Choć na początku zupełnie nie było we mnie takich uczuć…

Dzień 4 wyprawy – Porto – Lizbona – Belem

Wstałam rano, pożegnałam się z Hostelem Bluesock, popędziłam na dworzec Campanha (dodam, że jak się ma zakupiony bilet na pociąg z Porto Campanha do Lizbony… i pewnie też do innych miast, to można do stacji Campanha dojechać bezpłatnie z dworca w centrum, czyli Sao Bento).

Mając chwilę czasu (jak to ja, zwykle za wcześnie niż za późno):) wstąpiłam (a jakże) do kawiarni na kawę, pasteis i wc:)

Pociąg portugalski był w porządku, takie nasze intercity, bez przedziałów. Czysto, przyzwoicie. Z wyznaczonymi miejscówkami, więc nie trzeba było się kłócić:) Koszt około 22 eur (wiem, że można znaleźć taniej:))

W Lizbonie pojawiłam się około 14.

Od razu widać było, że to zupełnie inne miasto, inny świat. Wieżowce, mosty raczej „przemysłowe” a nie spacerowe. Ukłuło mnie to troszeczkę, ale nie zniechęciłam się. Przecież  wszyscy są Lizboną zachwyceni. Wierzyłam, że mi mnie się spodoba.

Dotarcie do Hostelu NLC nie było problemem, choć mały kłopocik był przez kilka minut (a to dlatego, że nie zauważyłam tabliczki):) Metro Avenida (bezpośrednia linia metra ze stacji Santa Apolonia). Hostel w kamienicy w dość luksusowym zakątku Lizbony (ulica najbogatszych markowych sklepów):). Mapa pokierowała dobrze, ja nie zauważyłam (liczyłam na duże logo)… wróciłam, znalazłam. Przyjął mnie bardzo miły człowiek, został on przez cały mój pobyt najlepszą duszą towarzystwa w tym hostelu.

Pokój 8 osobowy. Łóżka piętrowe, szafki – są! (dla mnie to ważne, bardzo ważne):)

Gdybym trafiła na owy hostel najpierw, pewnie nie miałabym absolutnie żadnego „ale”, ale 🙂 teraz miałam porównanie do Bluesock. Było czysto, nie mam nic do zarzucenia, ale zdjęcia w internecie są chyba sprzed jakiegoś czasu, z czasu nowości:) Teraz tu brakowało klamki w drzwiach prysznicowych, tu słuchawki w baterii prysznicowej itd… ale nadal było całkiem przyzwoicie:) Nie mieli „w zestawie” zasłonek do łóżek jak w Bluesock, ale ja miałam kocyk z Ikei (a wzięłam go, bo wiedziałam, że będę miała dłuższą drzemkę na lotnisku:)). Tak więc kwestię zasłonki miałam załatwioną:) Co było fajnego? Fajniejszego niż w Bluesock? Integracja. W Porto śniadania były w barze, było się zupełnie anonimowym. Duża przestrzeń. W NLC… kuchnia, dostępna dla wszystkich. Śniadania gromadziły grono mieszkańców i bądź, co bądź nieco ich integrowało (ja sama w kuchni poznałam pewnego podróżnika, który na pewno na dłużej zostanie w mojej pamięci … a może i nie tylko w pamięci, bo wybiera się w styczniu do Polski:)). Kilka krzesełek, pełny aneks kuchenny, nie było szans, aby przejść anonimowo. No i… co dla niektórych było ważne, w każdej chwili można było coś ugotować, zrobić, podgrzać… 🙂 Ja stołowałam się gdzie popadnie, nie zajmowałam się gotowaniem, ale jeśli ktoś miał ochotę, to miał taką możliwość. Bluesock takiej opcji nie udostępniał. Ale za to mieli bar, gdzie wieczorem można było przysiąść i napić się wina w dość normalnej cenie w porównaniu do „miasta”:)

Kawa był tak samo okropna jak w Bluesock, ale mnie to nie można wierzyć… jak się spróbuje tej smacznej kawy, fajnie parzonej, głębokiej, to ta „hotelowa” z termosu smakuje marnie, ale w zasadzie dzięki tej okropnej kawie nawiązałam nowe znajomości, więc bądź co bądź kawa jednoczy i zbliża… szkoda tylko, że tak późno 😉

Opowiem Wam pewną historię, właśnie „o kawie”…

(tu nastąpi emocjonalna przewaga wspomnień Hostelu NLC nad Hostelem Bluesock).

