Doba… tyle wystarczyło mi, aby zobaczyć najważniejsze miejsca w stolicy Węgier – Budapeszcie:)

Bilet kupiłam dawno… za grosze, pewnie obróciło się to w granicach 100 zł w obie strony… tanio w każdym razie.

Przed wylotem myślałam, aby może zrezygnować, odpuścić, bo sama, bo nie wiem jak, co i po co, bo nie chciało mi się nawet czytać przewodnika – zwykle polegam na innych, albo lecę „na czuja”:) Zwyczajnie nie za bardzo mam czas na wnikanie, albo wolę zapytać ludzi, co warto zobaczyć, a potem tam po prostu trafić, czasami przypadkiem:)

Tak i było i tym razem… zarzuciłam wędkę na Fb, zapytałam, co zobaczyć i co zjeść i … zrobiłam wszystko, co mi polecano + jeszcze więcej:) Wszystko w 13h, w sumie 24…

Wylot był wczesnym rankiem, zaszalałam i zamówiłam taksówkę, aby o 5 stawić się na Lotnisku Okęcie i 6:25 pofrunąć w niebo:) Spokojnie z pełnym pęcherzem (bo obok mnie siedziała paniunia, którą bałam się ruszyć, aby wyjść do wc:)) doleciałam do stolicy Węgier i … tu zaskoczenie. Aby dotrzeć do terminala należało przejść kilkoma korytarzami po płycie lotniska… Droga mi się dłużyła, krok przyspieszył… udało się:)

W Polce stwierdziłam, ze z lotniska dostanę się do miasta „na leniucha” kupię bilet na specjalny autobus 100E, który dowiezie mnie do centrum Pesztu, ale… zdecydowanie zmieniłam zdanie i wybrałam opcję po 1 bardziej ekonomiczną, choć tamta też nie była droga, ale umożliwiającą mi podróże komunikacją miejską przez całą dobę. Bilet dobowy to koszt około 1600 Forintów – około 20 zł.

Wyjazd  z lotniska autobusem 200E, przesiadka na Metro (w tym przypadku na autobus „za metro”, bo cała linia 3 była remontowana). Dojazd z lotniska  z przesiadką, to około 40-50 minut, więc bardzo przyzwoicie.

Peszt… tu mnie dowiózł autobus.

Odwiedziłam punkt informacji turystycznej gdzie chciałam kupić mapę, ale finalnie ją dostałam:) Powiedziałam Pani, że jestem do późnego wieczora i żeby poleciła mi, co zobaczyć… Zdziwiła się trochę, ale zaznaczyła mi na mapie, gdzie powinnam zajrzeć:)

Zaczęłam od dotarcia na brzeg Dunaju.

W ogóle powinnam zacząć od tego, ze Budapeszt zaskoczył mnie… brudem. Wysypujące się z koszy śmieci, poskładane worki przy śmietnikach… oby to tylko była kwestia dnia – niedziela rano i pozostałości po sobotnim wieczorze… Może kiedyś przyjdzie mi to sprawdzić, a może już nigdy nie:)

Wspomnę też, że pogoda była niezła, nie było zapowiadanej w pogodzie „lampy”, choć w porze obiadowej trochę tak… Padało tylko raz, ale mogłam wtedy schować się w metrze:) Poza tym bez palącego słońca, tylko dość wilgotno i duszno. Ciepło, bardzo ciepło:)

Na brzeg Dunaju dotarłam, a potem po Moście Łańcuchowym do Budy. Do stóp wzgórza zamkowego.

Najpierw (kurcze, wyjdzie na to, że chciałam wszystko robić po minimum oporu, na lenia) pomyślałam, że wjadę tam kolejką linowo-szynową, ale po ocenieniu z jaką (zastraszająco wolną) prędkością się porusza + jaka jest kolejka do wagonika … zdecydowałam się wejść pieszo, zawsze to kilka forintów w kieszeni:)

Droga na górę nie jest skomplikowana, powiedziałabym, że nawet dość przyjemna, asfaltowe ścieżki, schody, drzewa, mostki nad kolejką, piękne widoki i uwieńczenie urody miasta… szczyt:)

