Wróciłam tylko na jeden dzień.

Nawet nie na całą dobę.

Na początku planowania nawet nie było na to pomysłu, ale w międzyczasie pojawił się tani bilet do Bergamo. A o Bergamo dużo dobrego słyszałam. Nie zastanawiałam się dłużej niż 5 minut:)

Dzień 9  – Mediolan

Przyleciałam do Bergamo około godziny 8:00. Bilet do Mediolanu kupiłam wcześniej przez stronę Goeuro. Koszt 5 eur, czas dojazdu około 1,5h (tak mi się wydaje):)

Mediolan to duże miasto. Miasto firm, biurowców, miasto sklepów… miejsce gdzie turyści są tylko dokładką, dodatkiem. Miasto żyje swoim rytmem, turysta dopasowuje się do Mediolanu a nie Mediolan do turysty.

Z dworca do centrum, tego turystycznego centrum jest około 1,5/2 km. Droga nie jest trudna, w zasadzie to „prosto”:)

Po drodze wchodzi się w świat mody i najlepszych światowych marek, w których… dla mnie jakby wszystko jest nijakie. Ale to ja się nie znam na modzie:) I w zasadzie wcale mi to nie przeszkadza:)

Na końcu prostej drogi nieco w lewo i jest… Piazza del Duomo z gotycką katedrą, która wywiera niesamowite wrażenie. Nie zdecydowałam się wejść do środka, bo słyszałam, że i tak ładniej wygląda z zewnątrz niż wewnątrz. Poza tym kolejka była ogromna. I cena chyba wyższa niż 10 eur, nie wiem, czy nie bliżej 15/20…

Obeszłam wokół, zrobiłam kilka zdjęć.

 

Powędrowałam tam, gdzie niosły nogi. Na Mediolan nie miałam zupełnie planu. Szłam przed siebie.

I trafiłam do zamku Castello Sforzesco, przeszłam przez dziedziniec do Parku Sempione i dotarłam do Porta Sempione.

Po warszawskich 4 stopniach, ulewie i wietrze (połamałam tego dnia dość mocną parasolkę) mediolański upał sprzyjał spacerom po parku (było około 27 stopni, w słońcu pewnie więcej):)

Więc szłam, cieszyłam się zielenią, nowym miejscem, ciepłem…

Tak chodziłam i chodziłam, że zgłodniałam, a jak wszyscy wiedzą… Włochy to bardzo pyszny kraj. Najpyszniejszy:) Przed wylotem skonsultowałam ze znajomymi, gdzie wpaść i co zjeść. Tzn. „co” to było wiadomo – pizza:) Ale gdzie:)

Polecenia dostałam dwa. Pierwsze miejsce mnie bardzo zaskoczyło…kolejką:) Nawet był tam Pan „kolejkowy”, który rozdzielał głodomorów do konkretnych kas:)

Panzerotti Luini – bardzo blisko Piazza del Duomo. W małej uliczce. Warto poczekać chwilę w kolejce (bardzo szybko idzie), bo słodkie i słone wypieki są rewelacyjne (P.S. Dzięki Magda za polecenie):)

Same pyszności!

A później wpadłam jeszcze do pizzerii – Spontini (sieciówka, ma kilka lokali w Mediolanie i nie tylko tam).

Kawał pizzy z dodatkiem „na życzenie”. Da się najeść, cenowo bardzo przystępnie i co najważniejsze… świeżo i smacznie:)

Jeśli ktoś z Was będzie w Mediolanie, z czystym sumieniem polecam oba miejsca (szczególnie, że są chyba 30 metrów od siebie, no może 80…:))

A deser … z wypiekami. Na twarzy, bo i słońce trochę przypiekło i emocje smakowe przyspieszyły w żyłach płynącą krew:)

Mediolan mnie nie zachwycił.

Nie widziałam Ostatniej Wieczerzy, bo nie trafiłam jakoś tam, choć złaziłam miasto intensywnie (przeszłam około 30 km):)

Przeszłam wzdłuż i wszerz najsłynniejszy pasaż handlowy (obok Katedry) – Galeria Vittorio Emanuele II… i nic dla siebie nie znalazłam. Ech… te światowe marki:) Ale przynajmniej pobawiłam się selfiestickiem:)

Sama galeria jest ciekawa architektonicznie a szklany dach dodaje kilka punktów do atrakcyjności, co powoduje, że przechadza się tamtędy cała masa turystów, jakby sama galeria była zabytkiem na równi z katedrą:)

Odwiedziłam China Town, obeszłam również te mniejsze miejskie uliczki.Zajrzałam do kliku Kościołów.

Wypiłam na krawężniku ekspresowe wino i poszłam spać, nie dość, że pół poprzedniej nocy nie spałam, to na dodatek czekało na mnie Bergamo a bardzo bardzo chciałam tam już być 🙂 więc zasnąć chciałam jak najszybciej.

