[7.03.2018]

Jestem kobietą, więc wolno mi narzekać… no to sobie ponarzekam:)

Oj boli, boli…

Oj boli…

(koniec)

Czasami staram się to ignorować i udawać, że jest normalnie, że jest ok, ale mam wrażenie, że było źle, potem lepiej, a teraz średnio źle… Kiedyś narzekałam na nogę prawą, a teraz lewą… a co! lewa poczuła się niedopieszczona… Jak każda kobieta… źle jej, to bunt!

No to mam.

A tak bez żartów, to lewy czworogłowy padł… ale powstanie. Już mi Pani Trener zapowiedziała, że chętnie weźmie mnie na siłownię i poustawia pośladki, bioderka i kolanka… W sumie, to poszłabym, ale chyba jak mnie już nie będzie bolało:) Teraz to ja mogę co najwyżej przykulać się na basen, aby popływać na rękach… z których jedna nadal pobolewa, ale to już 4 miesiąc, więc powinno zaraz przestać:)

Do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy Śledzia biec.

Noga pobolewała, fakt delikatnie, ale nie był to stan idealny.

Pojechałam do Supraśla, bo miałam ciastka do przekazania:)

W końcu biegam z wypiekami, to najpierw wypieki a potem bieganie…

(dzięki Gonzo za foty)

Odebrałam pakiet i przeprowadziłam ze sobą moralną rozmowę… zdecydowałam…

Biegnę!

Na start podwiózł mnie Brat.

[18.03.2018]

Strasznie długo czekałam na wenę…

I przecież niby nie biegam, więc czasu jakby więcej… a jednak:)

Ale wracając do Supraśla.

Podwiózł mnie Brat, który sam był wolontariuszem. Musiał wstać wcześniej, ale mocno nie protestował:) Ufffff… zimno było bardzo, nawet bardziej niż bardzo. Okropnie było zimno, dlatego schowałam się w namiocie, , jakaś tam atmosfera cieplejsza była, bo gorąco, to nie, chyba, że w sercach, ale warstwy ubrań nie pozwoliły temu gorącu przeniknąć.

Start 6:00, lekki półmrok, ale czołówka zdecydowanie zbędna, więc szybko znalazła się w plecaku.

Pierwsze kroki i pierwsze „testowanie” nogi… wnioski… „daje rade”.

Pierwsza prosta, pierwszy kawałek asfaltu, pierwszy kilometr i las! Las, las, las. Górki, dolinki, wejścia, zbiegi, bardzo fajny jest ten kawałek. Ciągle coś się dzieje:) Cały czas testowałam nogę, czy jest gorzej, czy dam radę, czy mam się poddać. O poddaniu się nie było nawet mowy:) Było dobrze, bardzo dobrze. Czołówka wyścigu dawno była na przedzie, ale ja nie byłam sama, sporo jeszcze obok mnie osób się kręciło. Poznałam Marka (Prawosławnego Batiuszkę) i Adama. Obaj z podobnym nastawieniem, jak się uda to 80, jak nie to chociaż 55, w skrajnym przypadku… zejście z trasy. Minęło już sporo czasu, nie analizowałam wyników, mam nadzieję, ze Marek dobiegł, Adam podzielił mój los… 40 km…

(dzięki Pina za łapanie nas na trasie)

Zanim zdecydowałam uświęcić kilometr czterdziesty i przenieść mentalnie tam swoją Metę, miałam szansę zejść z trasy wcześniej. Pierwszy punkt odżywczy był w Ogrodniczkach, na około 19 kilometrze. Ale w Ogrodniczkach czułam się dobrze, bardzo dobrze. A może zbyt dobrze?

Uroki trasy Śledzia od Supraśla do Ogrodniczek tak mnie omamiły, że nie było nawet mowy o tym, żeby zejść właśnie tam. Owszem, jak zawsze Wolontariusze na Medal ( w tym mrozie to gratulacje i podziękowania jeszcze większe i uściski jeszcze mocniejsze niż rok temu). Wymarzli się mocno, ale dali radę. Dzięki Wam ten bieg ma sens, jest tak fajny i tak ciekawy! Dzięki wielkie Wielcy Wolontariusze!

Na punkcie szybkie siku w „krzakach”, bo gęstych krzaków zimą raczej długo by szukać:)

Bałam się przeziębienia pęcherza po tek „akcji”, ale wszystko było w porządku. Jak widać nie każde sikanie na mrozie i wietrze może powodować choroby:) Szczególnie gdy w ciele krąży Ci adrenalina!

