Jedna notka na miesiąc… nie jest źle, ale nie powiedziałabym, aby było jakoś nadzwyczajnie świetnie:) Staram się… mam nadzieję, że mimo wszystko doceniacie:)

Wróciłam do biegania na dobre… Choć nie powiedziałabym, aby było idealnie.

Bo przecież jak nie z jednej strony, to z drugiej coś musi być nie tak:)

Treningi pisze mi Agnieszka z obozybiegowe.pl i to się nie zmienia od jakiegoś czasu, widujemy się na zajęciach stability&mobility na sali w poniedziałki, więc zawsze mogę zadać jakieś pytanie, poradzić się, pożalić… od grudnia chodzę też na siłownie do Olka (męża Agi) i ćwiczymy moją siłę i wytrzymałość… Całkiem mi się to podoba:) Walczę o swoje zdrowie i swoje ciało:) No i tu też nieco się zmienia… P.S. Trochę mi luźniej w szmatkach biegowych, choć spektakularnego spadku wagi nie ma… ale Marcin (dietetyk) mówi, że ważniejsza jest zdrowa głowa i zdrowa dieta, waga przyjdzie sama. A ja mu wierzę… 🙂 I mimo tego, że chciałoby się już, to jednak muszę poćwiczyć swoją cierpliwość, czy też jej brak:)

Bieganie…

Przed White Nights Marathon przydałoby się zrobić kilka biegów kontrolnych, tylko z tymi kontrolami nie bardzo mi idzie ostatnio:) Jak to mówią, jak nie urok, to … przemarsz wojsk… Jak już podniosłam poziom żelaza, jem szpinak (tak tak wiem… w tym szpinaku wcale nie ma aż tyle żelaza)… w każdym razie trenuję solidnie, to… boli mnie piszczel. Nie jest to shin splints, bo zbadała to Ola z Rehability… Próbujemy wymacać co to takiego jest i zniszczyć to w zarodku, póki nie wyłączyło mnie całkiem z trenowania. Na razie psuje mi nastrój i nie pozwala przebiec w spokoju półmaratonu, ale o nim chwilę później.

Po drodze bowiem był jeszcze jeden bieg. Był taki kawał czasu temu, że prawie zapomniałam, że był. A bieg to szczególny, bo nasz – bielański, nasz – kobiecy… Kobieta na piątkę. Edycja trzecia. Biegłam w pierwszej i trzeciej, w drugiej edycji tylko kibicowałam po skontuzjowaniu się na Ultraśledziu:)

5 kilometrów po ścieżkach leśno-szutrowych. Ze średnim czasem na km – 5,33 (dla mnie wow). Biegłam mocno (dla mnie mocno, choć zawsze będą to subiektywne odczucia). Dawno nie biegałam w takim tempie. A jeszcze w grudniu… płakałam biegając po lesie w tempie emeryckim, zbliżonym do 7,30:) Przyspieszyłam, to fakt! Czuję się lepiej, zdecydowanie! Mogę powalczyć o 4h na maratonie – pewnie, że mogę. Tylko ta noga, muszę ją wyleczyć:) A potem rzucam asfalt, przesiadam się na rower i będę rowerować do utraty sił.

Bieg Kobiet był jak zawsze kolorowy, piękny, radosny. A my… wiosenne.

Organizacja może trochę zawiodła, ponieważ w biurze zawodów było za mało osób obsługujących, ale to drobnostka. Bieg zaczął się chwilkę później, ale w zasadzie nikomu to nie zawadziło, nie było awantur i przepychanek. W końcu to miłe święto:) A lekki poślizg nie powoduje załamania się świata.

Dzięki Sylwester Korzeniewski za super zdjęcia!