Ostatni poranek, plecak w zasadzie spakowany (wiedziałam, że poranki bywają długie i współtowarzysze wstają później niż ja, więc dbając o ich spokojny sen, postanowiłam szamotać się z bagażami jak najkrócej i jak najmniej)… śniadanie. Postanowiłam iść w piżamie, bo było mi w zasadzie wszystko jedno:) Kawa… była tak samo okropna jak codziennie, ale piłam, bo piłam. Jeden ze współtowarzyszy śniadania, „zagadał” o kawę, że mocna i takie tam. Na co dukając po angielsku, odpowiedziałam, że kawa jest straszna, ale jej moc to nie smak, że ona jest przepalona i dlatego wydaje się mocna, ale to nie ta droga myślenia… Jakie było moje zaskoczenie (i Jego) jak po moim pytaniu skąd jest i po okazaniu się, że z Rosji, śpiewnie zaczęłam konwersację w Jego rodzinnym języku. No i się zaczęło:) Piszę o tym, bo jest to dość zabawna historia i jednocześnie tragiczna;) Zamieszkałam w hostelach, w pokojach wieloosobowych, aby zwiększyć prawdopodobieństwo poznania kogoś i rozmawiania z kimś więcej niż tylko ja sama:) Gadanie z samą sobą też bywa ciekawe, ale może być postrzegane jako utrata zmysłów:) Igora poznałam ostatniego dnia i jakie to było dla mnie szczęście, że nie muszę dukać po angielsku, tylko swobodnie prowadzić konwersację o wszystkim w języku który umiem i rozumiem:) Więc wspomniałam Petersburg, moją podróż do Rosji nad Bajkał, filmy rosyjskie i co wpadło do głowy. Tak mi się miło zrobiło (musiałam się nagadać za ten ostatni tydzień):) A dlaczego tragiczna? Bo spotkaliśmy się ostatniego dnia, a byliśmy obok siebie od tygodnia. Igor przyleciał podobnie jak ja do Porto! Zamieszkał w Bluesock, a potem przyjechał do Lizbony i zamieszkał w NLC. Koniec. Kropka. Aż żal mi, że nie spotkaliśmy się wcześniej, nie musiałabym rozmawiać ze sobą i zamęczać rodziny i przyjaciół wiadomościami na messengerze, tylko wietrzyć zęby w uśmiechu miłych pogaduszek. No, ale widocznie tak miało być. Historia niczym z filmu.Wymieniliśmy się kontaktami i mieliśmy się już nie spotkać (no, oprócz tej Polski w styczniu), ale los pokierował tak, że przed moim wylotem, spotkaliśmy się na klatce schodowej (ja nigdy windą nie wjeżdżałam, bo się jej bałam… on też) i… przegadaliśmy chyba ze dwie godziny podpierając ściany:)  (uratował mnie od bycia „za wcześnie” na lotnisku ;)) A przy okazji właśnie wtedy spędziłam przemiły dzień w Lizbonie plącząc się między uliczkami i trafiając na rewelacyjne punkty widokowe, ale o tym za chwilę.

Podsumowując… Hostel w porządku, w super lokalizacji, za niezłe pieniądze w bardzo przyzwoitych warunkach, z dobrymi wspomnieniami „wycierania i podpierania ścian”:)

Moje pierwsze kroki w Lizbonie skierowałam do … (tak, Ci co mnie znają i Ci co znają Lizbonę mogą strzelić i trafią)…. do Belem. Bo wiadomo, Wieża w Belem, Pomnik odkrywców, Klasztor Hieronimitów… (hahahaha), tak tak, to wszystko było ważne, ale ja przecież z wypiekami… Powędrowałam do Belem, bo … Pasteis de Belem!!! Kolejka wychodziła poza ciastkarnię. Mój błąd polegał na tym, że chciałam usiąść, wypić kawę, zjeść jak człowiek, ale ustawiłam się w kolejce i czekałam. Okazało się, że szybko idzie, ale to kolejka „na wynos”… Trudno, kawy nie wypiłam, a Pasteis de Belem zjadłam w parku. A były obłędnie pyszne, przepyszne. Najlepsze i cieszyłam się, że Belem jest tak daleko, ale nie za długo się cieszyłam… (gdyż w centrum, na trasie do Hostelu znalazłam Fabrica de Nata z Pasteis de Nata równie pysznymi i ciepłymi jak w Belem + tanie wino).

