjęcia i jedno z nich przedstawiało port w Portofino (jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to Portofino). Zamarzyło mi się wtedy tam pojechać… kiedyś:) Zrobiłam zdjęcie, w domu przeszperałam internet, wpisywałam hasłowo, „włochy”, „kolorowe domki”, „port”. Znalazłam… Od tego czasu wiedziałam dokąd chcę jechać. A po jesiennym przetestowaniu przemieszczania się Flixbusem, stwierdziłam, że Portofino na mnie czeka i nie ma już wymówek. Pierwsza nadarzająca się okazja i lecę:) Poleciałam, dojechałam, zobaczyłam, zapamiętałam, poczułam, wróciłam… spacerem do St Margarita Ligure, a potem pociągiem do Genui.

Mogłam zostać w Portofino dłużej…

Mogłam zwiedzić Santa Margarita Ligure…

Ale w Genui czekało mnie jeszcze trochę do zobaczenia 🙂

Najpierw popędziłam na Via Garibaldi, która okazała się 3 kroki od hostelu (serio, wydawało mi się, że jest znacznie dalej). Ulica zasiana jest pałacami, wniesionymi na listę Unesco. Do tego kawiarnie + restauracje i klimat się robi taki, że nie chce się wracać.

A potem „zaliczony” kolejny cel. Punkt widokowy Spianatta Castelletto. Wjechać można windą – tak taką zwykłą windą, zejść pieszo, lub na odwrót, lub wejść i zejść.

Ja do windy trafiłam przypadkiem, stwierdziłam, że wjadę… co mi szkodzi. Nie wiedziałam nawet dokąd się udaję. Ku mojemu zaskoczeniu znalazłam się tam gdzie chciałam… zjadłam lody, napiłam się wody, narobiłam kupę zdjęć:)

Już kiedyś wspominałam, ale powtórzę się… uwielbiam patrzeć na miasta z góry. Robić zdjęcia dachów. Obejmować ogrom miast i jego zróżnicowanie. Uwielbiam przestrzeń, powietrze, niebo… horyzont. Energię miasta!

A na kolację… Focaccia Bianca z mojej ulubionej Focaccerii:) Około 20 miałam dość… wróciłam do hostelu, spakowałam plecak, aby o 7 ruszyć w dalszą drogę … kierunek Turyn!

Poniedziałek, 22.04.2019 – dzień trzeci, ostatni… w nogach 39,5 kilometra…

Buona Pasquetta!

Podobno w drugi dzień świąt Włosi masowo wychodzą na ulicę. Nie mogę się z tym nie zgodzić… Ale o tym za chwilę.

Chciałam jeszcze wspomnieć o Genui – miasto portowe, a co za tym idzie… ze sporą ilością imigrantów, choć to w Turynie było sporo żebraków. Genua – nie bałam się chodzić sama po mieście, ale czułam się czasem nieswojo w tych wąskich uliczkach przepełnionych Afroamerykanami. Nie jestem rasistką, a oni wyglądali bardzo porządnie (oceniając po ubraniu), nie zaczepiali ludzi… ale jednak ich ilość nieco mnie przerażała. Byli wszędzie, rano, w dzień i wieczorem… Taki urok miasta:) A w Turynie za to sporo żebraków, głównie przy Kościołach i bardziej uczęszczanych miejscach…

Turyn mnie nie zachwycił, choć przeszłam tę zabytkową część dość skrupulatnie (co widać w ilości kilometrów). Wyjechałam z Genui Flixbusem o 7 rano (koszt około 40 zł) dojechałam około 10:00. Trasa bardzo malownicza. Do Savony… morze, góry, tunele, estakady. Dalej… droga w tle z Alpami. No i w końcu Turyn. Duże włoskie miasto. Mogłabym porównać je do Mediolanu, chcesz pojechać, bo wydaje Ci się, że znane, że duże, że ciekawe, ale poza kilkoma miejscami niewiele tam ciekawego. Turyn jednak będzie na drugim miejscu od końca… Mediolan ciągle broni swojej pozycji:) Ja chyba lubię tę włoską małomiasteczkowość! Zdecydowanie!

W Turynie spacerowałam do konkretnego celu, potem inne cele znajdowały mnie samą. Zdecydowanie najpiękniejszym miejscem było dla mnie wzgórze – Monte dei Cappuccini. Kościół bardzo skromny, jak to zakonny, ale widok ze wzgórza… bajka. Równiutki Turyn z kilkoma wybijającymi się punktami i w tle … (to najpiękniejsze tło, na równi z morskim) góry, Alpy.

