7 lipca 2018…

Ukraina, miejscowość Zhdenijevo… w zasadzie prawie jak zapomniana wioska na końcu świata z wypasionym centrum sportowym Extreme:)

Pseudoasfalt z dziurami jak w szwajcarskim serze i żerujący na gościach policjanci:)

Brak oświetlenia we wsi…

Jeden klub, dwa spożywcze sklepy… piwo jest!

Zacznę od minusów, który nie jest aż taki poważny, żeby zniechęcić mnie do startu w przyszłym roku:) Jest nim droga. Mimo, że tych kilometrów nie ma kolosalnie dużo, to jednak trzeba przekroczyć granicę, co jednak sporo wydłuża trasę. Na szczęście Organizatorzy (nie przypadkowo pisze przez wielkie „O”, gdyż spisali się na medal) pomyśleli o wszystkim i przed biegiem znacznie przyspieszyli nam przejście granicy, załatwiając bezkolejkowy wjazd na nią:) Samo przejście granicy zajęło nam (w wersji uprzywilejowanej) 3h, ale wspomnienia mamy kiepskie. Chodzi głównie o chamstwo tam panujące, gdy z 3, czy nawet 4 pasów trzeba zjechać do jednego! Następuje wpychanie się na centymetry i wygrywa odważniejszy i „silniejszy”. No cóż… przejście terminala Ukraińskiego to szereg formalności, kontrola paszportowa, kontrola dokumentów auta, skany, kopie, sprawdzanie bagażnika, wywiad i … vytajemo vas v Ukrayni:)

Droga proponowana przez organizatorów… bardzo w porządku. Tylko korek na obwodnicy Lwowa, ale pewnie nie ma go tam cały czas:) Trafiłyśmy na godziny szczytu, więc nie ma co się dziwić:)

Im dalej w góry, tym więcej zakrętów, pięknych widoków i drogi nadal całkiem niezłe:)

Dostąpił nas zaszczyt wjechania w teren górski niedługi czas po deszczu… co skutkowało niesamowitymi widokami pary wznoszącej się nad drzewami, cudo… a do tego zachodzące słońce.

To było nasze pierwsze Och! A za nim nastąpiło … Ach!

Prawie do samego Zhdenijeva jedzie się (jak wspomniałam już) przyzwoitą trasą. Wyprzedzanie na „trzeciego” to norma… Jednak kilkanaście kilometrów przed wsią skręca się w prawo i tu następują piekielne ciemności… i dziura za dziurą, poganiająca dziurę. Gdyby nam padło auto w danym momencie, umarłabym chyba ze strachu:) Taki swoisty ukraiński off road:)

Na szczęście dojechałyśmy… do Zhdenijeva… ale biura zawodów, jakby nie było…

Zaczęłyśmy w popłochu szukać na stronie, gdzie to miało być, mapa nas kierowała jakąś setkę kilometrów dalej… delikatnie spanikowałyśmy, ale ruszyłyśmy dalej:)

Przejechałyśmy całą wieś. Ciemno, głucho, pusto… żywego ducha (co później okazało się nieprawdą… o czym będzie w akapicie pt. „mandat”). Ruszyłyśmy dalej… ufffff, jakby we wsi, ale trochę poza nią, ośrodek sportowy Extreme. Odebrałyśmy pakiety, poczułyśmy atmosferę… na pierwszy rzut okiem i słowem czuć było, że to bardzo dobrzy ludzie, że to bardzo fajna organizacja, ze to dobre miejsce:)

Pokręciłyśmy się i około 23, w zasadzie to może i pół godziny później, zdecydowałyśmy wyruszyć w poszukiwaniu naszego hotelu:)

Nie zdążyłyśmy wyjechać z tej „spokojnej i pustej wsi” i zawisła nad nami groźba mandatu…

„mandat”

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, a za nami … policyjne koguty. Porucznik, czy tam podporucznik nas przywitał, poprosił o dokumenty i zawiadomił nas, że … nie działa podświetlenie tablicy rejestracyjnej z tyłu, co skutkuje mandatem w wysokości 170 UAH do opłaty w banku… Nie myśląc zbyt długo (pierwszy raz w życiu chciałam przekupić policjanta), zapytałam ile to kosztuje bez mandatu. Niby wydał się zainteresowany, niby nie, ale po powtórzeniu pytania i zauważeniu, ze wyciągam pieniądze, powiedział, żebym wysiadła. Wysiadłam, wręczyłam Panu 100 UAH, dostałam dokumenty i pojechałyśmy, a w zasadzie wytrząsłyśmy się do naszego hotelu, licząc ile nas owy „mandat” kosztował. Po doliczeniu się około 14 zł… stwierdziłyśmy, że takie mandaty, to można płacić i nie opłaca się nam na siłę szukać żarówek do tablicy rejestracyjnej:) Panowie rozweselili nas na koniec dnia.

