Jak będę pisać z taką częstotliwością, to sama sobie wróżę powodzenie wszelakie.

Muszę usiąść i pomyśleć, jak ma wyglądać ten mój blog. Ile ma tu być o bieganiu, ile o wypiekach, a ile o podróżach z wypiekami.

Widzę jedną zależność … nie ma biegania… nie ma wpisów. W końcu na tym się to opiera, ale chciałabym się tutaj dzielić również podróżami, które chcę łączyć z bieganiem, tylko nie zawsze mi to wychodzi, ale czas to zmienić.

Będzie bieganie, będzie zwiedzanie, będą wypieki, będzie spalanie, będzie pokazywanie, tak chyba powinno to wyglądać, szczególnie, że moje sprawności fizyczne są już ok, tylko głowa ma deficyt motywacji. Jak już naprawię nieco głowę, to pojawi się tu to wszystko, o czym napisałam kawałek wyżej:)

No ale tytuł dzisiejszy wskazuje na  Lublin.

W lublinie nie biegałam, ale…

Postanowiłam popełnić tę notkę, gdyż znam kilku podróżników i może moje wypocone relacje wycieczkowe natchną kogoś na wycieczkę.

A Lublin jest bardzo miłym miejscem wycieczkowym. I na pewno powinien się znaleźć na liście „do zobaczenia”.

Dojazd do Lublina, to około 2,5-3h. Autobusy, busy, pociąg. My (bo pojechałam z Maugo), wybrałyśmy pociąg… bo wygodniej. Wyjechał (o dziwo!) planowo, ale w polu miał dłuższy postój i dotarłyśmy do celu około 20 minut później. Spacerkiem wybrałyśmy się do naszego Hostelu Lolek (ul. Bernardyńska 9) i ku naszemu szczęściu, nasz pokój okazał się wolny i gotowy do przyjęcia gości. Szybkie wypakowanie + przebranie spodni długich na krótkie (jak dobrze, że je zabrałam) i w miasto.

Ale zanim o mieście kilka słów o hostelu. Miejsce przyzwoite tak jak i cena. Bardzo blisko Starego Miasta. Okno nasze (pokój 11) wychodziło na ulicę Bernardyńską i było dość głośno, ale hostel zadbał o korki do uszu:)

Czysto! Wygodne łóżka, czysta, świeża, pachnąca pościel. Śniadanie w cenie – oczywiście nie są to świeżo wypiekane bułeczki z dżemem i pleśniowe sery, ale chleb, wędlina, ser i jakieś smarowidło jest. Płatki i mleko też. Zabrakło mi warzyw, ale przecież nie każdy je warzywa, a szkoda:)

Cel 1 – Piekarnia z podobno najlepszymi cebularzami w mieście. 

Lublin słynie z cebularzy, a sama historia o ich powstaniu przekazywana jest z pokolenia na pokolenie.Te najlepsze podobno kupuję się w piekarni Kuźmiuk na ul. Furmańskiej 4. Tylko trzeba uważać wielkomiejscy goście… piekarnia zamyka się w sobotę o 12:00!!! A w niedzielę jest nieczynna. Nam się udało podwójnie, nie dość, że zdążyłyśmy, to udało się nam zakupić ostatniego cebularza… I choć nie jestem fanem „pizzy z cebulą”, to ten wyglądał imponująco i był smaczny… no i był numerem 1 do „zaliczenia w Lublinie”.

Cel 2 – deser po śniadaniu i po obiedzie:) Lody.

Chwalono Bosko, chwalono Anabilis i… dla mnie wygrywa Bosko za wielość smaków, fakt, nie są tak kremowe i śmietankowe jak w Anabilis, ale tu miałam problem aby wybrać ten właściwy smak pośród chyba 30:) W Anabilis skromne 6… W Bosko byłam dwa razy. Porzuciłam wstrzemięźliwość od glutenu i pszenicy i wybrałam smaki – ciasteczka korzenne:) a potem migdał i mascarpone z orzechami pini. Ciasteczka wygrały:)

Cel 3 – Stare miasto. Zwiedzanie.

Kamieniczki, zakamarki, kawiarnie, restauracje, patio ze stolikami. Może i Stare Miasto w Lublinie nie jest wielkie, ale dość klimatyczne. Ładnie tam i przyjemnie. Można znaleźć ciekawe kamienice, jak choćby ta w koty. Część z nich pięknie odnowionych, a zaraz obok druga część jakby w remoncie:)

Cel 4 – Perła po raz pierwszy.