Nie liczę ile tych babeczek zjadłam w Portugalii.

Bez wątpienia najlepsze to te z Belem i z Fabrica de Nata (widziałąm tę Fabrica de Nata ostatniego dnia w Porto, może i lepiej, że wcześniej jej nie znalazłam i nie spróbowałam):)

Ale! Pasteis z Pingo Doce (takie z podgrzewacza) z cynamonem nad Oceanem i tak smakują najlepiej!

Do Belem zeszło się pewnie około 9/10 km. Może nawet więcej. Po ciastkach powędrowałam nad rzekę, obejrzałam już teraz spokojnie Wieżę w Belem i pomnik Odkrywców, Klasztor.

 

 

Łowiłam studzienki. Pomijając fakt, że w każdym nowym mieście poszukuję oznakowanych miejskich studzienek, to przy okazji jak wpadnie mi coś w oko, to dołączam do kolekcji. Lizbona była perełką studzienkową, jak widać powyżej:)

Dzień 5 – Cascais – Cabo da Roca – Sintra

Mój bardzo dobry Kolega Biegowy „zalecił” mi trzy obowiązkowe miejscowości do zobaczenia (Cascais, Sintra, Evora).

Dlatego też postanowiłam zacząć zwiedzanie:) Podpytałam w hostelu tego wspomnianego wesołego recepcjonistę o połączenie Cascais, Cabo da Roca i Sintry w jeden dzień i powiedział, że będzie to „crazy day”… i dokładnie taki był. Trochę za mało czasu poświęciłam Sintrze a za dużo Cascais, ale w zasadzie dzięki temu, że byłam wszędzie jednego dnia, mogłam spokojnie wybrać się do Evory.

Pociągi miejskie jeżdżą w zasadzie co chwilę do Cascais (z dworca Cais do Sodre), bilet „odklikuje się” z karty miejskiej, która można wcześniej naładować od 3 euro do ilu masz ochotę. Podróż trwa około 40 minut i przed Cascais już wjeżdza się na kurortowe nabrzeże i czuje się „smaczek” wakacji. Cascais to wakacyjna miejscowość z plażą, kawiarenkami, marinami. W zasadzie nie ma tam co oglądać. Jedyna przyrodnicza atrakcja to wrota piekieł (Boca do Inferno), spacerem około 1,5 km od centrum Cascais.

No… i mają swoje lokalne ciastko:)

Coś jakby przysuszony celowo biszkopt z prażonymi migdałami i cukrem pudrem. No niestety… z Pasteis de Nata nie wygra.

🙂

Z Cascais co pół godziny odjeżdża autobus do Cabo da Roca. Jest to właściwie autobus do Sintry, więc pomyślałam, że jak dam radę, to jadę dalej, nie wracam:)

Cabo da Roca wywarło na mnie niesamowite wrażenie – tak jak Ocean za pierwszym razem. Tak, tu też był Ocean, więc może to magia Atlantyku, ale chyba chodziło tu bardziej o „koniec” pod każdym względem.

W moim życiu ostatnio sporo się działo niezbyt dobrego. Kłopoty zawodowe, rezygnacja, niechęć, chęć zmiany, może wyjazdu, wszystko to, w zasadzie wszystkie te myśli powróciły tam, na Cabo da Roca. Skoro doszłam już na koniec, to powinnam znaleźć nowy początek i zdecydować, co robić dalej:)

Wyczyściłam trochę „szufladki” w głowie i postanowiłam zmienić to, co mogę zmienić sama, własną siłą woli:)

W pracy dałam sobie szansę:) Tak, miałam sporo myśli, żeby to zostawić, zmienić, zwątpienie, czy aby na pewno się do tego jeszcze nadaję. Ocean naładował mnie nową energią, mam nadzieję, że stres i rutyna nie wyciągną jej ze mnie zbyt szybko:) Porzucam na razie myśli o zmianach i angażuję się w to co mam.