Hotelu szukać nie trzeba było.

Doprowadziła nas nawigacja, a i widać go było z daleka:) Brawa właścicielom za neony.

Nie powiem, że byłam zdziwiona, bo nie byłam, w związku z tym, że na parkingu większość aut, to były auta polskie:) Czołem Biegacze z Hotelu Natali!

Pokój duży, przestronny, z balkonem.

Mieli nam dostawić tapczan, ale mieli też coś za ten tapczan doliczyć, a cena została ta sama, a tapczanu nie było, ale jakoś się dało. Choć dziewczynom na kanapie na pewno nie było tak wygodnie, choć zarzekały się, że jest ok… zamieniać się nie chciały…

Nakupowałyśmy jedzenia… z jednej strony to dobrze, bo sklepu to tam zbyt blisko nie było:) To taka dobra rada na kolejny rok, macie coś ulubionego, to weźcie. Choć jestem przekonana, że sklep w Zhdenijevie to za rok będzie miał zdecydowanie większy asortyment:)

A z drugiej strony… no cały stół żarcia:)

Śniadanie… co komu pasuje.

Ja tym razem kanapkę z mięchem:) Pierwszy raz też na trasę zrobiłam kanapki i doszłam do wniosku, że nie jest to zła opcja. Nie wiem, jak się sprawdzi przy minus 15, ale gdy jest na plusie, to całkiem ogarnia. Nie byłam głodna na trasie mimo tego, że rosołu prawie nie jadłam:) Gdy bieg jest dłuższy to batony i żele bardzo szybko mi się nudzą, ileż to można jeść słodkie… wolałabym chipsy:) Zrobiłam sobie mini kanapki sztuk trzy z salami i serem i wiecie co… strzał w „dziesiątkę”!

Będę to praktykować! Zdecydowanie!

Start nastąpił o 10:00 czasu lokalnego.

Na odprawie uprzedzono nas, że mogą się zdarzyć kawałki trasy bez tasiemek, gdyż lokalsi nie ogarniają tematu i zrywają wstążki i ozdabiają nimi drzewa:) Na szczęście miałam wgrany track, czułam się bezpiecznie. Choć sama ze sobą bezpiecznie się nie czułam.

A już mówię dlaczego…

Ostatnie moje terenowe poczynania miały miejsce pod koniec lutego, podczas biegu Ultraśledź. Wtedy to, miałam przebiec 55 km, choć pakiet miałam na 80… Zeszłam na 40, bo noga mi ciążyła, ale nie bolała… po oddaniu chipa, wyłączeniu zegarka i zjedzeniu zupy… zaczęła tak boleć, że wyłączyło mnie to z biegania na kolejny czas… Ech ta zupa… I znowu kontuzja…

Po masażach nadszedł czas na szukanie przyczyny i została zdiagnozowana krzywizna stopy lewej… a to by się nawet zgadzało:)

Leczenia brak, stabilizacja jedynie w postaci klinów pod wkładki.

A wszystko jakieś 1,5 mies przed Bojko Trail.

Zapytałam wtedy Oli (Ola mnie zdiagnozowała i wysłała do specjalisty od stóp)… czy z jej punktu widzenia powinnam biec. Odpowiedziała mi dyplomatycznie, że wydolnościowo, to może bym i ogarnęła (w końcu pływałam i jeździłam na rowerze), ale moje mięśnie nie są przygotowane, ale mam czas na ćwiczenia + rozbieganie, zobaczymy co się wydarzy:)

A wydarzyło się niewiele…

przetruchtów miałam sztuk 3… 3 km, 5km, 7 km… tak, nie żartuję. Przebiegłam maksymalnie 7 km przed biegiem w górach, który miał mieć kilometrów 45. Do samego startu zastanawiałam się, czy ja jestem w dobrym miejscu. Modliłam się i prosiłam, żeby Bóg zesłał mi znak, dodam znak jasny i klarowny, że mam nie biec, nie wiem jakąś burzę, czy coś… Znaku nie dostałam, godzina dziesiąta wybiła, w drogę… Ten asfalt nie był taki zły. Ale potem zaczęło się pierwsze piekło… oj piekło, piekło. Podejście do 10 km na wysokość 1409 km, szczyt Pikuj, najwyższy bieszczadzki szczyt. Około 1000 metrów na 5-6 km. No stromo było, dość… To był mój pierwszy ewentualny punkt rezygnacji. Tu miałam decydować, czy wracam. Nie, nie wróciłam. Po morderczym podejściu czułam się zaskakująco dobrze:) Dobrze, że nie wymęczył nas upał. Było dość duszno, a na Pikuju nawet chłodno, ale to wszystko orzeźwiło ciało i umysł.

