[Wtorek, 19.02.2019] …

Od środka zacznę. Pozwólcie. Bo endorfiny we mnie buzują, skaczą, wiercą się świdrują! Bo pobiegałam. Prawie 10 km. Trening zadany wolno, wyszedł trochę szybciej… ja? szybciej? jak to? A ostatnio wydawało mi się, że szybciej nie mogę, a jednak jest jeszcze jakaś dla mnie nadzieja na wyklepanie tego maratonu:) A tak bez żartów, to tak, biegło mi się dzisiaj zadziwiająco dobrze. Nawet lepiej niż dobrze. Bardzo komfortowo, przyjemnie, wesoło, z radością i poczuciem energii… Chyba „prochy” zaczynają działać… 🙂 No i solidna porcja jedzenia przed treningiem, hihihi … trzeba było spożytkować energię:) I… zdecydowanie wiosenna pogoda:):):)

A skąd się bierze energia… oraz jej brak?

Ano stąd, że zrobiłam badania. Badania duuuuuże na zalecenie dietetyka (TSH, ft3, ft4, glukoza na czczo, insulina na czczo, fostfataza zasadowa, morfologia, lipidogram – cholesterol, HDL, LDL, TG, ferrytyna, badania moczu, witamina B12, witamina D3). Z pozoru wyszły całkiem w normie, niektóre wartości bliżej dna, ale zasadniczo w ramkach. No oprócz witaminy D3… ta jest w opłakanym stanie, ale już z tym walczę. Zapomniałam w pierwszym rzucie o ferrytynie, dorobiłam i jak dla mnie… dolna, ale norma. Natomiast Marcin Ostaszewski (Life Balance – Marcin Ostaszewski) – dietetyk miał nieco inne zdanie na temat moich badań. Anemia! Taka była Jego diagnoza. Powiedział, że dla osób uprawiających sport dolna norma to minimum 60 (wg badań laboratoryjnych – 10), a u mnie było poniżej 18. No to dostałam flaszeczkę z żelazem i popijam kieliszeczek dwa razy dziennie. Nawet Agnieszka (moja Pani Trener Biegowa) jak zobaczyła tę ferrytynę, to stwierdziła, że … „wiem, dlaczego było Ci tak ciężko biegać”. Mój organizm nie miał energii, siły, nie miał mocy. Baterie jeszcze ciągnęły funkcje życiowe, ale większe zasoby były wyczerpane. A mnie było naprawdę źle. I proste treningi wychodziły mi słabo… tylko ja myślałam, że to moje nie wytrenowanie, powrót po kontuzji, moja przerwa. Szukałam winy w sobie, takiej winy w motywacji, w leniu, w „niewybieganiu”. Nie pomyślałam, że problem tkwi znacznie głębiej, że problem płynie sobie w mojej krwi. Ja i anemia? Przecież anemia kojarzy się z wychudzonymi i bladymi postaciami, które słaniają się na nogach, a ja? Może nie miałam wiele energii, ale w gruncie rzeczy żyłam nadal aktywnie:) A anemia musiała się zagościć we mnie sporo wcześniej… sport to jedno, duże utraty krwi podczas krwawień z nosa – kolejne, stres (a tego było w poprzednim roku bardzo dużo)… nazbierało się. Ale dla mnie najważniejsze jest to, ze zdecydowałam się oddać w ręce fachowcy i działać:) Łapać energię na razie w tabletkach, aby móc potem generować ją w sobie.