Zmieniam natomiast siebie:) Boże, jak to poważnie brzmi.

Przez te ostatnie 2 tygodnie przeszłam tyle kilometrów, że pewnie kilka „set” wyjdzie. Może nie 500, ale między 200 a 300:) I było warto. Nigdzie nie czułam się tak dobrze jak tam, chodząc, oglądając, czując zmęczenie (fizyczne) i ból nóg. No i mam mniejsze wyrzuty sumienia, że jadłam te ciastka, choć wszystkiego na pewno nie spaliłam 🙂

Postanowiłam odwrócić złą passę sportową. Wracam naładowana energią do sportu i biegania. Może uda się wrócić choć raz w tygodniu na basen, ale na pewno chcę biegać:)

Szczególnie, że moja nowa znajomość natchnęła mnie, aby przebiec maraton w Petersburgu „Białe Noce”:) Petersburg bardzo lubię, to jedno z piękniejszych miejsc na świecie, a jakby połączyć ten maraton z urlopem, to może wyjść z  tego niezła wschodnia przygoda:) Może dodać do tego Rygę, albo Helsinki, a może Murmańsk… a może w ogóle wylecieć w daleką Rosję…  Jeszcze nie ma zapisów, więc mam nieco czasu na decyzję:)

Bardzo zachciało mi się tam wrócić:)

Więc planuję moją rewolucję. Powrót do dobrych nawyków (P.S. od powrotu do kraju nie zjadłam ani grama pszenicy i tylko kawałek gorzkiej czekolady:)) A wypieki miałam od spania, bo w zasadzie jak wskoczyłam do łóżka około 12, to w przerwie w spaniu obejrzałam dwa rosyjskie filmy i wstałam dzisiaj o 8! Wyspałam się i z nową życiową energią ruszyłam do pracy…. najpierw wspomnienia na świeżo,a  potem sprzątanie (mam taki bałagan w mieszkaniu, że przed samą sobą mi wstyd):)

Cabo da Roca oprócz emocjonalnych rozważań i westchnień dostarczył mi wiele radości bycia w przepięknym miejscu.

No i wino. Obowiązkowo. Na przypieczętowanie postanowień:)

Po celebracji „końca” dałam losowi podjąć decyzję, dokąd jadę… czy wracam do Cascais i Sintra będzie następnego dnia, czy jadę do Sintry wiedząc, że całej i tak nie zobaczę. Pierwszy autobus, który podjechał… był do Sintry.

Sintra jest inna, Sintra jest klimatyczna, Sintra ma charakter, w Sintrze jest co zobaczyć:)

Gdy tylko dotarłam do historycznego centrum od razu wiedziałam, co chcę zobaczyć i gdzie wejść. Była to ogromna góra, na której był zamek Maurów. Momentami przypominający Wielki Chiński Mur. Wyczytałam gdzieś na stronie, że poza sezonem ostatnie wejście jest do 17… a było około 16 a góra wydawała się ogroooooooomna.

Miałam plan, że wjadę na górę „czymś”, ale nie znalazłam tego „czegoś”, więc popędziłam ile miałam sił:)

Zdążyłam. Wlazłam tam chyba w 40 minut i zasapałam się jak mogłam, ale zdążyłam:) I było pięknie. Kolejny raz zaparło mi w piersiach dech. Było wspaniale. Do zamku dochodzi się leśno/parkową ścieżką. Jest bardzo dobrze oznaczona i przewodniki oceniają czas dojścia jako 1,5h… (chyba spacerem):)

Dla tych widoków i emocji warto było się spieszyć:)

Dla tego widoku warto było tam wejść:)

Nie zobaczyłam wszystkiego w Sintrze.

Ale z wycieczki wróciłam bardzo zadowolona i bardzo zmęczona.

to był rzeczywiście „crazy day”, tak jak obiecywał recepcjonista:)

Jakkolwiek głupio to wygląda, ale smakuje nieźle:) Zasłużyłam na wino i Croquetas de Bacalau.