Pierwszy traf – Trybunalska Lublin City Pub z fantastycznym patio:) Bardzo mi się spodobało. Nic nie jadłam (ukradkiem dokończyłam swojego cebularza), ale Perła została wypita. Dlatego nie wypowiem się w kwestii doznań kulinarnych i nie zachęcę lub nie zniechęcę do odwiedzin. Choć ciasta i ciasteczka w lodówce wyglądały imponująco i kawę parzoną alternatywnie mieli… za to duży „+”:)

Pokażę Wam to patio. Wcale a wcale nie chciało mi się stamtąd ruszać. Ale Lublin czekał:)

Cel 5 – Pechowy kamień.

Czytając bloga @Tasteaway dowiedziałam się, że  w Lublinie jest pechowy kamień. Blogerzy nie napisali gdzie ani jak go znaleźć. Trafiłyśmy z Maugo przypadkiem. Na szczęście go nie dotknęłam, choć i tak pech mnie spotkał jeszcze tego samego dnia (zmarła mi Babcia). Legenda mówi, że gdziekolwiek kamień był, przynosił pecha. Przez jakiś czas służył katowi, do ścinania głów, dlatego też nie bez powodu wisi nad nim takowy znak:)

Cel 6 – Zamek

Budowla jakby w niezamkowym stylu. Bez wieży z królewną i baszt. Chociaż jednak na dziedzińcu zamkowym można znaleźć jedną basztę – donżon – romańsko-gotycką. Można na nią wejść i obejrzeć panoramę miasta. W samym zamku mieści się muzeum lubelskie, a ja… jak wiadomo na sztuce się nie znam i obrazy nie zawsze do mnie przemawiają, pominęłam to miejsce.

Cel 7 – Brama Krakowska

Powinna się ona znaleźć pewnie wcześniej, ale przecież nie będę zmieniać nagle całej kolejności:) Bramę widziałyśmy kątem oka pędząc po cebularza, czyli nawet jest to nasz numer jeden:) Symbol miasta. Wskazuje kierunek na Kraków, jak mówi sama nazwa. Obecnie w bramie mieści się Muzeum Historii miasta Lublina. Poda Bramą Krakowską przechodziłyśmy chyba ze dwadzieścia razy:)

Cel 8 – Lubelska trasa podziemna

Jej długość to około 300m. Wytyczona jest pod Starym Miastem, a wejście do niej znajduje się z boku budynku Trybunału Koronnego. Wstęp 12 zł. Przejście trasy to nic innego jak wędrówka po kilku poziomach piwnic wykopanych przez handlarzy, właścicieli kamienic. Niektóre sięgają do 12 metrów w dół i temperatura na najniższym poziomie utrzymuję się na stałym poziomie około 7 stopni przez cały rok. Podczas zwiedzania można zobaczyć makiety obrazujące powstanie Lublina i swoisty „teatrzyk” prezentujący pożar miasta. Jeśli ktoś by mnie zapytał, czy warto? To nie wiem, co odpowiedzieć. Chyba tak. Koszt niewielki, a samo bycie tyle metrów pod ziemią i wędrówka wyobraźni do dawnych czasów warte są poświęcenia 40 minut czasu i kilku złotych. Wyjście trasy znajduje się przy Placu po Farze, gdzie znajdują się fundamenty (nie oryginalne) najstarszego Kościoła parafialnego w Lublinie.

Cel 9 – Sielsko-anielsko (restauracja) + Perła po raz drugi

Obiadokolacja z czekadełkiem (tak tak, to czekadełko przymyka głodomorom buźki przed komentowaniem czasu oczekiwania, bo trochę to trwało, ale ludzi było sporo):)

Fajna, swojska restauracja z polskim jedzeniem. Znajdą się tam kopytka, pierogi, placki, kluski, mięsa wszelakie. Sielsko, to idealnie pasuje do klimatu i do tego, co serwuje knajpka. Nikt raczej nie wychodzi stamtąd głodny:)

Cel 9 – Perłowa pijalnia piwa + Perła po raz trzeci

To mi się podobało.  Czaiłam się na Perłową od rana, bo naczytałam się u @Tasteaway, że mają obłędne Biramisu i musiałam tam pójść. Musiałam. I tu posmakowała mi nowa Perełka… Porter Bałtycki, Perła. No i oczywiście TO Biramisu.

Zastanawiam się jak to zrobić we własnym domu:) Na pewno przydałby się Porter Bałtycki:) I kawa i mascarpone, ale jak to wszystko zamieszać, żeby wyszło takie dobre:)

Sama Perłowa wygląda dość specyficznie, ale fajnie. Wnętrze niewielkie z owalnym barem, do którego można a nawet trzeba się przysiąść, gdyż w ciepły wieczór szansa na wolne miejsce na patio jest w zasadzie żadna:) Lustra na suficie i na samym środku konstrukcja  z butelek. Nie zrobiłam zdjęcia, ale spokojnie można obejrzeć na Fb lub na ich stronie. Polecam, oczywiście.