Gdyby upał zaczął się od początku, jest wielka szansą, że 10 km trasy byłby moim ostatnim…

Znaków nie było nadal. A mama, jak zobaczyła poniższe zdjęcie, stwierdziła, że „miałam plecy”, no i chyba miałam:) Ktoś tam intensywnie nade mną czuwał:) I dalej znaków nie dawał.

 

Nie mogę zachwycać się widokami z Pikuja, bo chmury były zbyt nisko, ale świadomość bycia na szczycie był motywatorem, by sunąć dalej, do kolejnego etapu ewentualnej rezygnacji – punktu kontrolnego, km 22. Przecież teraz miało być lżej, szybciej, łagodniej, to po co rezygnować:)

A tu jeszcze kilka ujęć z Pikuja.

A potem… połoninką… wiatr jakby ucichł, zrobiło się ciepło i … słonecznie. Bajkowo, pięknie… najpiękniej. Nawet próbowałam biec, ale też przystawałam na zdjęcia. Ścieżka była wąska, zasnuta trawami, nie do końca było widać co na tej ścieżce jest, ale próbowałam biec… Na tym odcinku pojawił się jeden problem… no jak Ci się już zachce załatwić potrzebę, to szukaj… krzaków pośród traw:):):)

Jak już poczułam wiatr we włosach i tak mi się dobrze zrobiło. Dziękowałam Bogu za to, że jestem tam, że biegnę, że noga nie boli, to co? … Wykręciłam kostkę. Ale na szczęście nie skręciłam. Nawet za bardzo nie zabolało, a kolejne kilka kroków pokazało mi, że chyba nic mi nie jest. Dałam sobie czas na decyzję do punktu odżywczego… zostaję, czy truchtam dalej (nogę wykręciłam około 18 kilometra). Tu też poznałam kilka osób, pogadałam o tym, tamtym, bieganiu, życiu. Poratowałam batonem… (zawsze mam coś na zapas):)

Chłonęłam przyrodę.

Było ciepło, wyszło słońce, połonina zachęcała do eksplorowania, do postawienie kolejnego kroku, i kolejnego… i jeszcze raz.

 

P.S. Dziękuję za super zdjęcia Bojko Trail!

Punkt odżywczy, noga cała, softflask napełniony (colą! choć ja przecież nie piję coli:)) i zbieg, a w zasadzie zejście. Szacun dla tych, co tam zbiegali. Tak jak ostre były podejścia, tak ostre były i zejścia, między innymi to… najpierw łąka moooooocno w dół i las z kupą liści, pod którymi czyha jedna wielka niewiadoma…

Przestrzeń… pole mięty i wioska – Roztoka. Tak! Ukraińcy mają swoją Roztokę!

Dobrze, że widziałam kartkę gdzieś na płocie z napisem, że najpierw w lewo, potem w prawo… bo to była właśnie TA wieś, gdzie taśmy znakujące trasę ginęły w zaskakująco szybkim tempie.

Miałam też tracka, więc czułam się bezpiecznie, ale przykładowo na trasie około kilometra … taśm było około sztuk 3:) Brawo mieszkańcy! Nie wiem, po co im te taśmy. Nikt przecież nie zaśmiecał im wsi, wszystko zostałoby zebrane. No… ale może to pierwszy raz. Za rok tego nie zrobią:) Taka nowość na końcu świata:)

Kolejny punkt, kolejni super ludzie! Dzięki Wolontariuszom, chce się żyć! Chce się biegać! Chce się!

Rosołek, cola, ciastko…

Tu już wiedziałam, że „lecę dalej”… znowu pod górę.