W ogóle suplementację mam taką, że jak zobaczyłam rachunek to prawie płakałam, ale z drugiej strony… przecież to moje zdrowie, moje samopoczucie, moje życie. Omega 3, Wit D3, Wit K2, Cynk, Wit C, Żelazo, Probiotyk, Magnez… trochę się tego nazbierało. Dodatkowo coś okołotreningowego. Na śniadanie cała garść. Nie wiem, czy tydzień jest wyznacznikiem, ale trenowało mi się dzisiaj bardzo dobrze, bardzo bardzo dobrze. Dietę suplementacyjną i jedzeniową zaczęłam tydzień temu i podsumowując – jest smacznie, jest łatwo, jest szybko, jest duuuuużo… Pewnie i jedzenie ma wpływ na to moje samopoczucie treningowe. Czerpię energię z jedzenia, biegam lżej i szybciej i nie męczę się tak. Może kilka słów o diecie, która nie jest trudna. Po 1 woda. Pić jej muszę bardzo dużo, 2,5l w dzień bez treningu to norma, ale w dzień treningowy (a takich jest 5 na 7), wychodzi już 3,5l… czasami nawet nie jest jakoś mocno trudno, tylko do łazienki częściej biegam:) Dzisiaj np miałam szybką wizytę w CH Bemowo:) Śniadania pyszne – tak jak chciałam – owsianki, ale jest też omlet i pasta jajeczna. Jest chleb i dużo ryżu i kaszy jaglanej:) Mięso, jest… to żelazo i białko trzeba skądś brać. Białko, jego też podobno jadłam za mało, więc się dobiałczam:) Dania są proste i w zasadzie nie kłopotliwe. A mnie to cieszy, bo przy pracy, lekcjach, treningach nie za dużo tego czasu na gotowanie pozostaje. Jest smacznie. Oczywiście, że ciągnie mnie do zjedzenia czegoś słodkiego… ale na razie się powstrzymuję, jakoś. Pierwszy tydzień za mną. Nie ma wielkiego spektakularnego spadku wagi (jest około 0,7 kg, czyli w sumie zdrowo i w normie), ale jest też kilka uwarunkowań, które mogły to zatrzymać. Zobaczymy za tydzień. Jest też coś innego. Ja się czuję lepiej. Wzdęć brak. Spodnie jakby jakoś luźniejsze się robią, a biegowe ubrania już tak nie cisną… I motywacja do pracy jest! A to jest najważniejsze:) Najlepsze! Idę dalej:) Pewnie, że z lekką obawą, bo niedługo wyjeżdżam i dwa dni będę jeść lokalnie i chciałoby się spróbować wiele rzeczy, ale zobaczymy. Churros z czekoladą na tłusty czwartek muszą być:) a do tego Paella, najlepiej z owocami morza:) Ziemniaki… i wino… samo zło, ale nie na długo, tylko na chwilę:)

[środa, 20.02.2019]…

Aż wstyd nie napisać… Tu też był dobry trening. Dla mnie trudny, bo szybki, ale dałam radę, nawet trochę lepiej dałam radę. Testowałam bieżnię przy basenie na Lindego i powiem szczerze, że dla takich „200” i „400”, które robiłam, było całkiem fajnie. Dodam, że biegałam sama:) Trochę strasznie, bo nieco tam ciemno, ale udało się zrobić dobry trening w tempach:) Brawo ja!

[czwartek, 21.02.2019] …

Chwalić się może treningami nie będę, ale mamy dzisiaj 4 z 5 zaliczony. Dzisiaj bardziej siłowo i brzuszkowo – wykrokowo – przysiadowo, ale tak miało być. Opanowuję piłkę, klęk na niej + różne takie równoważnie:) I widzę progres:):):) Mięśnie wewnętrzne temat zaczynają ogarniać:) Jupiiiii!!! Podczas nieobecności mojego Pana Trenera Olka zwiedziłam 3 siłownie (McFit Świętokrzyska, gdzie bywam zwykle, Zdrofit Dworzec Gdański i Calypso Bielany). Zdecydowanie mój nr 1 to Zdrofit:) Sprzęty bardzo ok. Nigdy nie ma tłumu takiego, że nie ma wolnej bieżni (czy to na rozgrzewkę, czy na cały trening), to co jest mi potrzebne na ćwiczenia nóg, również się znajdzie… są piłki i lustra, więc mogę kontrolować postawę i poprawić spływający makijaż (hihihi):) Klima działa, ale nie za mocno. Mój nr 1, szkoda tylko, że nie można wejść tam ze swoim trenerem…

