[Poniedziałek 12.02]

Na kuchence bulgocze barszcz…

Za oknem szczeka pies…

W powietrzu wisi… smog…

A ja…

… ja siedzę na kanapie i myślę, co tu napisać, bo myśli w głowie mam miliony… Chciałabym ubrać je w sensowną ładną całość, którą się będzie dobrze czytać. Niewątpliwie będzie w tym tekście lokowanie produktu… i to nie jednego. Pewnie znajdzie się nieco marudzenia, ale generalnie cel jest taki, żeby tekst był pozytywny, radosny, zachęcający…

obozybiegowe.pl

Pewnie niektórzy z Was znają Agnieszkę i Olka. A Ci, którzy nie znają, to mogą poznać, ponieważ organizują zajęcia dla biegaczy oraz obozy biegowe w górach. W tym roku wyjadą też z obozowiczami za granicę:) Chrapkę mam na Chorwację, albo którąś z letnich odsłon… ale niestety, muszę wybierać, bo mi urlopu nie wystarczy:(

Ja sama od niedawna chodzę na zajęcia Stability&mobility na halę na Siennicką 40 w poniedziałki na 18:30 (dzisiaj nie poszłam, bo… znalazłam w sobie całą masę wymówek mniej lub bardziej poważnych… ale dzięki nim ugotowałam gar zupy na cały tydzień:) Może dołączę do grupy środowej na Agrykoli. Poza tym biegam z wypiekami wg planów Agnieszki (a przynajmniej się staram). No i przeżyłam swój drugi obóz biegowy… i do tego zimowy:)

Jakby ktoś miał ochotę poznać to szalone biegowe małżeństwo, to wystarczy zajrzeć na ich stronę obozybiegowe.pl i znaleźć tam coś dla siebie:)

No ale do sedna…

Zanim wyjechałam na obóz uruchomiłam swoje zasoby wypiekowe i … stworzyłam obozowe ciastka:)

Korzenne z mąki pszennej i maślane gluten free z mąki kukurydzianej, ryżowej i ziemniaczanej:)

Rozpoczęłam obóz tak jak należy… z wypiekami:)

Niedziela 4.02 – pobudka 4:00, kawa, prysznic lub na odwrót… śniadanie i w drogę. Dowodziła Eliza (kierowca) a ja i Pati wspierałyśmy Elizę… hmmmm mentalnie;) Bo nawigatorem okazałam się beznadziejnym, ale w sumie … specjalista od nawigacji ze mnie żaden, bo nie jeżdżę autem, a po mieście, po nowych miastach chodzę „na czuja”:)

Dojechałyśmy około południa, aby pójść coś zjeść i pobiec na pierwszy trening obozowy – na Nosal. To było dla mnie zetknięcie z obozową rzeczywistością. Twarde i bolesne lądowanie z wyżyn „chciałabym” do „jestem tu i teraz”… Generalnie „zaskoczyła” nas zima. Śniegu takiej ilości to ja dawno nie widziałam. Bieganie w kopnym śniegu było dla mnie katorgą. Pierwsze dwa kilometry to było coś nadludzkiego dla mnie. Chciałam się poddać i z podkulonym ogonem wrócić do pokoju. Wytrwałam do końca.Wbiegłam na Nosal. Nie żałowałam. Organizm jakoś później się rozgrzał i było lepiej, zdecydowanie lepiej:) Było nawet całkiem fajnie! Widoków na Nosalu nie było szalonych, w zasadzie wcale ich nie było, bo śnieg i mgła, ale wbiegłam na samą górę, to liczyło się najbardziej! Wolność, przestrzeń, ludzie, życie…

(fot. A. Senk)

Poniedziałek 5.02 – pobudka 7:00, 8:00 – pierwszy rozruch! Pierwsze poznanie całej grupy, próba zapamiętania imion. Wstyd się przyznać, ale do tej pory mam problem z dopasowaniem niektórych imion do konkretnych osób:) Pierwsza poranna przebieżka, skłony, skipy i takie tam jeszcze rozruchowe ćwiczenia. Śniadanie – każde śniadanie, obiad i kolacja to uczta. Nie mogę narzekać, jedzenia było dużo i było całkiem niezłe:) Nie da się każdemu dogodzić, ale mogę spokojnie powiedzieć, że byłam usatysfakcjonowana:) Moje widzimisie bezglutenowe też zostało zaspokojone. Bułki wprawdzie przywiozłam sama, ale obiadowo nie mogę narzekać. Było bardzo ok!

