Warszawa… taka zwykła, codzienna, szara, czasem brudna, pełna smogu, czasem słonecznie żywa i dostojnie piękna. Każdy w Warszawie znajdzie coś dla siebie. A ja… ja kolejny raz się zakochałam … tym razem w Warszawie.

Dawno, w zasadzie nigdy nie spędziłam całego dnia włócząc się po mieście. Zwiedzając, wędrując, raczej się nie gubiąc… stale odnajdując. Marznąc. Ciesząc się życiem… Płacząc z radości, śmiejąc się do utraty tchu, czując iście po królewsku:)

Pamiętacie kilometr siedemdziesiąty?

Jesli nie, to chętnie Was tam zaproszę:)

Nie zmobilizowałam się sama do całodziennej wędrówki po Warszawie w mrozie i chłodzie. Przyleciał Igor. Dzięki niemu w swoim mieście poczułam się jak turystka, prawdziwa turystka, tylko odkrywałam „nowe” dla Niego, mniej dla mnie, co nie znaczy, że było nudno. Wręcz przeciwnie.

To spotkanie wywarło na mnie ogromne wrażenie pod każdym wględem. Było niesamowitą fuzją emocji wszelakich. Pierwsze to radośc pomieszana ze smutkiem, gdy jechałam z drżącą duszą na lotnisko odebrać Goscia, jednocześnie wiedząc, że tym razem ja nigdzie nie polecę. Chyba, że „na miasto”:) … co w gruncie rzeczy było niezłym odlotem:) Ale do rzeczy. Smutno mi było, bo do tej pory z każdą wizytą na lotnisku związana była jakas podróż daleka, ale nie spodziewałam się, że ta podróż aż tak wiele we mnie zostawi, tak bardzo mnie wzbogaci pod wieloma względami:)

Pamietacie? Zaczęło się od kawy. Wtedy obiecałam mu, że zaproszę go na dobrą kawę (oczywoście „dobra”, to moje podejście, bardzo subiektywne). Wizytowaliśmy jedną z moich ulubionych kawiarni (nie ma ich wiele, ale do tej czuję sentyment) – Coffeedesk na Wilczej. Zamówiłam chyba Brazylię, Kenię i Honduras, nie pamiętam:) 3 różne, 3 inne, 3 pyszne. Smakowało:) A nawet jeśli na początku nie, to zdecydowanie zaintrygowało, zaciekawiło. Alternatywa pochłania zmysły i rozgrzewa ciało. Kolejnym razem pokazałam jak się je parzy, co w ogóle wywołalo zdecydowaną ciekawość, zachwyt, poruszenie duszy.

Bardzo chcialam Gościowi naszego kraju pokazać Warszawę z jak najlepszej strony. Ruszyliśmy na Stare Miasto, zahaczylśmy o świąteczny jarmark, wędrowaliśmy po zakątkach Starówki i „gubiliśmy” w uliczkach, dotarliśmy do świecących fontann, Nowego Miasta, Barbakanu, Placu Piłsudkiego, Grobu Nieznanego Żołnierza, Parku Saskiego.


Warszawa wieczorem jest piekna. Spokojna. Cicha. Przyjazna.

Wspaniała.

Igor następnego dnia wyjechał do Krakowa a ja wróciłam do pracy, biegania, ćwiczeń, zakupów, gotowania, pieczenia:) Wróciłam do swojego codziennego życia, by w niedzielę przeżyć Warszawską przygodę!

Każdy w swoim mieście może poczuć sie jak turysta!

Wystartowaliśmy z Placu Wilsona, aby przejść obok Cytadeli, przespacerowac się po Żoliborzu, dotrzeć do Mostu Gdańskiego i Fortu Legionów… (a wiecie gdzie jest Fort Legionów? Byliście?)). A potem na Orszak Trzech Króli. Dla obcokrajowca – niezłe widowisko, szczególnie, że sam niewiele wiedział o trzech królach, o święcie, o tradycji. Było kolorowo, wesoło, aktywnie, głośno, radośnie! Ciekawie!

