Zacznę od przyjemności, choć w zasadzie cały wpis powinien być przyjemny:)

Barcelona!

Dawno wyczekana, wymarzona, chciana… doczekała się realizacji! Dotarcie do Barcelony nie jest trudne i najwygodniej, oczywiście, polecieć samolotem. A tanie linie lotnicze dają sporo możliwości i niezłe ceny. Fakt nowa polityka bagażowa nadaje sporo ograniczeń, ale zapewniam… mały plecak wystarcza na dwa dni:) Tylko na wejście do samolotu trzeba dłużej poczekać, bo większość pasażerów ma wykupioną usługę Wizz Priority… „szybsze” wejście na pokład 🙂 (jeśli mówimy o Wizzair). Co w sumie jest dość zabawne, ludzie płacą za priorytet, a w zasadzie 80-90% Samolotu to priorytety…:) Czyli tak jak w Poczcie Polskiej, kupujesz priorytet, a dociera jak zwykły… Tylko tu możesz wnieść większy bagaż podręczny:) A nawet dwa:)

Lot trwa około 2,5h i w tym czasie możesz spać, czytać, kupić coś na pokładzie, zjeść kanapke (o ile masz), podłubać w nosie (tylko, żeby nikt nie widział, hahaha… żartuję):) Lot jak lot, dość szybko. Lotnisko w Barcelonie rozmiarów chyba przeciętnych, ani małe, ani wielkie. Wyjście i wejście przez rękaw bezpośrednio do terminala, co jest dość wygodne:) I zaskakujące. W niewielu państwach tanie linie lotnicze podłączane są do rękawów. Zwykle to ścieżki na płycie lotniska (najdłuższa to chyba ta w Budapeszcie) lub autobusy.

Z lotniska do Centrum Barcelony autobus A1, A2 (Aerobus) w cenie 5,9 eur w jedną stronę i chyba 11 w obie. Szybko i sprawnie. My mieszkaliśmy w okolicy ulicy Urgell (ja dokładnie na tej ulicy) i Aerobus zatrzymywał się właśnie tam (przystanki ma 3 – Plac Hiszpański, Urgell, Plan Kataloński). Czas dojazdu – max 30 minut. Bilety do kupienia w automacie przy przystanku przed terminalem lub u kierowcy.

Widok po przylocie… bezcenny:) Patrzysz i wiesz, że jesteś w dobrym miejscu:) Paaaaaalmy <3

Ciepło!

Koniec lutego, a w Barcelonie w dzień 21 stopni, na słońcu pewnie ze 30!!! Aż się prosi o krótki rękaw, szorty i trampki:)

Pierwszy wieczór i kolacja… to obowiązkowo TAPAS! Gemma, u której mieszkałam z mamą, poleciła nam Lizarran, na tej samej ulicy Urgell. To był zdecydowanie dobry wybór. Tapas, wino, patatas bravas, pysznie:)

A potem spacer po okolicy. Krótki, bo późno. Ale tak było przyjemnie ciepło, że nie chciało się wracać. A czym zaskoczyła mnie Hiszpania? Tym, że na ulicach wystawia się sporo śmieci, albo rzeczy, których się ludzie pozbywają. Można tam znaleźć perełki, jak ta poniżej… aż się prosiło, aby zabrać je ze sobą do domu:)

Dzień pierwszy – 25km w nogach…

Wyszliśmy o 8:30… zjedliśmy śniadanie (ja wybrałam tortille de patatas ze szpinakiem – mniam):) A potem pieszo przez dzielnicę gotycką, pośród pięknych kamienic do TEJ naj – Casa Batilla… I rozczarowanie:( Cały budynek był zaciągnięty folią/tkaninami ochronnymi i był remontowany. Fakt, nie byliśmy w sezonie, ale niestety szczęścia nie mieliśmy do Casa Batilla. Musieliśmy obejść się smakiem i cieszyć oko widokiem innych kamienic. Nie tak spektakularnych, ale też ładnych.