Zamek Budański obeszłam wokół, zrobiłam kilka zdjęć, a potem udałam się na spacer po Budzie… stylowe kamieniczki razem z nowoczesnymi hotelami. Zdobione bramy, sklepiki z pamiątkami i mnóstwo turystów… taki jest klimat Budy. Oprócz Zamku, na wzgórzu jest jeszcze Pałac Sandorów, Kościół Macieja i mnóstwo punktów widokowych z okolic zamkowych i basztowych:)

Mnie się tam podobało chyba najbardziej… może przez te widoki. Dunaj i prężnie stojący nad Dunajem budynek parlamentu. Może przez klimat małomiasteczkowy i kolory, Buda jest zdecydowanie kolorowa, przyjemna wizualnie, wdzięczna do spacerowania.

Ale przecież nie mogłam spędzić tam całego dnia… tyle było jeszcze przede mną:)

Przeszłam się … długo szłam wzdłuż brzegu Budy aż do kolejnego mostu tramwajowego, chyba Mostu Małgorzaty, tuż przy wyspie Małgorzaty. W Budapeszcie są … żółte tramwaje, prawie jak w Lizbonie:)

Obejrzałam gmach Parlamentu, wizytówkę stolicy, i… no robi wrażenie. Wielkość i wygląd. Dość przyjemne miejsce jak na budynek rządowy. Obok park, zieleń, fontanna…

Ależ ile można było chodzić… trzeba było coś zjeść:) Oprócz zapakowanego prowiantu założeniem było jedzenie lokalsów:) Nie, nie ludzi… Dodam, że jako jedno z poleceń do zobaczenia/posmakowani był Langosz. Wydawało mi się, że budki z Langoszami będą czekać na mnie na każdym kroku…  a tu… musiałam trafić przypadkiem na jakiś festiwal piwa, żeby posmakować owego drożdżowego placka z bardzo tłustym serem… w ogóle świństwo takie, ale za to jakie smaczne:) … i tłuste:)

Z kawą w Budapeszcie nie ma większego kłopotu, sporo jest sieciówek, ale mnie jednak brak było małych klimatycznych kawiarni… w ogóle w zasadzie ciężko z nimi. Ale jak już znajdziesz, to dają to, co dobre:)

Zamek – zaliczone

Parlament – zaliczone

Dunaj – zaliczone…

To, że Buda podobała mi się bardziej nie oznacza, że Peszt wcale nie.

Peszt jest nowocześniejszy, większy, bardziej handlowy… Ale można odnaleźć tutaj perełki, jak np Katedrę św Stefana, która wzbija się nad sąsiednie budynki i przyciąga wzrok.

A obok Katedry… polecane przez Agatę lody w kształcie róż… poważnie:) Smak, no cóż… jak znasz lody prawdziwie włoskie, jak chadzasz do dobrych niszowych lodziarni w Polsce, to smak ich już nie powoduje uczucia „wow”, ale są pyszne (szczególnie dla mnie, na głodzie):)

Wzięłam małą porcję, bo jak posiłek cheatowy, to można, ale też nie do przesady:)

Szczególnie, że właściwy odpust dietowy był na obiedzie…

A na obiad, co innego jak nie zupa gulaszowa i leczo:) i kieliszeczek wina, Tokaj… bo jak że inaczej…

Szczególnie gdy w knajpce widzisz taką tabliczkę:)

To tak… o jedzeniu już było… zjadłam, co mi polecano + coś iście węgierskiego w ilości równie iście degustacyjnej:)

Zobaczyłam główne atrakcje, ale to nie był koniec.

Pani z biura informacji turystycznej poleciła mi zobaczenie Synagogi:

I parku a w zasadzie lasku miejskiego, gdzie znajduje się Zamek Vajdahunyad, a obok lasku Plac Bohaterów z 36 metrową kolumną, na której szczycie wznosi się Archanioł Gabriel.

Ale najciekawsze było to, że do lasku trzeba było dojechać metrem, linią pomarańczową M1, która obsługiwana jest przez zabytkową kolejkę elektryczną, pierwsze metro na świecie. Kolejka została wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury. Stacje metra, tak jak i sama kolejka pamiętają dawne czasy, przy czym są pięknie odrestaurowane i zadbane.