🙂

Nocowałam w Hostelu – New Generation Hostel Urban Brera

Całkiem w porządku miejsce. Na trasie Dworzec Główny – Piazza del Duomo. Pokój 4 osobowy z łazienką tylko na ten pokój. Miałam 2 towarzyszy noclegu, ale nie zdążyłam ich poznać. Zanim przyszli, ja byłam już w myślami w Bergamo, a ciałem jeszcze w Mediolanie, a jak wstałam, to już ich nie było.

Dzień 10 – Bergamo

Pociąg z Mediolanu do Bergamo jedzie około godziny.

Bergamo jest zupełnie innym światem (w porównaniu do Mediolanu). W Bergamo mogłabym żyć. Miasto podzielone jest na dolne i górne, przy czym górne jest zdecydowanie klimatyczne, zabytkowe. Dolne jest miastem pracy, życia, sklepów, ale również pięknej architektury, przyjemnych miejsc i smacznych kawiarnio-piekarni.

Po odwiedzeniu Biura turystycznego i zdobyciu mapy miasta udałam się na zasłużoną kawę… i ciastko:) Włoskie śniadanko – tak, za to lubię Włochy. Za kawę, za luz, za to, że im się nie spieszy:) I za to, że jest tam u nich pysznie, przepysznie:)

I za to, że jest tam ładnie i na dole…

I na górze:)

Ale zanim podrzucę zdjęcia z Citta Alta, wypadałoby trochę napisać:)

Do Citta Alta można wejść, ale można też wjechać Funiculare i to chyba jest jedną z atrakcji. Nie wiem, jak jest tam w sezonie, ale w październiku było ciepło i zdecydowanie nie tłumnie. Kolejki do Funiculare w zasadzie nie było, a bilet kosztował 1,3 eur, choć zdecydowanie opłaca się kupić bilet dobowy, który obowiązuje na autobusy i Funiculare x2 (bo w Citta Alta jest jeszcze jeden).

Wjazd trwa kilka minut, a klimat na górze jest niesamowity.

Stare miasto ma swój urok, mnie ono zachwyca. Zapiera dech w  piersiach. Uwielbiam je! Zdecydowanie! Po Mediolanie skradło moje serce, mogłabym tam zostać na zawsze, spacerować po uliczkach i marzyć… Cieszyć się życiem i czuć ten klimat włoski. Smakować ten kraj i wdychać włoską mentalność. We Włoszech byłam już 4 raz i wiem, że to jeszcze nie koniec (muszę zobaczyć jeszcze Portofino… a może i Positano):)

Citta Alta to kamienice, sklepiki, restauracyjki i place. To Koscioły, wieże i zamek, do którego trzeba dostać się kolejnym Funiculare, ale aby do niego dotrzeć, trzeba przejść całe górne miasto i cieszyć się widokami i magią uliczek.

Z Castello di San Vigilio widoki są niesamowite:)

Ale wracając do Citta Alta… miejsce zachwyca. Niezależnie do jakiej uliczki się wejdzie i jaką wyjdzie – jest przepięknie:)

A jeszcze piękniej, jak uda się wejść na górę i oglądać te cuda z wysokości (ja tak uwielbiam, niesamowite są dla mnie dachy miast… uwielbiam patrzeć na miasta z góry, ogarniać ich ogrom, moc i siłę). Dlatego też będąc w starej części Bergamo wjechałam (ku memu niezadowoleniu, poza sezonem, nie można wchodzić schodami… tylko winda). Trudno. Wjechałam na wieżę Muzeum Historycznego (warto było zapłacić 5 eur za te widoki).

P. S. Płakać mi się chciało ze szczęścia:)

Mnie to rusza. Zdecydowanie. Tęsknię:)

Po wędrówce, jak to bywa, człowiek robi się głodny a takiego pizzowego raju to dawno nigdzie nie widziałam:)

il Fornaio na Via Colleoni, co tu dużo pisać, zerknijcie sami!

Szybka pizza i wino – chyba nie znalazłam tam lepszego miejsca:)

No i potem deser, kawa i … Polentina (podobno tradycyjne ciastko z Bergamo). Znalazłam w rozmiarze mini i całe szczęście, bo mimo tego, że wypieki ogarniam z łatwością, to to było słodkie do granic wytrzymałości. Spróbowałam, ale nie specjalnie polecam…

🙂

Mogłabym tak chodzić po Bergamo i chodzić i jest bardzo duża szansa, że znudziłoby mi się dopiero po kilku dniach:)

Nocowałam w dolnym mieście. W zasadzie całkiem niedaleko – Via Mazzini, w Let’s Guest Academy.

Pokój w mieszkaniu chyba 3 pokojowym. W dość klimatycznej kamienicy. Fajne miejsce, przyzwoita cena. Czysto, świeżo, całkiem normalnie:) Domowo.