W słoneczku, ciepełku dotarliśmy do pierwszego celu – Sagrada Familia…. w remoncie:) Ale tego się można było spodziewać. Planowane zakończenie zarówno budowy jak i wykończeń to 2026 – 2028 rok. A finanse nie są od Państwa ani Kościoła. Świątynia buduje się z zysku z biletów oraz z datków od sponsorów. Dlatego też nie było mi szkoda wydać 32 eur na bilet:) A opcji wejścia jest kilka – od najtańszej 17 eur, do kupienia tylko online i z wejściem po 14:00. Lub kilka wersji droższych do zakupu na miejscu (średnio około 8 eur więcej) lub online. Ten najtańszy bilet obejmuje wejście do środka i nic więcej. Te droższe – są z audio gidem no i w wersji full wypas – z wejściem na wieżę. Jak już szaleć, to szaleć:)

Sagrada Familia zdecydowanie robi wrażenie! Nie ma w środku i na zewnątrz powtarzających się elementów. Jest dopracowana, jest bogato zdobiona, jest oryginalna, taka jaką sobie zaplanował Gaudi. Myślę, że jest jedyna w swoim rodzaju i dla tej inności warto zobaczyć ją w środku, gdyż sklepienie robi wrażenie (co widać na zamieszczonych zdjęciach):) Skromny ołtarz przy wszystkich zdobieniach to perełka. Przyjemnie jest w środku, gdy słońce przebija się przez witraże. Ale równie pięknie jest na zewnątrz, gdzie każdy element jest w jakimś celu, opowiada swoją historię. Pasuje do całości.

Wejście na wieżę… czy warto? Hmmmmm… to jest trudne pytanie. Ja zdecydowałam się wjechać (bo nie da się wejść), ale widok nie powala. Barcelona była zaciągnięta mgłą od morza, a może smogiem… Nie było przejrzystości, nie było widać wody… Były budynki i dachy, a to lubię… uwielbiam. Podobają mi się miasta z góry, balkony, kominy, tarasy… dachy:) Zrobiłam kilka zdjęć i z tego jestem dumna, ale nie jestem w 100% pewna, czy było warto. Mam mieszane uczucia. Choć pewnie, gdybym miała wybierać jeszcze raz… zdecydowałabym się na to samo:) Tylko może o zachodzie słońca:)

Z Sagrady spacerem poszłyśmy w stronę Kolumba, gdzie umówiłyśmy się z Bratową i dziećmi. Idąc po ulicach Barcelony trafiłyśmy przypadkiem na Plac Kataloński oraz ulicę La Rambla, co przyspieszyło „odhaczenie” tych miejsc na mapie. Zdecydowanie lubię taki sposób zwiedzania „na czuja”. Idę jak czuję, jak mi się wydaje i zwykle gdzieś trafiam:) Gubię się, aby za chwilę odnaleźć:)

La Rambla nie ma jeszcze swojego uroku. Platany jeszcze bez liści, niby tłumnie i gwarnie, ale niezbyt ładnie. Myślę, że za miesiąc będzie tam zdecydowanie piękniej i wiosenniej, choć temperatury to będą już mocno letnie w porównaniu do nas:) W bocznych uliczkach restauracje, bary, place zabaw, place, parki. Niewiele z nich udało mi się zobaczyć, bo czas gonił, a tyle było jeszcze przed nami.

Po szybkim lunchu całą gromadką poszliśmy nad Morze. A dokładnie do Portu. Celem była kolejka linowa na Montjuic, ale okazało się, że stacja początkowa znajduje się w rejonie Barcelonety i mamy do niej niezły kawałek. Przez port nie udało się do niej dotrzeć. Trochę mi żal, ale nie ma tego złego. Celem była … kawa:)

Wędrując po porcie wyszliśmy jakby trochę przypadkiem do Barcelonety, dawnej dzielnicy portowej, gdzie zdecydowanie widać, że ruch, gwar i sam wygląd jest inny niż okolic La Rambli. Choć sama Barceloneta ani na krok nie ustępuje atrakcyjności, a nawet ma zdecydowaną przewagę nad Centrum miasta… plażę, morze i piękne widoki:) Kawa nad morzem w środku zimy… bajka:)

To chyba jedno z miejsc, które dla mnie miało najlepszy klimat. Mogłabym wędrować po dzielnicy cały dzień i gdybym tylko miała więcej czasu… na pewno bym to zrobiła. Szare kamienice, ale jednak z gwarnymi restauracjami. Plaża i szklane wieżowce w oddali. Złoty piasek i szum fal. Życie, zdecydowanie widać je i słychać. Mimo sporej ilości turystów, jakoś tutaj mocno widać też lokalsów. Jak dla mnie – najbardziej klimatyczne miejsce w Barcelonie.