Początek dnia aktywny i już kilka kilometrów w nogach. Ale to był dopiero początek planu. Poczatek spotkania z Warszawą.

Po obejrzenia Orszaku Trzech Króli, udaliśmy się do Muzeum Chopina, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Nigdy nie byłam fanką muzyki Chopina, nigdy specjalnie jej nie znałam, nie zastanawiałam sie, nie próbowałam polubić. Nie zaryzykowałam słuchaniem. I wiem, jak bardzo się myliłam. Muzeum mocno historyczne, ale jakże miałoby być inaczej. Życie Fryderyka i rys historyczny… no i oczywiście, muzyka. Muzyka, która gdzies kiedyś sie obiła o uszy, ale nigdy w nich nie zostala. Muzyka piękna, dostojna, ciekawa, pełna emocji. Muzyka… melodia, rytm, życie. Muzyka w salach, specjalnych kapsułach i muzyka w słuchawkach. Można byłoby siedziec i słuchać, długo słuchać i delektować się chwilą. Tak też zrobiliśmy, ale ta chwila nie trwała długo. Plan był napięt, a czas się kurczył… Muzyka dźwięczała w uszach… a żołądki zaczęły grać marsza:)

Zapiekanki, polski fast food. Klasyka gatunku – pieczarki i ser. Bo czym można uraczyć obcokrajowca, jak nie tym co daje nam nasz świat, tym, na czym nas wychowano, co było i nadal jest kultowe… Zjedliśmy, nacieszyliśmy się miejscem (Zapiexy za Rotundą… mały, ale dośc klimatyczny lokalik, raczej na szybkie wpadnięcie i wypadnięcie, ale z klimatem kultury naszego dzieciństwa). Smak… jak kiedyś:) Polecam!

Po napełnieniu brzuchów, chwilowym uciszeniu marsza kiszek… nastąpił czas przedostania się na drugi koniec miasta – Wilanów. Ale po drodze dostojny, piękny, oświetlony Plac Trzech Krzyży. Cudo! Ach! I Palma:) Bardzo spodobała się Gościowi ze Wschodu. Hmmmm… musze doczytać, co kto i po co ją ta postawił:)

Wilanów powitał nas chłodem, ale i niesamowitym urokiem. Kasy pękały w szwach, ale ja na szczęście mialam kupione bilety już wcześniej. Wilanów jest pięknie oświetlony, a co godzinę wyświetlane są mappingi na fasadzie pałacu. My trafiliśmy na Bajkę o wydrze. Dopracowane szczegóły, super dźwięk, niesamowite przejścia, rysy świetlnej kreski idealnie dopasowane do fasady. Fajne wzrokowe doświadczenie:)

A park… świecące cudo, ale z małym niedosytem, że jednak trochę mało.

Czy warto? Raz pewnie tak, ale pewnie już tam nie wrócę w tym sezonie.

Z Wilanowa, w drodze powrotnej dotarliśmy do Łazienek. Dawno w nich nie byłam… bardzo, a są one niesamowicie klimatyczne. Szkoda, że było już ciemno, nie udało mi się pokazać uroku parku:( Tylko główną oświetloną dróżkę, która bardzo nam się spodobała. No i pałac.


Dróżka się nam podobała szczególnie. Od Orszaku Trzech Króli wędrowalismy w koronach. Byliśmy Królami swojego życia, rozmawiając o podróżach, przygodach, ciekawych miejscach, życiu… jednocześnie żartując i płacząc (ze śmiechu:)). Mili Państwo „dróżkowi” kłaniali nam się w pas:) Dodająć w całym tym żarcie jednak troche powagi sytuacji. W kńcu ile razy człowiek w życiu czuje się królem, albo królową? 😉

Agrykola…

Agrykola świeci, szczególnia ta droga na podbiegi:) (biegacze będą wiedzieli o co chodzi). Niesamowity sufit pod niebem z małych światełek. Szkoda, że zdjęcie nie pokazuje tego uroku. Ale jeśli będziecie mieli chwilę na to, aby tam zajrzeć, zaglądajcie! Zdecydowanie!