Poniedziałek był dniem treningu w górach. Kuźnice, droga pod Reglami, Dolina Białego. Znowu początek – tragedia… możliwe, że dlatego, ze na górę. Pod górę. Śnieg, mróz… Widoki… bajka. Choć nie wiedziałam wtedy, co będzie następnego dnia:)

Wywaliłam się chyba ze 4 razy, ale nie wzięłam ze sobą raków… więc pretensje mogę mieć tylko do siebie. Wywrotki to głównie ślizgi w dół mniej lub bardziej niekontrolowane, ale i jedna „potyczka” z wystającym kamieniem:)

Ale było pięknie, było ciężko, było fajnie.

Z lekkim dreszczykiem zagrożenia lawinowego… ale na szczęście wszystko bezpiecznie się skończyło:)

Potem trening Stability i prio coś tam, bardzo trudne słowo:) W każdym razie piłki, berety, bosu… siła mięśni wewnętrznych. Bolało… Nie było łatwo. Wiem o tym, że moje mięśnie wewnętrzne nie są najmocniejsze i wiele jest do poprawienia, ale generalnie nie było tak źle. Ćwiczenia na beretach bardzo lubię… muszę wykombinować pompkę i dopompować swój… 😉

Wieczór zamykało rozciąganie i elementy techniki biegowej. Albo na odwrót, w zasadzie na pewno na odwrót, najpierw technika potem rozciąganie, które też bolało… Zastanawiam się, czy były choć jedne zajęcia na obozie, które nie bolały;) I chyba nie:D Ale nie twierdzę, że to źle. W zasadzie gdy boli, to znaczy, że poruszasz czymś nowym, pobudzasz inne części ciała, inne mięśnie.

Nie będę opisywać danych treningów, bo to trzeba przeżyć na własnej skórze. Z perspektywy „po” wszystko jest fajne i ta świadomość, że potrzebne… jakoś tak dodaje energii, by jeszcze kiedyś sobie taką sesję zafundować.

6.02 – wtorek. To dopiero był bajkowy dzień, bajeczny nawet. Warto było przyjechać do Zakopanego po to, aby zobaczyć prawdziwą Zimę! Najprawdziwszą na świecie:) Białą, mroźną, słoneczną, przepiękną!

Wtorek to był dzień krótszej (ale nie tej krótkiej) wycieczki biegowej. W sumie wyszło około 20km.  Wyruszyliśmy busem do Doliny Filipka, potem do Rusinowej Polany, przez Gęsią Szyję, Psią Trawkę do Murowańca. Ależ było zimno, ale i jak pięknie. Śnieg skrzył się, słońce świeciło, nogi same szły. Nawet pod górę, mimo zdecydowanie wolnego tempa, szły… aby wzbić się na szczyt i ujrzeć piękno zimowej natury. Mimo potwornego mrozu – na starcie chyba około -13, w czasie śniadania -16… w sercach było gorąco od przecudnych widoków! Miałam na sobie 4 warstwy ubrań (!!!), w słońcu jakoś tak ciepło było, w cieniu jakby w chłodniej… Zasypane szlaki, wąskie śniegowe ścieżki i te widoki. Aż się ciepło na sercu robi, jak się tak wspomina:) Chyba zakochałam się w zimowych Tatrach… a w zasadzie nie chyba! Na pewno!

A potem dłuuuuuuugi, fajny, ostry zbieg do Kuźnic:) To było niesamowite poczucie wolności. Pęd do życia, prędkość, siła, to była moja radość, mój uśmiech od ucha do ucha:)Mogłabym codziennie tak zbiegać:):):) Już chyba tęsknię i kto wie… może za rok… A może szybciej, ale w okolicznościach zdecydowanie bardziej letnich:)

Dzień był atrakcyjny nie tylko pod względem widoków, ale odwiedziła nas (na zaproszenie Trenerów) Julita Chudko, Fotograf i robiła nam sesję foto w Dolinie Gąsienicowej. To było ciekawe doświadczenie, szczególnie, że tak było zimno, że musieliśmy troszeczkę udawać, że jest nam ciepło i przyjemnie:) Generalnie było fajnie, ale ten okrutny mróz:) Biegaliśmy nie tylko do zdjęć, biegaliśmy też aby nie zamarznąć:) Ale nie ma co narzekać, gdyby nie mróz, to nie byłoby takiej widoczności, nie byłoby widać naszych pięknych Taterek! A tak… czekamy na efekty:)

[edit]

poniżej próbka:)

(fot. J. Chudko)

Wieczorem rozciąganie… ulga:)

[Wtorek, 13.02]

Środa – 7.02 – stadionowo. Rozruchu nie było, bo -9 rano… odwołany:) Nie powiem, mnie to dość uradowało:) Potem trening lekkoatletyczny i bieganie „200” na czas. Można się było zmęczyć. Fajnie, że to był czas dla nas, gdzie mogłam się dowiedzieć, że mam podnosić wyżej kolana, nie bujać barkami i takie tam… Rozciąganie… Dzień bardziej stacjonarny, ale oczywiście jak najbardziej „w planie”. Mimo nie najszybszego tempa, trochę tych „200” przebiegłam i czułam się dość usatysfakcjonowana.

