Postanowiłam napisać w Lizbonie o Porto, żeby nie łączyć potem tych dwóch miast, które już wiem, że są mocno różne, bardzo inne, znacznie w innym klimacie…

Zakupiłam butelkę Vinho Verde, aby się lepiej pisało… ono smakuje mi zdecydowanie bardziej niż Porto, ale o nim nieco napiszę, bo warto.

Zanim doleciałam do Porto, a w zasadzie zanim w ogóle wyleciałam… postaliśmy nieco dłużej niż chwilkę na lotnisku w samolocie, bo… coś stukało. Z chwilki wyszło około 50 minut, co było mi dość na rękę, ponieważ i tak w planie było „koczowanie” na lotnisku do rana.

Nie kupowałam noclegu na tę noc z dwóch powodów – pierwszy, z racji tego, że nocowałam w hostelu w pokoju wieloosobowym, wolałam nie wpadać o 2 w nocy i szamotać się ze swoimi rzeczami (choć po kilku nocach w hostelach dwóch powinnam mieć to głęboko gdzieś, współmieszkańcy absolutnie na to nie patrzą, robią co chcą i o której chcą!). Po drugie – względy ekonomiczne, przecież lepiej wydać te pieniądze na wino:):):)

Po trzecie, w zasadzie pisałam o dwóch „ale”, ale jest i 3… ostatnie metro wyjechało po północy z lotniska, a pierwsze jest o 5:58:)

Los był dla mnie łaskawy… spałam w samolocie, drzemałam na lotnisku, więc ani mi się nie dłużyło, ani nie byłam zdechła do granic możliwości.

Pogoda w Porto nie była łaskawa… choć  dzięki temu zwiedzanie zaczęłam od Pasteis de nata:) Ale o tym za momento:)

Jeszcze w Polsce postanowiłam, że swoje pierwsze kroki skieruję nad Ocean, niby takie większe morze, ale jest siła, jest moc, jest potęga i mnie to rusza. Zdecydowanie mocno! Nawet nie macie pojęcia co się we mnie działo, jak widziałam te uderzające o skały fale. Obłęd:)

Porto przywitało mnie deszczem, a w zasadzie ulewą.

Z lotniska do centrum miasta dojeżdża się bardzo łatwo… metrem. Ja musiałam się przesiąść, ale później, jak chodziłam po Porto i widziałam gdzie się przesiadałam, to chyba wcale nie było to tak potrzebne.

Niby od stacji Sao Bento tylko 800m do hostelu, ale zdążyłam przemoknąć zupełnie… Niby kurtka przeciwdeszczowa, ale jednak ulewy to ona nie ogarnia:) Dobrze, że ją wzięłam:)

Co mnie zaskoczyło? Ciemność. W Porto o godzinie 7 jest ciemno jak w środku nocy. Rozjaśnia się między 7 a 8, bliżej 8. Bardzo mnie to zaskoczyło.

Około 9 wyglądało to tak…

W Hostelu zostawiłam swój plecak. Mogłam, pożyczyć parasol, ale… akurat przestało padać, więc uznałam, ze to ten właściwy koniec. Bardzo się myliłam.

Bardzo chciało mi się kawy… w końcu godzina 6, ja kilka już ładnych na nogach, a kawy nie było (na lotnisku wszystko zamknięte:(). Pastelaria (cukiernia/piekarnia) pojawiła się po około 2km, gdzie ku mojej uciesze za grosze zakupiłam Pasteis de nata (we wszystkie oprócz Belem nazywane są „nata”) i kawę…

A potem… zaczęło znowu padać, więc kolejne:)

Postanowiłam wyjść jak z ulewy przeszło w deszczyk… i po kilkuset metrach napotkałam supermarket, więc poszłam zorientować się, co w portugalskim supermarkecie można zakupić. Obejrzałam półkę z winami, pieczywem:) itd…

Znowu zaczęło padać… ale nic nie jadłam:) Mimo, że od deszczu szłam już z niezłymi wypiekami:)

Przy mżawce postanowiłam ruszyć dalej, w końcu byłam na jakimś 3 kilometrze z 6/7 do Oceanu… Jego siła ciągnęła mnie tak, że nie poddałam się i nie mogłam się zatrzymać:)

Mżawka przeszła w regularny deszcz… Byłam mokra, ale nie zła. Wyklinałam sobie trochę pod nosem, że głupia jestem bardzo, ale… Ocean, to Ocean… mamił mnie i wołał:)

Zmokłam bardzo…

Napotkałam kolejną cukiernie:)