Emocje po biegu kobiet opadły, ale nadzieje pozostały. Jeszcze nie dawno płakałam… teraz przyspieszyłam i czułam się całkiem nieźle. Bardzo mnie to tempo podbudowało. Nie umarłam, a wręcz przeciwnie, chciałam więcej! Zdecydowanie więcej… no i szybciej. Tylko z tą szybkością nie jest tak prosto… muszę o tym przekonać swoją głowę. Ciało da radę, głowa… też da, ale muszę i ją potrenować:)

No i trenuję… od początku marca z 2 tygodniami przerwy na rekonwalescencję:) Odezwał się ból piszczela, o którym wspominałam wcześniej. Niby nie ma tragedii, ale nie jest też dobrze. Coś boli … nie mocno, ale jednak. No i … oby nie przerodziło się w coś bardziej poważnego.

Trochę odpoczęłam i stoczyłam ze sobą walkę o to, czy biec Półmaraton Warszawski… do tej pory w treningach po 12-15… po 2 tygodniach przerwy… No i wydarzyło się to, czego można było się spodziewać… głowa nie chciała biec. Ale nie od początku. Na początku było całkiem fajnie!

Odebrałam pakiet. Ruszyłam na trasę w dobrym nastroju i z muzyką Zveri w uszach. Miałam kilka strategii – pierwsza – „boli noga, schodzę na 5 kilometrze”, druga – „boli noga, schodzę na 12 kilometrze”, trzecia – „no jak już dałam radę do 12 dobiec, to chyba zostało z górki”. No i dotarłam do piątego, potem dwunastego aż do piętnastego (około) i tu pojawił się kłopot… odechciało mi się:) Nogi były już zmęczone, ale to nie one zawiniły. Zawiniła głowa. Najzwyczajniej w świecie gotowa byłam fizycznie na 15 kilometrów a potem głowa moja powiedziała, żebym się „bujała z tym półmaratonem”. No i się umęczyłam. Odpuściłam, ale dotarłam do mety.

A na Mecie… lubię ten luz, że to już i dalej nie muszę. Nic nie muszę:)

Sam bieg zmęczył mnie bardzo… Patrząc z perspektywy, że nie miałam biec… to i tak osiągnęłam sukces! Przez ostatnie 6 kilometrów był to raczej marszobieg. Trochę marszu, trochę biegu. Na luzie, na wkurwie, na rezygnacji. Już mi się nie spieszyło:) Cel – Medal:) No i mam! Pierwszy w tym sezonie. Mój:) Wywalczony.

Nie było łatwo, choć sama trasa nie była trudna. Żadnych znaczących podbiegów, raczej delikatne wzniesienia. Jednak byłam gotowa fizycznie i psychicznie na 15 kilometrów, nie więcej. No i te 15 zrobiłam dobrze. A resztę „dokręciłam”. Najważniejsze, że dotarłam do mety i nie zrobiłam sobie krzywdy. No, nie licząc tego, ze generalnie boli mnie dalej noga, ale nie mogę powiedzieć, że mocniej. No boli, trochę boli… Na razie biegam, hmmmm… próbuję, bo w tym tygodniu dostałam raczej lekkie treningi.

Jakie kolejne starty?

Miał być 14 kwietnia – Jesionowa Cross na Suwalszczyźnie, ale … lecę do Moskwy pracować:) Choć do tej pracy dołączyłam kawałeczek rozrywki i wspomnień… Spektakl w Teatrze na Tagance (jeden z naszych ulubionych z czasów studenckich).

Kolejny… Półmaraton Białystok, ale coś czuję, że to też nie będzie jakiś konkret kontrolny…

A na początku czerwca – 10 km w Kownie. Razem z wycieczką…

Zostało 83 dni do Maratonu. Agnieszka mówi, ze to dużo. Ja się boję, bo dziś już było bardzo ciepło jak biegaliśmy w lesie… Jak to będzie, co to będzie? 🙂

Będzie… jak ma być!

W kwietniu lecę w świat x2! Prawdopodobnie bez biegania, ale na pewno znajdę Wam jakiś wypiek, którym się pochwalę:)

A tymczasem łapcie kilka słodkości z ostatniego czasu:)