Czwartek – 8.02 – krótka wycieczka biegowa nad Morskie Oko. Tak, tak… to TO Morskie Oko, gdzie po zmroku jest ciemno i szerzy się jedna wielka awantura, a ludzie są uwięzieni, TO Morskie Oko, gdzie mocno eksploatowane są koniki, TO Morskie Oko, gdzie panny udają się w szpilkach… albo japonkach:)

My natomiast byliśmy przygotowani na tę wyprawę jak należy:) Droga do schroniska, herbata, kanapka i dłuuuugi zbieg – wiem, powtarzam się, ale zamiast marudzić, lepiej wspominać to, co dobre:) No to jeszcze raz, fajny długi zbieg:) Pogoda już nie taka ładna jak we wtorek, ale dało się „złapać” coś całkiem ciekawego:)

A do tego tłusty czwartek.

Liczba zjedzonych pączków – 1. Dla tradycji. Bezglutenowych nie znalazłam, więc zjadłam, co kupiłam. Pączki to nie jest mój ulubiony deser, ale w sumie chętnie go pochłonęłam:)

Wieczorem indywidualne spotkania z Trenerami, na których omawiane były predyspozycje, plany, ścieżka biegowa. I co? Ano to, że po Ultraśledziu czeka mnie przyspieszenie. W zasadzie to nawet się tego spodziewałam, bo jeśli chcę dobrze pobiec półmaraton w maju, to nie ma innej drogi jak przyspieszenie.

Dlatego też… będę marudzić od początku marca:) Będę narzekać i strach pochłonie moje serce i duszę przed każdym treningiem:)

P.S. Od początku marca mam zamiar przejść na dietę, więc… nie będzie ze mną lekko;) Będę marudzieć podwójnie:)

Piątek – 9.02 – nie do końca dla mnie łaskawy dzień, ponieważ poczułam nieprzyjemne „ciągnięcie” w prawym udzie. Mimo tego nie wymiksowałam się z porannego rozruchu i poszłam na kolejny trening stadionowy, który skończył się dla mnie zaraz po tym jak się zaczął. Po konsultacji z Tymi, co się bardziej znają… poszłam do pokoju się „wyrolować”:) Zdecydowanie ważniejsza była dla mnie sprawność na TEN dzień, sobotę i długą wycieczkę biegową:) W zasadzie to rolowanie pomogło, bo kolejnego dnia trochę ciągnęło, ale nie bolało:)

Trening na sali „brazylijskie pośladki” dał nieźle … w pośladki:)

A potem już relaks – spotkanie z koleżanką, z którą ciężko się złapać w Warszawie:) Czasami życie bywa przewrotne. Ale fajnie, że udaje się takie akcje organizować! Tak się złożyło, że obie w tym samym czasie byłyśmy w Zakopanem:)

Rozciąganie…

Wydaje się, że to takie monotonne, prawie codziennie rozciąganie. Fakt, prawie codziennie, ale te zajęcia są całkiem fajne. Statyczne dość i może niekoniecznie przyjemne w odczuciu, bo jednak boli… ale świadomość ile dają dobrego nakręca do wyginania ciała i rozciągania mięśni:)

Sobota – dzień wyczekany, dzień przerażający, dzień wspaniały! 10.02 – długa wycieczka biegowa, kończąca Obóz Biegowy:) Siwa Polana, Polana Chochołowska, Iwaniacka Przełęcz, Dolina Kościeliska, Przysłop Miętusi, Dolina Strążyska. Malownicza trasa, trudna… mimo tego, że zaczęliśmy w zasadzie płasko, to od około 8-9km to „płasko” zamieniło się na mocno do góry! Ciężko było, bardzo! Ja na starcie chciałam biec z tą słabszą grupą. Udo trochę bolało, nie wierzyłam, że w ogóle dam radę… na szczęście Trenerzy nie pozwolili mi iść na narty:) Trochę żałuję, bo byłam w górach, ale na nartach nie zjeżdżałam, ale mam satysfakcję, że przebiegłam ponad 25 km w śniegu, zimnie, w warunkach niekoniecznie najlepszych, ale mogę potraktować to jako wyzwanie, któremu sprostałam! Przygotowanie do Ultraśledzia:) Podejścia były mordercze – jednak muszę popracować mocno nad siłą! Zbiegi – bajkowe. Widoki – no z tymi widokami szału nie było, bo chmury, śnieg i mgła, ale dało się coś wyłapać ładnego.