Dzień 6 – Lizbona cz.1

Postanowiłam w końcu zobaczyć Lizbonę:) Wędrowałam po ulicach Bairro Alto i Alfamy. Łowiłam żółty tramwaj i przejechałam się nim od początku do samego końca:)

Bairro Alto ma swój klimat restauracyjnych uliczek, wg mnie jest tu ich znacznie więcej niż w Alfamie. Pochowane w małych przejściach, z dwoma/trzema stolikami na zewnątrz.

Wiecie czego nie lubię w podróżowaniu solo? Że nie bardzo mi się chce chodzić po restauracjach wieczorem. Solo idziesz zjeść, więc wybierasz dobre, szybkie dania, bez wszelakiej elegancji i nadęcia. A w towarzystwie wybierasz fajne miejsce do posiedzenia:) Na dłużej.

Pogoda dopisywała cały czas. Słońce dopiekało, przeszłam chyba ponad 30 km, ale warto było. Pewnie, że było warto.

Małe uliczki mają swój klimat a ja w zasadzie mieszkałam jakby pomiędzy Bairro Alti i Alfamą i to była najlepsza baza wypadowa.

Wędrowałam bez celu.

Gubiłam się i odnajdywałam.

Poznawałam nowe miejsca.

Jadłam, piłam i cieszyłam się życiem:)

Bairro Alto jednak nie wyrwało ze mnie serca.

Zdecydowanie bardziej klimetyczna jest dla mnie Alfama!

Absolutnie 🙂 Żal mi tylko jednego. Nie byłam tam w nocy. Sama się bałam:( A podobno Lizbona żyje nocą i warto wyjść na późno wieczorny spacer.

Żółty tramwaj jest nieodłącznym elementem Alfamy i Bairro Alto. Spotyka się go co chwilkę. Mija się co krok turystów „łowiących” najlepsze ujęcie:) Magia żółtego tramwaju:)

Obeszłam Lizbonę, a w zasadzie jej centrum wzdłuż i wszerz.

W końcu postanowiłam wskoczyć na coś konkretniejszego do zjedzenia:)  Tradycyjne sardynki były, Bacalau był, Pasteis de Nata/Belem było… pozostały owoce morza:)

Ośmiornica:)

Nie było to moje najlepsze danie, ale nie dlatego, że była to ośmiornica, ale dlatego, ze jak dla mnie to marna ta kompozycja:) Dużo cebuli i chyba oliwy. Ośmiornica sama w sobie super:) W ogóle egzotyka:) Ale zdecydowanie bardziej smakowało mi coś w rodzaju Paelli z ośmiornicą, którą jadłam następnego dnia.

A na deser jak zawsze i niezmiennie Pasteis de Nata z Fabrica de Nata (odkąd pojawiła się na mojej drodze nie zaszłam do żadnej innej ciastkarni):)

Oprócz łowienia kadrów z żółtym tramwajem, poszukiwałam nowych azulejos (tych kolorowych płytek) i dopóki nie zaczynasz robić zdjęć każdych nie uświadamiasz sobie, że w zasadzie każdy budynek jest inny i rodzajów azulejos są pewnie setki, jak nie tysiące. Zrobiłam sporo zdjęć, mam w planie jakiś kolaż:) Wrzucam kilka, aby nie zanudzić:)

🙂

Dzień 7 – Evora

Kolega Igor (ten polski kolega) polecał mi Evorę.

Po wędrowaniu w Lizbonie nie byłam w stanie oszołomienia, więc stwierdziłam, że skoro jeszcze mam dwa dni, to czemu by nie. Dotarcie do Evory nie było trudne, pociąg kursuje codziennie rano (chyba 10:04 z dworca Sete Rios, przed 10 wyjeżdża z dworca Oriente). Powrót przed 17 z Evory. Atrakcja podróży to niewątpliwie przejazd „na drugą stronę” mostem, który wygląda jak ten w San Francisco:) Dojazd trwa około 1,5h. Czy warto jechać? Warto. Ja nawet bym wróciła, ale już nie sama.