No… i udało się złowić kilka studzienek do mojego pamiątkowego kolażu:)

Barceloneta była też miejscem odpoczynku i tam postanowiliśmy zjeść kolację. A co można zjeść na kolację w Hiszpanii? Paella! I to na dodatek z owocami morza:) Pycha!

A po kolacji… wędrówka do tymczasowego „domu”. Kolejne kilometry, spacer powrotny La Ramblą i … przerywnik na kolejny specjał hiszpański… churros. Tak, to jeszcze nie był tłusty czwartek, ale za to zorganizowaliśmy tłustą środę… i było pysznie:) Słoooooooodko. Ale jak inaczej, czekolada miałaby być nie słodka? 🙂

A na dobicie się po churros… zakupy w sklepie – wino Cava + jamon i chorizo:)

Słyszałam, że wielu nie smakuje kuchnia huszpańska, a dla mnie jest bardzo w porządku. Paella – uwielbiam. Tak samo tortilla de patatas – jestem ziemniaczanym dzieckiem:) Nie jadłam chyba w Barcelonie nic złego, niesmacznego. A dzięki sporej drużynie… udało nam się spróbować chyba wszystkich charakterystycznych dań Hiszpanii.

Sen przyszedł szybko i nie zorientowałam się kiedy nastał dzień:)

Dzień 2 – kilometrów 15 i powrót do domu…

Dzień zaczęliśmy rano:) Jak zawsze… z racji tłustego czwartku nie zaczęliśmy go od kanapek na śniadanie lub innych hiszpańskich wypieków. Zaczęliśmy go od churros z kremem… zamiast pączków:)

No i muszę przyznać, że… przepadłam, bo były przepyszne:) Świeże, delikatne, obłędnie wspaniałe:) Z kremem budyniowym i karmelowym:)

No ale jedzenie jedzeniem… trzeba było wykorzystać dobrze czas. Ponownie nastąpił podział. Bratowa z chłopcami poszła do Oceanarium i byli zachwyceni. A ja z mamą na górę Montjuic. Bardzo mi na niej zależało, gdyż pojawiała się ona nie raz w powieściach Carlosa Ruiza Zafona. Bardzo chciałam tam być:)

Ale najpierw Plac Hiszpański. Centrum handlowe po dawnej arenie walk byków, dwie wieże z cegły, na wzór dzwonnicy św. Marka w Wenecji, fontanna zaprojektowana przez jednego z uczniów Gaudiego, cetrum wystawowo-konferencyjne i dumnie patrzący z góry budynek Muzeum Sztuki. Wszystko piękne… na wyciągnięcie ręki. Dostępne nawet dla tych z ograniczeniami ruchowymi, gdyż do Muzeum prowadzą… ruchome schody! (wow)

Wzgórze… lekko niepozorne, ale swoją ilość schodów trzeba przejść, gdyż na szczycie znajduje się Zamek Montjuic, który był moim celem… aby kolejny raz spojrzeć na miasto z góry:) Wstęp – 5 eur. Widoki… niesamowite. Nie wiem, czy nie bardziej mi się podobało niż na wieży Sagrada Familia. Tutaj czuć przestrzeń. Mimo tego, że upalne słońce i miasto dalej jakby za mgłą, to zdecydowanie widać jego ogrom i czuć coś niesamowitego. Piękno. Tego było mi trzeba:) Warto było wspiąć się na sam szczyt (tego dnia mój zegarek pokazał mi, że weszłam na 65 pięter):)