Obowiązkowym do zobaczenia w Turynie jest również: Mole Antonelliana (gdzie znajduje się muzeum kinematografii i taras widokowy, na który dostać się nie jest łatwo… kolejka jest długa a i tak nie masz gwarancji, że wjedziesz… ja nie ryzykowałam). Oprócz tego kilka placów, pałaców i Kosciołów, z których chyba najważniejszy to Cathedral of St John the Baptist – Katedra Całunu Turyńskiego. Z zewnątrz znowu nie jakoś mocno imponująca, w środku pośrednia między przepychem i skrajną prostotą… z powieszonymi monitorami, wyświetlającymi w różnych językach informacje dotyczące Całunu Turyńskiego. Nie spędziłam tam wiele czasu. Zbyt komercyjnie dla mnie. Trafiłam za to do kilku innych Kościołów, gdzie nawet zapaliłam świeczkę w pewnej mojej intencji:) Chyba w życiu najważniejsza jest wiara, że jeśli czegoś bardzo chcemy … musi się spełnić:)

W Turynie trafiłam na dwa rynki jedzeniowe:) To chyba jedne z lepszych punktów wycieczki, hihi. Pierwszy to Centro Palatino, Coś jakby centrum handlowe z całym piętrem jedzenia z Włoch. Piekarnia, sery, wina, pizza, arancini, mięsa, wędliny, trufle, makarony… co co sobie tylko zamarzycie. Godzina 12-13 – tłumnie mocno tak, że mimo wielkiej ilości stołów i stolików nie było wolnych miejsc w zasięgu wzroku, trzeba było się pokręcić i poszukać:) Pysznie. Ja postawiłam na tradycję…

Drugie zdecydowanie dalej od Centrum, ale miejsce polecane mocno w sieci – Eataly. Swoisty sklep/rynek z łoskimi produktami połączony z punktami barowo-restauracyjnymi. Mniej więcej coś takiego, w dziale makaronów, półki uginają się od tych paczkowanych a obok lada, bar i menu… zwykle około 4-5 pozycji, dania z makaronem. Dalej gniocchi itd… W dziale pieczywo, do kupienia ciepła pizza i focaccia. W dziale mięso -a jakże dania mięsne i mięso świeże krojone. Lodziarnia + kawiarnia. W dziale sery, degustacje serów. No… pyszny ten sklep:) A ja… (nuda) znowu pizza, ale tym razem nie cała, jedne kawałek. I zakupy na drogę:)

Eataly w Turynie są dwa. Mały (tu nie byłam, w okolicy starej części miasta) drugi – ten właściwy około 3 km od Dworca Porta Nuova. Pogoda dopisała – nie było już tak gorąco jak w Genui, ale nadal przyjemnie, więc poszłam pieszo i wróciłam nad rzeką… Spacerowałam, aby spalać chociaż trochę te wszystkie przyjemności:)

Turyn zachwycił mnie widokiem Alp.

Ach! No i Gianduiotto! Czekoladka typowa dla Piemontu. Tradycyjnie z Turynu. Pralinka czekoladowo-orzechowa. Mniam! Nie bez powodu w lodziarni „Ulica Baśniowa” smakują mi nieustannie lody Gianduia:) Pralinki też są niesamowicie pyszne! Dobrze, że dość drogie, nie kupiłam ich dużo:)

Na Turyn miałam zbyt dużo czasu. Nie odważyłam się pojechać do Bazyliki Superga, wydała mi się daleko … choć pewnie widoki były niesamowite. Mogłam od niej zacząć… nie miałabym kłopotu z wolnym czasem:)

Musiałam się tylko nacieszyć jej widokiem z daleka..

Sam Turyn nie jest brzydki. Wydał mi się trochę szary, ale może to też kwestia pogody. Nie było słońca, a wieczorem (godzinę przed odjazdem) lunął deszcz… Mosty i rzeka dodają mu energii, piękna i tajemnicy… Jest ładnie, ale kilka godzin zdecydowanie wystarczy na to, by zobaczyć najważniejsze punkty miasta.

O 22 nadszedł czas na opuszczenie miasta. Najedzona, wychodzona, zmęczona… tak, te 3 dni mocno mnie fizycznie zmęczyły, ale psychicznie, emocjonalnie bardzo podbudowały!

Na znane mi już lotnisko Orio al Serio dotarłam około 1 w nocy… Zdrzemnęłam się na podłodze:) pewnie jakąś godzinę. Potem na ławeczce „po drugiej stronie”… śniadanie już w pełnym włoskim stylu…

I lot do domu… a w zasadzie najpierw do pracy:)

To był chyba mój najgorszy lot w życiu. Generalnie nie boję się latać, ale tym razem wiało, mocno wiało w Warszawie i podejście do lądowania było jedną wielką turbulencją… Dobrze, że kolejny lot za dwa miesiące. Odpocznę chwilkę:)

Miłego czytania. Mam nadzieję, że może ktoś z Was wybierze się kiedyś w te rejony. W razie potrzeby, służę pomocą:)