Zjadłam tym razem Pao de deo (w końcu i tak było do spróbowania):)

Jest to bułka drożdżowa z kokosowo-budyniową pierzynką (można coś takiego znaleźć w naszej Biedronce, ale wierzcie mi… to nie to, co na świeżo):)

+ herbata na rozgrzanie:)

Ocean był prawie już… a mnie było w zasadzie wszystko jedno, czy będę mokra mocno, czy bardziej:)

Dotarłam i zaparło mi dech w piersiach:)

Serio, wywarł na mnie duże wrażenie:) To chyba ta siła sugestii we mnie siedziała. Że Ocean, to nie tylko większe morze, ale zdecydowanie większy żywioł, moc, potęga, siła…

Fale rozbijały się o skały. Pomosty/drogi do latarni/falochrony pozamykane (ale to pewnie jeszcze po huraganie).

Szłam dalej patrząc na Ocean i ciesząc się jak głupia, mijając koleje plaże, szukając kolejnego miejsca na ogrzanie, jedzenie/picie. Szłam przed siebie i było mi bardzo, bardzo dobrze:)

Dotarłam do plaży surferów, którzy mimo okropnej pogody walczyli z falami. Ale to jak z biegaczami, nie ma złej pogody:)

 

🙂

P.S. Vinho Verde zrobiło dobrą robotę po tym deszczowym spacerze:)

Do Hostelu wróciłam tramwajem, bo był już czas meldunku:)

Sam Hostel okazał się super. Rewelacja (mam już porównanie z tym w Lizbonie – Lizbona jest ok, ale Porto jest o klasę wyżej, pewnie dlatego, że nowy dość):)

Absolutnie dostaną ode mnie najwyższe oceny, za lokalizację, za pokoje, za wygląd, za wszystko. Na poczatku w pokoju 8 osobowym było nas 3, ale z nikim się specjalnie nie zaprzyjaźniłam:) hi hi

Jakoś tak wyszło.

Bluesock Hostel przy samym placu Riberia. Polecam całym sercem i całą sobą. Ode mnie mają 10 na 10.

Za czystość, za wygląd… Aaaaaa! I za śniadania:) Świeże bułeczki, świeżo upieczone rogaliki – pycha:) Ser, wędlina (nie wiem, czy dobra, bo bardzo mocno posmakował mi portugalski ser:))

Wieczorem… poznanie okolic miasta.

Już bez deszczu w całkiem fajnej temperaturze:) I Porto… Vinho Porto. Wynalazłam barek z Porto i winami, ale mnie interesowało to jedno. Na pierwszy rzut poszło… Porto White Dry (pomyślałam. Porto? Wytrawne?… Biorę:)). Jakież było moje zaskoczenie, ze owo wino nie jest DRY i daleko mu do tego. Słodkie jak cholera…

🙂

Po Białym było chyba Rose…

A potem nie pamiętam:) hihihih…

Oba słodkie, ale w Porto pijemy Porto:)

Na Brzegu Douro smakuje najlepiej:)

Aaaaaaaa… nie dodałam, że idąc w stronę Oceanu przechodziłam pod mostem Arrabida i zauważyłam coś takiego, co zwie się Climbing Bridge Porto i … postanowiłam się zapisać, bo czemu by nie:)

Dzień drugi… słoneczny:)

Postanowiłam zwiedzić drugą stronę rzeki Douro – Vila Nova de Gaia. Niby jedno miasto, ale jednak dwa… VNdG jest zdecydowanie bardziej kameralna. A nabrzeże zapełniają piwniczki winairni z Porto. Jedna z atrakcji, którą trzeba „zaliczyć”:)

Do Vila Nova de Gaia przechodzi się Mostem (Ponte Luis) górą… lub dołem. Oczywista oczywistość, że góra robi zdecydowanie lepsze wrażenie:)

Zobaczcie sami:)

🙂

Postanowiłam przejść przez Vila Nova de Gaia do Oceanu… No co ja zrobię, że tak mnie ciągnie:)

Miasteczko jest bardziej klimatyczne, choć w Porto też jest klimat, jest kumulacja ładnych miejsce blisko siebie:) Ale w Vila Nova de Gaia to chyba te winnice „robią robotę”:)

Chciałam do jakiejś iść, ale jakoś nie wiedziałam co, jak, gdzie… czytałam rankingi. Najfajniej iść do kilku. Posmakować, porównać…

Odłożyłam początkowo to na kolejny dzień:)