Nie zdążyłam zobaczyć Cmentarza Motjuic, ale … może kiedyś wrócę:)

Wycieczka na wzgórze zajęła nam prawie pół dnia, a czekała na nas jeszcze jedna kluczowa atrakcja – Park Guell, na który bardzo czekałam i którym bardzo się rozczarowałam. Dotarcie nie było trudne – Metro z La Rambla. A w parku strefa bezpłatna i płatna. W płatnej kolorowe budynki, ławki słynna jaszczurka Gaudiego… częściowo … w remoncie:( Nie zdecydowaliśmy się wejść do strefy płatnej (8,5 eur) gdyż to co chcielibyśmy zobaczyć, usiąść na magicznie kolorowych ławkach zachwycać się drobiazgami… większość z nich było niedostępnych. Zadowoliliśmy się parkiem z zewnątrz i poszliśmy na ostatnią hiszpańską ucztę:)

A uczta była dostojna… Kolejny raz ucieszyłam się, że jest nas więcej, ponieważ mogłam spróbować większej ilości dań… po trochu. I było zdecydowanie PYSZNIE!

Czas naglił…

Świadomość, że przecież tyle miejsc jeszcze zostało nie pomagała spieszyć się na lotnisko. W drodze do Parku Guell udało mi się zajrzeć na chwilkę na targ jedzeniowy, czyli to co lubię najbardziej:) La Boqueria. Fajne miejsce na spotkanie, jedzenie, zakupy. Kolorowo, czy bardzo tłumnie – chyba nie. Na pewno jest tam przepysznie, choć ja sama nie miałam czasu tam jeść… chociaż nie… jadłam oczami i zmysłami. Pięknie tam było:)

Powrót na lotnisko wspomnianym już Aerobusem i lot do domu…

Podsumowując … zbyt szybko. Zbyt szybko musiałam zwiedzać, zbyt szybko skończył się czas. Dwa dni na Barcelonę, to zdecydowanie zbyt mało. Tylu miejsc nie udało mi się odwiedzić, w wielu nie udało mi się spędzić chwili dłużej, do wielu nie dotarłam. Oczywiście, najważniejsze punkty miasta odwiedzone, ale pozostał we mnie niedosyt. I to nawet dość spory:) Ale kto wie… może wybiorę się jeszcze na szalony weekend w Barcelonie i zobaczę to, co tym razem się nie udało. I Park Guell może będzie w całej okazałości… i Casa Batilla:)

Mimo tego, czy warto było? Zdecydowanie TAK. Krótko, bardzo intensywnie, ale z ogromem wrażeń:) Było super. Inaczej niż gdy podróżuję sama, ale zdecydowanie ciekawie i sympatycznie.

Barcelona pozostanie na liście miejsc wartych obejrzenia, ale niestety nie znajdzie się w TOP 3:)

Ale miało być nie tylko o Barcelonie, ale również o lepszym życiu… a żyje mi się całkiem dobrze. Wypiłam całą butelkę żelaza i … wróciły mi siły do życia i sportu. Na początku nawet myślałam, że GPS w zegarku mi się zepsuł, tak dobrze mi było biegać. Wychodziłam i na rozgrzewce moje tempo było tak szybkie jak na szybszych odcinkach jeszcze chwilę temu… niesamowite uczucie, gdy biegniesz i wydaje Ci się „za wolno”… przyspieszasz tak jak czujesz i okazuje się, że jesteś w tempie maratońskim… ba! i czujesz się z nim komfortowo. Fakt, jeszcze nie na 42 km… muszę potrenować wytrzymałość, ale z szybkością jest zdecydowanie coraz lepiej:) A jak lepiej mi się biega, to lepiej mi się żyje. Wstaję wypoczęta, radosna, zadowolona. Suplementy zrobiły swoje, teraz mój krok… po Hiszpańskiej przerwie, wracam do diety i walczę o swoje ciało i figurę. I wiecie co? Wiem, że się uda:) I wiem, że warto:)

I tym miłym akcentem… na dzisiaj kończę.

I odliczam dni do wylotu do Włoch… a zostało ich około 45:):):)