To był bardzo fajny dzień.

Kolejny raz moje „nie da się”, „nie wierzę, że mi się uda” zostało okiełznane i pokonane. Fakt, nie kłóciłam się mocno z Trenerami, bo chciałam przebiec cały kawałek, ale nie do końca wierzyłam, że się uda:)

Nie liczy się czas, w którym przybiegłam, liczy się to, że zrobiłam to, że czułam się świetnie w trakcie i po. Nie spodziewałam się, że ciągnąc się na końcu będę motywować innych do biegu, obstawiałabym, że inni będą wlec mnie do „mety”. Ponad 25 km może nie jest wielkim wyczynem, ale w takich warunkach jest. Dla mnie jest! Nigdy tak trudno mi się nie biegło. Ale kolejny raz przekonałam się, że nie dałam z siebie wszystkiego. Dobiegłam, wypiłam wino, wróciłam do „Kuranta” (nasza kwatera na czas obozu), wykąpałam się i mogłabym tańczyć, ale humoru nie było. Entuzjazm biegowy siadł i nie chciał powstać mimo fizycznie bardzo niezłej kondycji po biegowej. Poleżałam, porozmyślałam o tym i o tamtym i…

rozciąganie:):):)

Na koniec dnia… rozdanie dyplomów:) wino i pizza:)

Jak w szkole… oceny i dobre słowo od prowadzących.

Minęło 7 dni obozu w górach. Pierwszego mojego zimowego. Zmęczona byłam bardzo, ale wiedziałam, że dwa dni „po” będę tęsknić za górskimi szlakami… I wiecie co? Dzisiaj jest wtorek… już tęsknię.

[a dziś już jest środa i tęsknię jeszcze bardziej…]

I chyba zakochałam się w zimowych Tatrach! Jeszcze tylko muszę zarazić się letnimi i nie będę musiała szukać przygód za granicą… urlop w górach, to jest coś!

Żeby nie było… pokazuję cenzurkę:)

(tak wiem, „6” z zachowania wzbudza wątpliwości… tak, byłam grzeczna i posłuszna:) ta poprawka to trenerska a nie moja własna inicjatywa):) Prawda Aga i Olek?

Powrót niedzielny minął całkiem szybko i przyjemnie.

Zrobiłam nawet dwa prania… co by nie było, że obozowe brudy leżą tydzień w koszu.

Fajnie być w domu:)

Ale tęskno mi już za górami.

Kto wie… gdy finanse i czas pozwolą, to za rok znowu pojawię się w Kurancie:)

Dzięki Aga i Olek:) Obozy z Wami to fajna sprawa:)

To nie jest mój ostatni wyjazd z Wami:) Chciałabym jechać z Wami na majówkę i latem… ale marzę jeszcze o Chinach i chyba uderzę w tę stronę, ale … przebiegnę się po murze chińskim w buffce Obozy Biegowe z dedykacją dla Was:)

[Środa, 14.02]

Ostatnie słowo pobiegowe z lokowaniem produktów… oraz słownik pojęć obozowych;)

Willa Kurant – miejsce noclegowe

Dobra Kaloria – batony wspomagające wycieczki biegowe i „ochotę na coś słodkiego”

Julita Chudko – Fotograf, sprawca sesji zdjęciowej w Murowańcu

Kulomaty – fajne urządzenia dla dzieci i dorosłych do produkcji kulek śniegowych

Szarlotka – podstawa egzystencji schronisk w górach

Raki – nakładki na buty z kolcami… nie raz uratowały mnie przed bliskim kontaktem z zimnym podłożem

Karczma przy Młynie – jedna z fajniejszych knajp niedaleko Nosala ( w zasadzie między Nosalem a Skocznią)

Chrupki ziemniaczane Reksio – mhmmmmmm;)

Ech…

Kończę, bo i głodna jedzenia się robię i głodna wrażeń:)

Dzisiaj dzień zakochanych…

To mój dzień, bo kocham siebie, rodzinę, bieganie, pływanie, jedzenie, kawę, pracę (choć czasem jej nie), podróże, zdjęcia, kwiaty, chipsy, wypieki i gotowanie… oj dużo mogłabym wymieniać:)

Kocham pisać… i choćbyście przestali mnie czytać, to będę dalej pisać dla siebie:)

Dziękuję za uwagę!