Znowu Plac Trzech Krzyży, Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście… Zapiecek. W końcu udało się wpaść do zapiecka na pierogi:) Igorowi zdecydowanie przypadły do gustu te smażone z patelenki. Wcześniej uraczyłam go żurkiem:) Raczej dobrze będzie wspominał polską kuchnię:)

A ja … ja będę do końca życia wspominac ten dzień, w którym zakochałam się w Warszawie:) Dawno nie było mi tak dobrze, choć to „dawno”, to pewnie nie dalej niż 2 tygodnie temu, jak byłam w Rydze. Nowe miasta są dla mnie niesamowitym doświadczeniem, głębokim duchowym doznaniem. A Warszawa… nie jest nowa, ale nigdy nie eksplorowałam jej tak, jak ostatnio, wycieczkowo, turystycznie. Nowy duch warszawski pochłonął mnie dogłębnie a muzyka Chopina stała się jakby ulubioną. Nie rozumiem jej jeszcze, ale ucze się emocji. Uczę się słuchać i poznawać, dotykać zmysłami, uczuciami. Bardzo mi się to podoba. Spróbujcie. Ja do nie dawna w ogóle nie interesowałam sę klasyką. A dziś… słucham tylko Chopina, od wczoraj właściwie:)

Po ostatnim weekendzie mam poczucie, że mieszkając w jakimś mieście nie patrzymy na nie pod kątem turystycznym, nie staramy się go odkryć, pożnać. Żyjemy w nim, przemieszczamy się, czerpiemy korzyści.

A czasami trzeba poczuć sie jak Król i cieszyć się z tego co nam się daje… czasami potrzebna jest do tego papierowa krona, a czasami wystarczy własne przekonanie o byciu wyjątkowym.

Co pokazać Obcokrajowcowi w Warszawie? … Swoje ulubione miejsca. Ja wybrałam parki, Stare Miasto, kawiarnie, restauracje. Muzeum Chopina wyszło spontanicznie, trochę egoistycznie, bo sama chciałam je zobaczyć. Ja nie żałuję ani jednego miejsca. Mam nadzieję, że mój Gość również był, albo jest zadowolony. W podsumowaniu po powrocie do domu wspomniał o muzyce Chopina, kawie, pięknej zimie, zapiekankach, 5 królach (3 z historii, oraz… królu, który wyleciał do Petersburga i królowej, która została w Warszawie). Jestem pewna, że Polska zostanie długo w Jego sercu i duszy! A skąd? Bo jest prawdziwym podróżnikiem (ja trochę też, więc wiem, co czuje), docenia każde miejsce, łapie w nim coś dla siebie, chłonie i chroni na zawsze w sobie. To emocje, które Go, ale i mnie, podczas moich podróży, ubogacają.

Dlatego WARTO podróżować. nigdy nie wiesz gdzie i kogo spotkasz na swojej drodze. Nigdy nie wiesz, co Ciebie zachwyci, co Ci się spodoba, co urzeknie! Nie wiesz… i ta niewiedza jest niesamowicie ekscytująca:)

Dlatego mam kilka Noworocznych postanowień podróżniczych:

  1. Wycieczka do barcelony
  2. Wycieczka do Włoch (Genua, Portofino, Turyn)
  3. Wycieczka do Kowna
  4. Wycieczka do Sankt Petersburga
  5. Wycieczka na Podlasie rowerem
  6. Wycieczka do Helsinek
  7. Wycieczka do Mińska
  8. Wycieczka do Trójmiasta
  9. Wycieczka na Zorzę Polarną

Zobaczymy na koniec roku, co udało się zrealizować:)

Kochani, podróżujcie. Nawet do Sandomierza lub Kazimierza Dolnego. Podróże są wspaniałe:)