Cel 10 – Lublin nocą (Fontanny, Stare Miasto, Pomnik Unii Lubelskiej, Krakowskie Przedmieście, Plac Litewski)

Wieczorny spacer po upalnym dniu był bardzo przyjemny. A Krakowskie Przedmieście pękało w szwach. Ten deptak mieści ogrom ludzi;) Chcąc nie chcąc trafiłyśmy na pokaz fontann. W Warszawie nie byłam a trafiło się w Lublinie:)

Podświetlone pomniki, budynki, klimatyczne Stare Miasto zachęca do odwiedzenia go wieczorem, gdy temperatura spada i spacerowanie staje się bardzo przyjemne.

 

Cel 11 – Lublin miasto poezji

W Lublinie można spotkać wiersze. Na ścianach, na schodach, na budynkach. Zachęcają one wędrujących do zatrzymania się na chwilę, przeczytania, zastanowienia się, krótkiej analizy. Zostają w głowie i sercu. Bardzo mi sie ta inicjatywa spodobała.Ciekawe jakby wyglądała Warszawa ubrana w poezję:)

Cel 12 – Muzeum Wsi lubelskiej (skansen)

Bardzo lubię skanseny, dużo tam inspiracji, ale jak jest taaaaak gorąco, to nie chce się chodzić aż tyle:) Szczególnie, że w Lublinie był bieg (noszzzzz… musieli biegać, żeby autobusy miały zmienioną trasę):):):) i zdecydowałyśmy się iśc pieszo. Niby 5 km, ale jednak „na patelni”, to już daje trochę w kość, a raczej w głowę:) Dotarłyśmy, ale na miejscy już jakoś tak nam się nieco odechciało:) Ale miejsce fajne, bardzo przyjemne. Zielone. Koniki i kozy, rosnące ziemniaki i kapusta… jak dawniej na wsi:)

Zawsze nowy skansen porównuję do tych, co widziałam wcześniej i chyba żaden, nawet ten najpiękniejszy nie przebije tego w Sztokholmie i tego w Tallinie. Dlaczego? Ano dlatego, że tam oprócz zwierząt tętniło życie. W Sztokholmie była np wiejska piekarnia, gdzie wypiekały się bułeczki, którymi pachniało już z daleka… a w Tallinie (zima) w domkach ich opiekunowie np. smażyli kotleciki lubi placki ziemniaczane. Można było się częstować i wrzucić jakiś grosik:) Bardzo mi się to podobało i jak widać utkwiło w pamięci.

W Lublinie było przyjemnie, pierwszy skansen gdzie był pokazany sklep, dentysta i sztuczne zęby, restauracja, fryzjer, poczta, krawiec.

Cel 13 – U Szewca

Obiad przed podróżą? Czemu nie. Tym razem już bez Perły. Zważając na to, że piwa nie pijam ze względu na pszenicę, jęczmień i gluten, to jeden dzień pijaństwa wystarczy zdecydowanie, nadrobiłam za cały czas nie picia piwa:) Maugo poleciała klasykiem – burger i był chyba w porządku. Żadne z nas koneserki i znawczynie, ale spałaszowała ze smakiem. JA wzięłam coś bardziej lokalnego – placek z kaszy gryczanej z twarogiem i ziemniakami + warzywne ratatouille (bardzo trudne słowo, hihi). Było smacznie, ale nie obłędnie. I też mam ochotę coś takowego upiec:)

Cel 14 – Central Park, czyli Park Saski

Niedaleko centrum miasta, spokój cisza. Zieleń. Most zakochanych. Spacerowicze, biegacze. Chill:)

Cele nieosiągnięte

Nie udało się nam wejść na Wieżę Trynitarską, bo jak mogłyśmy, to nie miałyśmy gotówki… a jak miałyśmy gotówkę, to było zamknięte (sobota do 16;30!!!!!!) a w niedzielę nie starczyło nam czasu (znowu, wszystko przez tych biegaczy:)).

Ja chciałam do Majdanka, Maugo nie. W sumie i tak zabrakłoby nam czasu, więc nie płaczę, ale wiem też, że nie ogarnęłybyśmy tego wszystkiego w jeden weekend.

Kościoły – jakoś dziwnie zostały pominięte wewnątrz. Obeszłyśmy kilka z zewnątrz a nawet nie zajrzałyśmy:(

Stary Kirkut – trochę żałuje, to mogła być magiczna wizyta.

Ogród Botaniczny – byłyśmy obok, ale wybrałyśmy Skansen:)

 

Lublin to ciekawe miasto.

Mogłabym w nim żyć:)