Kolejny etap był nieco dłuższy, bo 22 km (Królowy most, punkt odżywczy i moja samozwańcza Meta były na kilometrze 40). Wybiegłam z Ogrodniczek z 40 minutami zapasu. Spotkałam po drodze Brata, który był Wolontariuszem i spisywał „przebiegniętych” biegaczy:) Nic jeszcze wtedy nie wskazywało, że za kilka godzin będę wzywać Go na pomoc:)

Odcinek dłuższy, ale znacznie łagodniejszy. Nie brzydszy, bo ciągle leśny. Bez dużych podejść i zbiegów, z prześwitami, gdzie hulał wiatr. Ten wiatr dawał mocno w kość, przenikał do wnętrza, schładzał nawet gorącą krew. Kryzys miałam na kilometrze 30… nie kryzys głowy, nie kryzys bólu, to był kryzys zmarzniętych rąk. Skostniałych do tego stopnia, że zdecydowałam się na wyjęcie chemicznych ogrzewaczy, które… nie zadziałały. Czaiłam się i czaiłam, walczyłam o rozgrzanie ruchem i jak już zdecydowałam się na akcję „chemia”, to ta miała mnie gdzieś. Może sama przemarzła na tyle, że nie chciała się utlenić:) Mój poziom rezygnacji i wkurwu był na tyle duży, że ręce się ogrzały same. OD tego momentu postanowiłam, że nawet na chwile nie przestaję nimi ruszać:)

Odcinek około 30 kilometra nie był już dla mnie łatwy.

To, czego się bałam w zasadzie wcale mi nie przeszkadzało. Głowa podawała, była silna, chciała, bardzo chciała. Siła była, sporo nawet tej siły miałam. Ale noga już mi zaczęła ciążyć. Nie, nie bolała mnie mocno, bolała nadal delikatnie, ale dyskomfort poruszania nią był mocno zauważalny (w porównaniu do drugiej nogi). Między 30 a 38 kilometrem stoczyłam walkę z rozumem, bo przecież mocno nie bolało… Zimno było bardzo a ja mocno zwolniłam i zaczęłam mocno myśleć o tym, jaki to ma sens… Ile jeszcze dam radę i skoro zaczynam się męczyć, to czy mam sobie coś udowadniać. Chciałam dobiec do punktu odżywczego i zdecydować, ale … ale zdecydowałam wcześniej.

Na 38 kilometrze zadzwoniłam do Brata, poprosiłam o zdjęcie mnie z trasy. I wiecie co najbardziej boli… to że rezygnujesz mimo tego, że wiesz, że masz siłę w głowie. Zwykle to głowa mi odpada, tym razem odpadła noga… jak się okazuje głowa mocno tę nogę trzymała, sama byłam zadziwiona jak mocno. Ale to za chwilkę:)

Dobiegłam do punktu odżywczego w Królowym Moście z zapasem 20 minut do limitu. Spokojnie zdążyłabym zjeść i ruszyć dalej. Ale decyzja była podjęta. Dobiegłam – tak! nie doszłam, ja wbiegłam na metę. Może nie z radosnym uśmiechem, bo w zasadzie wiedziałam, że to koniec, ale dobiegłam.

Oświadczyłam, że zostaję. Oddałam chip, wyłączyłam zegarek, zjadłam zupę i … poczułam, że nie mogę stanąć na nodze. To było jak uderzenie. Jeszcze kilka minut temu biegłam, szłam, nie kulałam, a teraz nie mogłam nawet na niej stanąć. W ogóle jakiekolwiek obciążenie nie wchodziło w grę. Pierwszy raz w życiu odczułam, jak adrenalina wpływa na organizm. Dopóki walczysz ciało walczy z Tobą, mimo tego, że nie czuje się najlepiej mózg wmawia mu, że da rade jeszcze trochę… (na odwrót, niestety też tak działa, gdy głowa nie chce to i cało się poddaje). To był dla mnie szok. Że tak nagle złapał mnie tak mocny ból. Ból, który został ze mną całą sobotę, całą niedzielę… został ze mną do dzisiaj.

Mimo tego, że minęły 3 tygodnie od Ultraśledzia, to ja nadal mogę sobie pomarzyć o bieganiu… Nie ma na to najmniejszej szansy. Chodzenie jeszcze boli i napinam nowe, nieznane mi mięśnie, a co mówić o bieganiu.

Ale wiecie co?

Pewnie wiedząc, jak to się skończy… zrobiłabym to jeszcze raz!

W końcu „pyknęłam” sobie prawie maraton:)

To było niesamowite przeżycie. W tym mrozie… tyle godzin.

Dla jednych głupota, dla drugich szacun na dzielni.

Dla mnie… nowe wyzwanie. Fajna przygoda.

Nie żałuję, że pobiegłam.

Mój organizm pokazał mi, że muszę robić coś ponad to, co robię do tej pory. Wzmacniać się, wzmacniać i jeszcze raz wzmacniać…

Ale nie ma tego złego… więcej pływam i coraz lepiej się czuję. Jeszcze fajniej.

Zbieram się mentalnie, aby spróbować rower…

Postanowiłam kilka rzeczy zmienić, zobaczymy jak długo to podziała i ile z tym wytrzymam:)

Ale to w kolejnej notce… mam nadzieje, że szybciej niż za miesiąc:)