Dotarłam nad Ocean… plaża po te stronie jest skalista, ale da się odnaleźć nieco piasku. Cisza… szum fal rozbijających się o skały. Cudo. To było coś:)

W pobliskiej „biedronce” – Pingo Dolce… zakupiłam 2 Pasteis de Nata + Vinho Verde + cynamon:) (mam teraz swój własny):)

Smak cynamonu i jego zapach na zawsze pozostanie we mnie jako skojarzenie z Oceanem… a powiem Wam po cichu, że podgrzewane Pasteis w supermarkecie mogą smakować lepiej niż te zimne w kawiarni… choć nie tak jak te w Belem lub…. (ale to w dziale Lizbona):)

Ocean jest niesamowity i ma smak i zapach cynamonu:)

Wracając się zgubiłam po to, aby odnaleźć się w okolicy piwniczki firmy Ferreira (jedna z tych polecanych gdzie  w dobrej cenie można dostać super opowieść o winie Porto i zobaczyć co nieco i… oczywiście spróbować:)

Te piwniczki/hangary są na prawdę świetne.

Polecam każdemu takie odwiedziny.

Ja wybrałam premium tour – z degustacją 3 rodzajów Porto i… okazało się, że to czerwone – Ruby, jest najsmaczniejsze. Najlepsze i da się to normalnie pić:):):)

Dodam, że poznałam tam dwójkę Polaków z „mojego” samolotu, więc dodatkowo miło spędziłam czas  w towarzystwie:)

Ale… spóźniłam się na wspinaczkę na most. Miałam prze chwilę dylemat… gonić przez Most Luisa do Arrabidy (zabłądziłam, bo chciałam jakoś z Vila Nova de Gaia przejść na stronę Porto właśnie mostem Arrabida, ale się nie udało:))

Kolejny punkt wycieczki został odhaczony… Piwniczka Ferreira i degustacja 3 rodzajów porto to bardzo fajne doświadczenie. Koszt 15 euro (premium tour z degustacją 3 win, z 2 winami chyba kosztowało 12).

🙂

Climbing przy okazji został przełożony na kolejny dzień… uffff:)

Wspinanie samo nie było ani trudne, ani wymagające, ani ani trochę straszne, bo nic nie było widać pod nogami…

tyko boki, ale łuki mostu są tak szerokie, że nie ma opcji, aby ktokolwiek spadł, szczególnie, że i tak wchodzi się w uprzężach:)

Ale nie żałuję:)

Mieliśmy bardzo fajnego instruktora, zabawny i komunikatywny człowiek, który polewał na górze Porto do czekoladowych kieliszków:)

Jeśli ktoś będzie miał okazję… POLECAM!!! Koszt 15 eur  + 3 za zdjęcia (opcjonalnie):)

Wieczorem po wycieczce do Vila Nova de Gaia obowiązkowo musiałam zjeść coś z kuchni portugalskiej. Padło na grilowane sardynki:) Powiem tak… więcej zabawy niż smaku, ale „zaliczone”:)

Ostatni dzień po wspinaczce na most nie okazał się łaskawy… Znowu zaczęło padać…

Schowałam się w hostelu na chwilkę, ale nie udało mi się złapać zachodu słońca nad Oceanem…

Dzień wcześniej też się spóźniłam (wszystko przez to Porto, Vinho Porto)…

Ostatniego dnia zainwestowałam 5 eur w odwiedzenie Hogwartu:) hihihi… to księgarnia, z której czerpała inspirację autorka Harrego Pottera. Wstęp 5 eur… mnóstwo ludzi, ale… widziałam, byłam, zobaczyłam:)

Widziałam też „obowiązkowe” Koscioły i wieże…

Place i rynki:)

Zjadłam Croquetas z Bachalau (dorszem):)

🙂

I wyjechałam… pociągiem z dworca Campanha do Lizbony…

Ale przed wyjazdem wypiłam przy moście (nie mylić pod mostem) butelkę wina (szkoda, ze u nas nie ma takich 0,375):)

P.S. Korki mi nie straszne, korkociąg zabrałam z domu:)

I zrobiłam sesję wieczorną:)

I tym miłym akcentem kończę swoją sentymentalna podróż z Porto…

Ale spokojnie… niebawem Lizbona, a tutaj jeszcze więcej wrażeń:)

P.S. 2… zauroczyłam się Azulejos, ale może to przy kolejnym wpisie, bo tu w Lizbonie jest ich tak samo dużo:)

Podsumowując  -WARTO:)

Smacznie, ładnie, przystępnie cenowo:)

Chyba spodobało mi się w Portugalii:):):)