I tu nastąpiło mega zaskoczenie… Krocząc w górę, i w górę, i w górę…wg wyliczeń szczyt miał być jakby już… a okazało się, że za pierwszym jest drugi… a za drugim… trzeci:) Myślę, że słowo na „k” często się tam pojawiało:) Pamiętam, jak wtedy zadzwoniły do mnie dziewczyny z pytaniem, gdzie jesteś i jak Ci idzie… odpowiedziałam: „wspinam się na ostatni szczyt”… hehehehe… nie wiedząc, że to pierwszy z trzech ostatnich:)

Ale widoki… one łagodziły wszystko, każde zmęczenie, rezygnację… Dodawały energii, siły, wiary:)

Może nie miałam dużo siły w nogach, ale miałam siłę w głowie. Miałam cel… Dobrze jest mieć cel:) Wydolnościowo niosło, siłowo w sumie też, wytrenowania i szybkości brakło, ale czy było to aż tak potrzebne właśnie wtedy? No fakt, było ryzyko uszkodzenia siebie, ale (nie dam tu satysfakcji koledze Jaromirowi) … nic sobie nie zrobiłam. Paznokcie całe i na miejscu, żadnych bąbli, otarć i kleszczy sztuk ZERO, a myślałam, że wrócę z całą gromadką.

Kolejne szczyty i kolejny odżywczy punkt.

Woda ze strumienia z cytryną i … ostatnie 10 km (a miało być 8!!!):)

Las, głównie w dół, najpierw dość delikatnie, aby w końcu na pełnej petardzie wąskim coś jakby wąwozem, po błocie wyskoczyć na pseudoasfalt zhdenijevskiej wsi…

Ostatnie 3 kilometry były dla mnie mieszanką emocji. Zdecydowanie wybuchową!

Coś jakby nie wiedziałam, co się ze mną dzieje:) Byłam zła, że cały dzień umęczyłam się jak nie wiem, zmartwiona, co się dzieje z moimi stopami – wizję miałam kilku kleszczy, bąbla na dużym lewym palcu, który podczas zbiegów pękł… Wylazłam na ten asfalt i popłakałam się. Płakałam rzewnymi łzami zmęczenia, złości, radości i dumy. Dotarło do mnie, że ZROBIŁAM TO! Wydarzyło się coś niemożliwego, coś co nie miało prawa się stać. Po 4 miesiącach przerwy i przebiegniętych w międzyczasie 15 km wyszłam w góry na 47 i dotarłam o własnych siłach do mety!

Gdy się uspokoiłam, tylko klęłam pod nosem „ile jeszcze”… Ten asfalt był na prawdę dołujący, długi  i bardzo nierówny. Szłam… Niby meta za rogiem, ale nie miałam już siły walczyć.

Wyszły mi na spotkanie dziewczyny i spłakałam się kolejny raz:)

Wyskoczyły ze mnie emocje w formie łez. Kolejny raz płakałam jak bóbr i jednocześnie wyklinałam jaka ja jestem głupia, ze poszłam w te góry bez przygotowania, a z drugiej strony… cieszyłam się, że metę zaraz już:):):)

Mój czas to około 10h 19 minut.

Teoretycznie nie zmieściłam się w limicie, ale podczas pierwszej edycji, chyba wszyscy byli w limicie:)

Myślałam, że będę ostatnia, natomiast za mną było jeszcze ze 20-30 osób, ostatnia z czasem 12:44.

Medal jest piękny:)

Bojko Trail na długo zamieszka  w mojej głowie:)

Ten bieg udowodnił mi, że jeśli czegoś chcesz, to możesz! Wystarczy uwierzyć i „mieć plecy”:)

Że mimo przeciwności losu, głowa i wiara niesie Ciebie ku mecie!

Mam chrapkę na zwiększenie dystansu… może w takim razie Ultraśledź kilometrów 80?:)

Ale na Bojko zmierzę się jeszcze raz z trasą tą samą!

 

Udało się!

Mam ochotę wrócić tam, bo było tak pięknie i tak miło!

Trasa bardzo trudna, podejścia długie i strome i takie same zbiegi, a w zasadzie zejścia, bo ja nie wiem, jak się po takim czymś zbiega:)

Czy polecam? Zdecydowanie TAK!

Już nie mogę się doczekać otwarcia zapisów!

Już myślę, że trzeba sobie dać jeszcze jeden dzień więcej na dojazd i spokojny odpoczynek. Zwiedzenie okolicy.

Najlepiej wydane 200 zł na pakiet startowy i najlepiej spędzony czas z biegową rodziną!

No i najważniejsze… podziękowania dla Organizatorów były. Dobra robota!

Ale wielkie dzięki również albo przede wszystkim dla moich Towarzyszek:) Za dojazd, szacun dla Marty, tyle godzin za kółkiem! Za towarzystwo, dobre humory, za przywitanie mnie na mecie:) Dziękuję!