Nie nacieszyłam się długo owym miejscem, bo kolejnego dnia czekał na mnie Flixbus o godzinie 9, aby dowieźć mnie do Werony. Werona w ogóle nie była w planie, ale po przylocie z Portugalii do Warszawy i po spotkaniu z Dżastą (moją mentorką podróżniczą) wymyśliłyśmy „coś” co jest całkiem blisko Bergamo. Werona może nie leży od Bergamo 50 km, ale 120 i jedzie się tam 2h (na szczęście częściowo autostradą), ale zdecydowanie warto tam zajechać:)

Dzień 11 – Werona

Werona – miasto zakochanych. Ech… może i mnie to zakochanie dotknęło, a magia miasta podziałała na mnie na swój sposób. Zakochana w mieście wyjechałam na pewno, ale kto wie co tam w tym sercu i głowie się dzieje…:)

Pierwsze kroki skierowałam do domu Julii, w końcu Werona to Romeo i Julia. Miłość aż do śmierci:) A pod balkonem Julii tłum:) W zasadzie tego też się spodziewałam. Tłum … i co chwilę nowa „Julia” na balkonie:)

Z danym miejscem krąży wiele legend. Zapisane imiona par na ścianie wróżą miłość nieustającą, dla singli – potarcie prawej piersi posągu Julii wróży odnalezienie swojej miłości:)

Listu nie pisałam, ale pierś pomacałam, a jakże:) Obejrzałam liściki, kłódeczki, napisy… poszłam dalej odkrywać miasto, przepełniona nowymi nadziejami 😉

Werona ma zdecydowanie magię. I czy wierzysz w legendę Julii, czy nie… Miłość krąży tam w  powietrzu:) A przy okazji jest pięknie, włosko. Znowu małe uliczki, okiennice, balkony… Chodziłam, gubiłam się, odnajdowałam… ciężko mi było oddychać z zachwytu:) Bardzo mi się Werona spodobała, bardzo!

I rzeka… uwielbiam miasta z rzekami, bo często nad rzeką są piękne miejsca, są widowiskowe mosty, są bulwary, są restauracje. Tu może nie było specjalnie „jedzeniowo”, ale było ładnie – nawet nie spodziewałam się, że będzie inaczej. Przeszłam na drugą stronę i piałam z zachwytu:) Wdrapałam się na kolejną górę, aby podziwiać miasto z wysoka i nie pomyliłam się, to była jedna z lepszych decyzji w danym mieście. Widok taki, że można byłoby stać i chłonąć miasto, cieszyć się nim, zachwycać…

🙂

Z atrakcji, które należy zobaczyć w Weronie, czyli: Dom Julii, Rzymski teatr w Weronie, najsłynniejszą ulicę Via Mazzini, Piazza Delle Erbe, Klub Julii, Spacer brzegiem Adygi, Most Scaligero i Castello… zobaczyłam wszystko:)

🙂

A przy okazji jeszcze więcej.

To był strzał w „dziesiątkę”. Werona sama mnie zainspirowała, przywołała, by ją odwiedzić, a przy okazji może dała mi jakiś znak? 😉 Bardzo dziwne rzeczy się tam działy :):):) Ze mną. Wokół mnie 🙂

A do tego było smacznie, ale w to akurat nie wątpiłam ani trochę:)

 

No i przywiozłam najpiękniejszy talerzyk (magnes) z całego urlopu.

Wróciłam zdecydowanie naładowana dobrą energią!

Wróciłam pełna radości, spełnienia, bardzo dobrych emocji:)

Przełamałam w sobie kolejną barierę… podróżowania niekoniecznie idąc na łatwiznę, a sercem, czyli wybierając to co chcę, a nie to co podpowiada łatwość wyboru… Im trudniejsza droga, większa kombinacja, tym zadowolenie zdecydowanie silniejsze. Wybierać sercem – nie patrzeć na to ile dodatkowych kilometrów będę musiała pokonać i ile osób zapytać o właściwą drogę. Dotarcie do wyznaczonego celu da mi niesamowitą satysfakcję. Tego doświadczyłam podczas tego urlopu. Im wyżej się wdrapałam, tym widoki były bardziej oszałamiające:)

Lubię doszukiwać się znaków… (tak, może mam za dużo czasu, albo za dużo myślę), ale może coś w tym jest.

… a znaków podczas tych dwóch tygodni było wiele…

Ostatnia noc spędzona na lotnisku w Bergamo była dość przerażająca – 9h na podłodze, ale byłam na to przygotowana:)

Wyjechałam z Werony po 19, przed 21 byłam już w Bergamo na hali wylotów, którą zamknięto o 23… do 4 rano udało się zdrzemnąć z regularnymi co godzinę pobudkami na zmianę pozycji… Po 6 przeszłam „na drugą stronę”… Czytałam, piłam kawę, żegnałam się powoli z Włoską przygodą.

Serce i duszę miałam napełnioną niesamowitą energią:)

Byłam zmęczona, ale dawno nie byłam TAK szczęśliwa. To dzięki miejscom i ludziom, których spotkałam.

Dziękuję za wszystko, co wydarzyło się w tym czasie.

Coś jakby życie mi się odmieniło…

Może to ten Nowy Początek z Cabo da Roca:)

Hej przygodo!

 

P.S. W lutym wylatuję do Paryża. Coś czuję, ze natchnie mnie on nową energią i nowymi smakami… Doczekać się nie mogę:)