W ogóle w ostatnim czasie spodobało mi się ćwiczenie na siłowni. Nigdy nie byłam fanką mechaniki, ale jednak coś tu te sprzęty generują, zmuszają do konkretnego ruchu, czasami ułatwiają, wymuszając konkretną postawę, czy ułożenie. Nawet zaczęłam niektóre treningi robić na bieżni i okazało się, że całkiem znośnie mi wychodzą, ale… nie mogę zamykać się pomieszczeniu. W tym tygodniu, korzystając z pogody… zdecydowanie wybrałam się w plener:) I powtórzę to kolejny raz… jest mi dobrze:) Bardzo dobrze. Mam siłę do biegania, ćwiczenia, do życia. Jedzenie odpowiednio dobrane powoduje, że organizm szybciej się regeneruje … a wstaję rano i nie mam poczucia wiecznego zmęczenia, niewyspania, niechęci do życia. Mogę zrobić trening wieczorem, zjeść i… wstać rano, jakby nic się nie wydarzyło. Podziękowania należą się Marcinowi, ale w tej sprawie się do Niego zwróciłam, aby pomógł mi to uporządkować i bardzo mnie to cieszy, że się udało:) Bywam nieco głodna, najczęściej w pracy, bo duże posiłki mam w drugiej części dnia, dopasowane do treningów. Plus tej sytuacji, takiego podziału – nie mam siły podjadać i po pracy nie ciągnie mnie do tego, bo jestem najzwyczajniej w świecie najedzona. Kaloryczność jest spora – 1700 kalorii około w dzień nie treningowy i 2000 w treningowy. Ale daję radę:) I wiecie co… w weekend na obiad mam krewetki z ryżem curry. Pycha! Da się? Pewnie, że się da!

Sporty sportami… ale trzeba przejść do deseru:)

Wisienką, o której wspomniałam na początku jest Spotkanie Podróżniczo – Kulinarne, które miało swój debiut w ostatnią sobotę – 16.02.2019 w MAL Samogłoska. Temat – Bajkał. Podróż życia moja i Magdy, lipiec 2017r.

Pomysł spotkania zrodził się dawno temu, ale jakoś nie było pomysłów na realizację. Natomiast przed końcem roku, dostałam informację, że Samogłoska jest otwarta na wszelakie tego typu inwencje twórcze, a że możliwości wypiekowa mają, to … nie mogłam przejść obok takiej okazji:) Pomyślałam nie tylko o slajdach z podróży, ale również o poczęstowaniu Gości czymś lokalnym, padło na pirozhki z ziemniakami i pirozhki z jajkami. Podobno wyszły niezłe, choć ja sama nie zjadłam ani jednego… (dieta):)

Spotkanie musiało być opóźnione ze względu na żałobę narodową. Zaczęliśmy o 18:00, blok pierwszy to były opcje dojazdu + Moskwa + Kolej Transsyberyjska. Przerwa – lepienie pirozhkov z przygotowanego wcześniej drożdżowego ciasta i nadziewanie ich ziemniaczanym farszem (ziemniaki + cebula + sól + pieprz):) Blok drugi – Irkuck + Krugobajkalka + Arszan i Góry Sajańskie. Przerwa herbaciana – Sagan Dali (Sachandali, Różanecznik Adamsa) na pobudzenie + konsumpcja pirozhkov. Blok trzeci – Olchon – wyspa pełna magii … A na koniec pirozhki z jajkiem.


Zainteresowanie spotkaniem przekroczyło moje oczekiwania. Było nas/Was w porywach około 50 osób. Znajomi i nieznajomi. Zainteresowani zdjęciami/wypiekami/podróżą. Zadawaliście pytania – cudownie, to znaczy że nawiązał się dialog, a to potwierdza, że to o czym mówiłyśmy trafiło gdzieś:) Trafiło do Was! Dziękowaliście, to znaczy że się podobało. Dla nas był to debiut. Przed samym spotkaniem troszkę bardziej napięta atmosfera, ale generalnie luz. Przygotowałyśmy kilka „faktów”, a cała reszta to życie, nasze życie, nasza podróż i nasze przygody.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziliśmy… 🙂

Nie zdążyłyśmy opowiedzieć wszystkiego…

A mimo tego… było fantastycznie. Nowy rozdział w moim życiu. Mam zamiar powtórzyć takie spotkanie, mam nawet kolejny plan – Portugalia (Porto i Lizbona) + wypiek Pasteis de Warszawa! … a potem jeszcze Petersburg i okolice 🙂 A potem… na pewno coś się znajdzie, na pewno coś się przeżyje nowego, na pewno będzie o czym opowiadać:)

A tymczasem…

Odliczam dni do wylotu do Barcelony … jeszcze tylko 5:)

Zapisałam się na Półmaraton Warszawski:)

Już myślę o sobotnim wybieganiu, hihihihi…

I mam w planie wycieczkę wieczorną po Warszawie z aparatem… i bardzo chcę wjechać na taras widokowy Pałacu Kultury… czy ktoś ma ochotę wybrać się ze mną?

A jutro… będzie nowy piękny dzień. Może wydarzy się coś wyjątkowego:)