Co centrum, czyli tego właściwego miejsca jest około kilometra z dworca.

Miasto mnie zaskoczyło ciszą. Fakt, była to niedziela, ale na ulicy żywego ducha (oprócz tych, co wysiedli z pociągu). Okna zamknięte, nie słychać ani nie widać przejawów życia…

Historyczne centrum Evory jest biało-żólte. Uliczek małych i wąskich są dziesiątki jak nie setki. Gubisz się i odnajdujesz. Krążysz, chodzisz, szukasz, znajdujesz, gubisz się i tak co chwilę.

Magia miejsca.

Obiecałam sobie, że wrócę tam kiedyś, ale nie sama. Jak już się trafi taki oszołom, co będzie mi chciał towarzyszyć w piciu wina i całowaniu w małych, krętych, romantycznych uliczkach, to zabiorę go właśnie do Evory:)

🙂

Było lokalne wino, więc czas na … lokalne ciastko…

Evora z wypiekami:)

Pao de Rala (ciasto przyrządzane na bazie żółtek, z migdałami i skórką cytrynową). To było extra:)

Polecam Evorę na krótki wypad. Na dłużej niż leniwy dzień i romantyczny wieczór chyba nie, ale warto. Jest pięknie, spokojnie, smacznie! Absolutnie dobry portugalski wybór:)

Dzień 8 – Lizbona, pożegnanie

Dałam Lizbonie ostatnią szansę na to, aby mnie zachwyciła i…

(powtórzę tu zdjęcie)

Rybka połknęła haczyk!

Po śniadaniu, spakowaniu, rosyjsko-polskich ploteczkach, naładowana dobrą energią postanowiłam wybrać się jeszcze raz do Alfamy (zahaczając o centrum handlowe… tak, w ramach kontrastów):)

Weszłam na górę, okrążyłam zamek i postanowiłam eksplorować kolejne uliczki tym razem jakby z innej strony i … jakież było moje zaskoczenie, jakiż był mój zachwyt, jakiż we mnie był wybuch radości, jaka była we mnie radość (od rana:))

Zakochałam się w Lizbonie!

Weszłam na kolejne szczyty, zobaczyłam Lizbonę w innym świetle, w innej perspektywie i już nie chciałam wyjeżdżać.

 

To był ten czas, to miejsce, te emocje:)

To jest właśnie ta perspektywa miasta, które mnie urzekło! To był ten nastrój, który zawładną mną ostatniego dnia do tego stopnia, że nie chciałam już wracać.

Kolejna perspektywa, która mnie oczarowała.

Nabrzeże rzeki Tag.

Koniec portugalskiej Przygody przez wielkie P:)

Ostatni spacer, ostatnia wizyta w hostelu, ostatnie spotkanie, ostatnia podróż metrem i zaskoczenie lotniskiem…

Tanie linie odlatują z terminala 2, do którego raczej ciężko dostać się samodzielnie, dojeżdża się autobusem.  To taki mały „barak” na odludziu:)

Czasami mam takie poczucie, że więcej mam szczęścia niż rozumu i Bóg nade mną czuwa, bo dzięki tej 2 godzinnej pogawędce z Igorem na schodach w  hostelu przyjechałam na lotnisko prawie na czas, no tak ze 40 minut wcześniej… a nie 2h+40 minut i długie oczekiwanie w baraku z jedynymi opcjami kawy z automatu zostało mi zaoszczędzone.

Portugalska przygoda się skończyła.

Wiele widziałam, w wielu miejscach byłam.

Chciałabym wrócić, ale jak, jeśli tyle jest miejsc na świecie.

Aby nie było nudno… Dzień 8 – przylot około 6 rano do Warszawy, szok termiczny… ja w krótkich spodenkach (w Lizbonie prawie 30, w Warszawie 4).

Drzemka.

Deszcz i wiatr… pakowanie

Dzień 9 – 6:20 – początek włoskiej przygody, o której na kolejnym kilometrze kilka słów:)

Miłego odbioru, miłego czytania!

P.S. Jestem już w Warszawie po Włoskich wakacjach i nie pogodziłam się jeszcze z rzeczywistością.

Tęsknię:)