Było to już jakiś czas temu, ale jak zawsze nie było czasu napisać…

Dzisiaj siedzę na lotnisku, gdzieś między kontrolą bezpieczeństwa a boardingiem i korzystam z chwili „nudy”. Choć na lotniskach zwykle mi się nie nudzi, lubię to. Notatkę o Budapeszcie postaram się napisać szybciej niż za 3 miesiące:) Muszę zadbać o mojego bloga!

Stwierdzam, że terminal w Budapeszcie należy do tych bardziej przyzwoitych, „światowych”. Choć jak przyleciałam, to byłam lekko zszokowana, że samolot wylądował „gdzieś” i trzeba było stamtąd przejść pieszo… z przepełnionym pęcherzem, było to dla mnie nie lada wyzwanie, ale na szczęście się udało.

Terminale są dwa, teraz chyba jestem na tym drugim, bo wygląda zdecydowanie lepiej. Sklepów dużo, choć nie zamierzam nic kupować. Restauracji/kawiarni też, nawet tu miłe zaskoczenie, jeśli ktoś głodny, to ma przeogromny wybór jedzenia.

Popijam kawę i już tylko wspominam ostatnią dobę: pobudkę o 3, wylot, zwiedzanie od 9 do 22 z małymi tylko przerwami na jedzenie. Minimum 10h na nogach, ale były to fajne godziny. „Spanie” na lotnisku i powrót. Wylatuję za 2h (mam nadzieję, że zdążę napisać notkę). Nie można powiedzieć, że jestem wyspana, ale kontaktuję. Kryzys pewnie jeszcze przyjdzie:) Zdążyłam już nawet sprawdzić firmową pocztę:)

No, ale wróćmy do jedzenia, obiecałam, że poświęcę te słowa temu, co trzeba – Szkoleniu. Dawno nie byłam na czymś takim egzotycznym. Bez glutenu, laktozy, białego cukru, bez jaj… I okazuje się, że da się zrobić, da się upiec, da się!!! I jest pyszne, jest ładne, jest zdecydowanie zdrowsze:)

Misa Mocy, ciekawa nazwa, w zasadzie nie zapytałam skąd się wzięła, ale w „miskach” Ewy, na pewno jest sporo mocy, energii, zdrowia. Ewa gotuje bez glutenu, laktozy, jajek, bo… musi. Nie dlatego, ze ma takie fanaberie, dlatego, Jej dania i słodkości, są tworzone z sercem, bo dla niej samej i dla Jej gości.

Na pierwszy rzut poszedł tort, czekoladowy. W końcu wiem, jak zrobić pyszne, czekoladowe ciasto, które, może na początku po upieczeniu nie wywołuje żadnych emocji, ale po przekrojeniu go na „plastry” i przełożeniu kremem zyskuje ogrom emocji związanych z konsumpcją. Bananowo-czekoladowe ciasto „daje radę”… a śmietanka z mleka kokosowego, no cóż nigdy nie miałam odwagi jej robić, teraz już mam:) Dzięki Ewa!

Kolejna pyszność, która się pojawiła na naszym stole, to Banoffee na spodzie z mąk bezglutenowych. Pycha. Bomba! Spód był kruchy i smaczny, a banany i ponownie śmietanka z mleka kokosowego ogarnęły temat obłędnie. Bardzo mi ten wariant smakował. Ach! i daktylowo orzechowy karmel. Zastanawiam się gdzie jeszcze go użyć:)

Kolejny etap, to ciasta dwa – snickers + rafaello. Snickers na kaszy jaglanej, rafaello na ryżu. Oba na spodzie orzechowo-daktylowym. Dla mnie bomba… nie tylko kaloryczna:) Snickers zdążyłam zrobić już kolejny raz. Mogłabym zajadać się nim zawsze:)

Mimo, że było to jedno z droższych moich szkoleń (300zł), to jedno z fajniejszych. Cenę generują produkty, poziom szkolenia również bardzo wysoki i przemiła atmosfera:)  Ewa przekazuje wiedzę, która sama posiadła w życiu, metodą prób i błędów. Dzieli się kawałkiem siebie i robi to w bardzo serdeczny sposób.

Słodkości, które zaoferowała były bardzo proste do zrobienia. Mimo tego, że okazało się, że nie mam pary, to czułam się rewelacyjnie, bo nie odstawałam od nich ani na chwilę. Ewa w każdej chwili była gotowa mi pomóc.

Na koniec, gdy zaprezentowałyśmy swoje dzieła, nastąpił czas konsumpcji. Mój organizm nie mógł przyjąć aż takiej ilości słodkości i najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się źle. Ale to chyba dlatego, ze chciałam więcej zjeść niż w zasadzie mogłam:) Wszystko było taaaaaaaakie pyszne, przepyszne, najpyszniejsze.

Zastanawiam się, kiedy przyjdzie okazja, aby upichcić coś kolejnego, bazując na przepisach ze szkolenia.

Taki szkolenia/warsztaty to dla mnie nowe wyzwania, nowe emocje, nowa wiedza. Zrobiłam to dla siebie, bo sama nie jem glutenu (no chyba, ze wczoraj, być w Budapeszcie i nie zjeść Langosa byłoby grzechem), z jajkami też powinnam uważać, a w zasadzie wyrzucić białko. Więc jak już będę mogła jeść więcej, to kto wie, może w moje proporcje zmieści się jakiś kawałek cuda „bez niczego”, ale jednak rewelacyjnego:)

Na koniec warsztatów w miłej atmosferze konsumpcji Ewa opowiedziała nam o mąkach i powiem, ze na nowo dzięki Ewie odkryłam mąkę gryczaną, tym razem białą. Zrobiłam już z niej naleśniki, udają się rewelacyjnie! Żeby mi się jeszcze tak chciało pokombinować, pomieszać i pobawić się mąkami, to może sama stworzyłabym coś wyjątkowego:) A tak, leniuszek ze mnie i tyle.

Ale… co miałam z warsztatów wynieść, to wyniosłam (oprócz oczywiście ciasta). Wiedzę, pomysły, odświeżony umysł:)

Spokojnie mogę się podjąć zrobienia tortu bezglutenowego, bez laktozy, bez jajek! 🙂

Tak więc szanowni Państwo, zapraszam serdecznie!