Ja nazwałabym podróż tą linią taką trochę podróżą w czasie:) Zdecydowanie polecam i dzięki Aniu za „cynk”:)

Wróciłam do centrum, ale nie był to koniec mojej podróży po Budapeszcie.

Przyszło mi jeszcze raz przeskoczyć na drugą stronę, ale wcześniej poczłapałam na brzeg Dunaju, aby zobaczyć wieczny pomnik zastrzelonych i spychanych do Dunaju ofiar Strzałokrzyżowców. 60 par butów… damskich, męskich, nowych i znoszonych, eleganckich i codziennych… ludzkich. Pomnik dość oryginalny, wzruszający, zimny i surowy, ale z wieczną pamięcią.

I w zasadzie finał mojej wycieczki… wspinaczka na najwyższy szczyt Budapesztu – Górę Gellerta:)

Znowu „na czuja”, z wielką niewiedzą z której strony ją podejść, jak wejść, a może wjechać:) Trochę próbowałam znaleźć w sieci, co gdzie i jak, ale finalnie… finalnie przejechałam na drugą stronę żółtym tramwajem, podeszłam do zbocza i ruszyłam do góry… ścieżek tyle tam, że idziesz jak chcesz, byle do góry, każda prowadzi na szczyt:)

A na szczycie… widoki są niesamowite. Szczególnie, że był to obrazek zaraz po deszczu i burzy…Wychodzące nieśmiało słońce, oświetlające Peszt dodawało uroku, magii, urody stolicy Węgier.

Na szczycie natomiast, przy południowej baszcie Cytadeli – Pomnik Wyzwolenia, zwany Statuą Wolności. Symbol miasta.

Dziękuję Gosia za polecenie mi Góry Gellerta. Wspięcie się tam zajęło chwilkę, zmęczone nogi jednak prowadziły do przodu, a oko… oko napatrzyło się na szczycie i serce uradowało urodą miasta, które na początku brudne i szare… odzyskało w moich oczach magię:)

🙂

po zejściu z Góry Gellerta zasiadłam na chwilę na kawę i odpoczynek, ponieważ „naście” godzin na nogach zrobiło swoje.

Zapadł zmierzch. Z zaplanowanych miejsc została Wyspa Małgorzaty, ale finalnie ją odpuściłam. Wolałam pospacerować po bulwarze nad Dunajem, obejrzeć podświetlone symbole miasta. Poczuć choć chwilę klimat Węgier. I posłuchać niezrozumiałego języka:)

Ostatni raz zrobiłam tramwajową wycieczkę wzdłuż Dunaju… było pięknie:)

 

Być może nigdy tam nie wrócę…

Na dobę… wydaje mi się, że zobaczyłam wszystko, co potrzeba:)

Jakbym miała dwa dni, pewnie zobaczyłabym to samo, ale na spokojnie.

To była zdecydowanie fajna wycieczka. Krótka, ale intensywna.

Nikogo nie poznałam, z nikim nie rozmawiałam … prawie. To był dzień ze mną i dla mnie. Nowe doświadczenie, które jeszcze bardziej przekonuje mnie do samodzielnego podróżowania. Póki co była to Europa, ale… mam chrapkę na więcej:)

Noc spędziłam na lotnisku, w zasadzie kilka godzin… Spałam:) Byłam na to przygotowana. Wcześniej stoczyłam walkę, wynajmować pokój na kilka godzin, czy koczować na lotnisku. Wygrało lotnisko, być może dlatego, ze rano miałam lot.

Trochę pospałam, trochę poleżałam, wypiłam kawę… popisałam (poprzedni post)…

I… skierowano nas na odprawę do wyjścia 19E… które prowadziło z na prawdę fajnego i nowoczesnego terminala do … baraku, gdzie odbyła się odprawa tanich linii lotniczych. No cóż… całe szczęście, że nie trzymano nas tam zbyt długo:)

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do wyjazdu do Budapesztu.

Ja sama pewnie tam już nie wrócę, ale jeśli mielibyście chrapkę na weekendowy wylot GDZIEŚ, dajcie znak… może tym razem polecę w towarzystwie.